Ewa Świerżewska: Nie wiem na pewno, ale wydaje mi się, że jesteś autorką, której książki są najczęściej nominowane w konkursie na Najlepszą Książkę Dziecięcą Przecinek i Kropka. Było „Maleńkie Królestwo Królewny Aurelki” – nagrodzone w I edycji, „Królewna” – w ubiegłym roku, a teraz „Praktyczny pan”. Zdradzisz przepis na sukces?

Roksana Jędrzejewska-Wróbel: Gdybym znała taki przepis, bardzo chętnie bym się nim podzieliła. Niestety nie mam zielonego pojęcia, od czego on zależy. Nigdy też nie myślałam o sobie w kategoriach sukcesu, chociaż niedocenienie kolejnych nominacji byłoby fałszywą skromnością, bo oprócz wyżej wymienionych nominowanych było też moich „Siedmiu wspaniałych” czyli w sumie aż cztery książki. Więc tak, to jest sukces i radość, i satysfakcja, że moje książki są dostrzegane i doceniane. Bo przecież po to się pisze – żeby być czytanym. Ale też po to, żeby podzielić się swoim widzeniem świata, czymś, co wydało mi się na tyle ważne, że domaga się, wręcz żąda utrwalenia. To jest ten spust, który rozpoczyna proces pisania. Coś mnie w życiu zatrzyma, poruszy, dotknie – czyjaś twarz, jakaś emocja, przypadkowo usłyszane