Ewa Świerżewska: Nie pamiętam, ile razy już rozmawiałyśmy w związku z sukcesami Twoich książek w Konkursie Najlepsza Książa Dziecięce „Przecinek i Kropka”, ale wydaje mi się, że miałaś najwięcej nominacji wśród autorów. Teraz, zanim przejdziemy do rozmowy o "Pracowni Aurory", nominowanej w tegorocznej edycji Konkursu na Najlepszą Książkę Dziecięcą "Przecinek i Kropka", chciałam zapytać, co słychać u Twojej bohaterki Florki?

Roksana Jędrzejewska-Wróbel: To prawda, nominacji było sporo, sama nie jestem już pewna, chyba aż siedem i wszystkie wydawnictwa Bajka - „Bzyk Brzęk”, „O Melanii, Melchiorze i Panu przypadku”, „Królewna”, „Praktyczny pan”, „Siedmiu wspaniałych”. „Maleńkie Królestwo Królewny Aurelki” i „Florka. Zapiski ryjówki” zostały laureatkami Przecinka i Kropki. Co do Florentyny, to po pięciu książkach i 52 odcinkach serialu potrzebowałam przerwy, żeby nie tworzyć czegoś, co byłoby tylko odcinaniem kuponów od popularności mojej bohaterki. Łatwo się wtedy poślizgnąć. Dlatego chwilowo troszkę od siebie odpoczywamy, ale nie jest to bynajmniej wieczny odpoczynek i ryjówka na pewno wróci. Mamy z Joną Jung pewne pomysły, potrzebujemy jeszcze tylko trochę czasu.

Co działo się w Twoim zawodowym, związanym z książkami dla dzieci, życiu przez ostatnie dwa lata?
Powstały dwie książki – „Pracownia Aurory” i „Jeleń” - historia o szukaniu miejsca parkingowego, a przy okazji siebie w wielkim mieście, którą wspaniale zilustrowała Grażyna Rigall. Doceniła naszą pracę Internationale Jugendbibliothek w Monachium i w zeszłym roku wpisała „Jelenia” na Międzynarodową Listę Białych Kruków. Poza tym pisałam sztukę i scenariusze, bo królewna Aurelka, bohaterka „Maleńkiego Królestwa” reaktywowała się na scenie i w filmie. Na podstawie książki powstał wyreżyserowany przez Ewę Piotrowską spektakl, który miał premierę na dwóch scenach – w warszawskim „Baju” i szczecińskiej „Pleciudze”. A tymczasem w studio EGoFILM trwają prace nad serialem o „Maleńkim Królestwie Królewny Aurelki”.

Tęsknisz za uliczkami wypełnionymi warsztatami rzemieślników?

Bardzo. Uwielbiam atmosferę warsztatów, pracowni, ich rozgardiasz i świadomość, że wciąż są ludzie, którzy potrafią coś stworzyć albo naprawić własnymi rękami. Dosłownie, nie w przenośni. Przychodzę z czymś zepsutym, urwanym, połamanym, co dzięki rzemieślnikowi dostaje drugie życie – zegarek bez wskazówki, stary fotel z wystającą sprężyną, but ze złamanym obcasem. Zanoszę rzecz kaleką, pozornie już bezużyteczną, a odbieram naprawioną, uzdrowioną, czasem nawet piękniejszą niż wcześniej. To dla mnie zawsze mały cud. Radość z ucieczki przed nieustannym przemijaniem. Że nie trzeba wciąż wymieniać, że jest ktoś, kto potrafi sprawić, że rzeczy mogą trwać. Na rogu mojej ulicy przez wiele lat był szewc. Nie żaden „zakład szewski”. Po prostu jeden człowiek, zawsze ten sam – pan szewc, który umiał naprawiać buty, znał się na tym, lubił o tym opowiadać. W jego warsztacie był bałagan, pachniało klejem i skórą, półki pełne butów z przyklejonym do podeszwy papierkiem z ręcznie wypisanym nazwiskiem. Szewc pamiętał twarze swoich klientów, rozmiar ich stopy. Nie znałam jego imienia, był po prostu „naszym szewcem”, elementem krajobrazu, kiedy kuśtykając, coraz starszy, codziennie po południu z coraz większym trudem zamykał drzwi swojej pracowni. Pewnego razu po raz ostatni przekręcił klucz i już nie wrócił. Spodziewałam się tego, ale wciąż mi żal i czuję brak. Wciąż pamiętam jego uśmiech i dobre oczy. Zniknął, ale we mnie pozostał. Tacy ludzie, takie miejsca – niewielkie, niespektakularne, ale za to bardzo ludzkie powodują, że tworzymy więzi. Ostatnio oddawałam okulary do salonu optycznego. Salon ma dwa poziomy – parter i piwnicę. Na parterze są szklane gabloty i kasa fiskalna oraz piękna pani, która nie ma o naprawianiu pojęcia. W piwnicy - osoba, która okulary naprawia. Nigdy jej nie widziałam, więc nie wiem, jakiej jest płci. Piękna pani po marmurowych schodach zanosi w dół popsute okulary. Cały proces naprawiania ukryty jest pod ziemią. Boimy się bebechów, ale ciężko się utożsamić z miejscami nieprawdziwymi. Świat nie jest tylko ładny.

Zapytałam o to oczywiście w związku z książką pt. „Pracownia Aurory”. Przyznam, że czytając ją, zapomniałam, że to książka dla dzieci. A może ona nie jest tylko dla dzieci?

Mam wielką nadzieję, że to książka dla wszystkich, bo przecież wszyscy mamy serca, wszyscy czujemy się czasem zranieni, zrozpaczeni, zbędni. A kardiomiopatia stresowa, czyli zespół złamanego serca, to nie metafora niestety. „Pracownię Aurory” napisałam pod wpływem impulsu, kiedy ktoś, opowiadając historię o kobiecie, która nieustannie przygarnia do siebie różnych nieszczęśników, użył zwrotu, że „zszywa ludzkie serca”. Natychmiast wyobraziłam to sobie bardzo plastycznie – jako warsztat właśnie – łatki, złote nitki. Potem pomyślałam jednak, że igła i serce to zbyt drastyczne dla dzieci, zostawiłam to więc kardiochirurgom, a w pracowni Aurory ustawiłam słoiki z maścią czułości i kompresy z dobroci. Ale to nie znaczy, że przypomina ona magiczny salon optyczny, w którym naprawianie jest czynnością wstydliwą, a wartość ma tylko to, co nowe. W naprawianych przez Aurorę sercach miejsce naprawy pozostają widoczne. Jak w japońskiej technice kintsugi, gdzie nie ukrywa się uszkodzeń, ale wręcz przeciwnie – podkreśla je, spajając złotem. To wyraz czułości dla tego, co w nas kruche, niedoskonałe, podatne na zranienia. Bo „Pracownia Aurory” to książka o czułości wobec świata i wobec samego siebie.

Jestem naprawdę pod wrażeniem subtelności, delikatności, wyczucia, z jakim wraz z Joną Jung przedstawiłyście ten odchodzący w zapomnienie świat. Dlaczego sądzisz, że warto, by dzieci się z nim zetknęły, choćby w książce?

Przeczytałam kiedyś takie zdanie: „Jeśli zakochasz się tylko w kwiatach, a nie w korzeniach, kiedy nadejdzie jesień, nie będziesz wiedział, co robić”. Przeszłość to nasze bogactwo – doświadczenie, poczucie ciągłości. Nie można żyć z głową wykręconą w tył, ale trzeba wiedzieć, skąd się pochodzi, co było wcześniej. Przecież rzeczy nie biorą się znikąd. Dzisiejsza blizna na sercu to konsekwencje czegoś, co zdarzyło się wcześniej. Ona też determinuje nasze wybory w przyszłości. Świadomość tego pozwala żyć uważniej, bo nigdy nie wiemy, jak nasze działania wpłyną na innych. Nasz świat cierpi na rozerwanie, pokawałkowanie, każdy siedzi w swoim telefonie. Znajomi nie mieszkają już w swoich domach, ale pod naszym palcem w smartfonie. Cały świat tam jest, ale jednocześnie czujemy się coraz bardziej samotni. A przecież tak jak przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są ze sobą połączone, tak my też jesteśmy częścią całości, jesteśmy ze sobą połączeni, jak pajęczyna. Uświadomienie sobie tego dodaje odwagi do życia. Chciałabym, żeby dzieci były odważne. Świat bardzo teraz potrzebuje odważnych ludzi.

Na początku pytałam o losy Florki, a teraz zapytam o bohaterów, których jeszcze nie znamy. Czy możemy zacząć już wyczekiwać nowych książek?

Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku ukaże się w Wydawnictwie Literackim moja powieść dla młodzieży, nad którą pracuję już od dłuższego czasu. Tak jak w „Pracowni Aurory” spotykają się w tam dwa światy, ten, który odchodzi, z tym, który nadchodzi. Pewnego dnia trójka ósmoklasistów, chcąc dostać na świadectwie punkty za wolontariat, pojawia się w luksusowym domu starców. Jestem w połowie, ale wciąż nie wiem, jak ta historia się zakończy. Bohaterowie zaczęli żyć własnym życiem, a ja mam nadzieję, że wystarczy mi odwagi, żeby za nimi podążyć. Pisarka też mają swoje lęki i bywa, że budzi się w nocy z sercem walącym ze strachu przed tym, co będzie dalej. Myślę, że każdemu z nas przydałaby się czasem wizyta u Aurory.

Z Roksaną Jędrzejewską-Wróbel rozmawiała Ewa Świerżewska.

Roksana Jędrzejewska-Wróbel – Autorka ponad 25 książek dla dzieci, doktor literaturoznawstwa. Jest autorką tekstów do podręczników, scenariuszy filmów animowanych i teatralnych. Działa aktywnie na rzecz dobrej książki, współpracując z bibliotekami z całej Polski i prowadząc warsztaty poświęcone współczesnej literaturze dla dzieci. Jej „Praktyczny pan”, pełna świń „Kamienica”, sfrustrowany „Gębolud”, autystyczny „Kosmita” i przewrotna historia „O słodkiej królewnie i pięknym księciu” nominowane były do tytułu Książki Roku polskiej sekcji IBBY. Jest laureatką wielu nagród (min. im. Kornela Makuszyńskiego). Opowieścią o pewnej niezależnej dziewczynce „Maleńkie królestwo królewny Aurelki” wygrała konkurs na Najlepszą Książkę Roku „Przecinek i kropka”. Najbardziej jednak ucieszyła ją nominacja „Bzyka brzęka” – historii o dwóch muchach – do nagrody Zielonej Gąski im. Hermenegildy Kociubińskiej. Poza tą prestiżową nominacją otrzymała też brązowy medal „Gloria Artis”. Jest członkiem Polskiej Sekcji IBBY i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

fot. Grzegorz Hryniszak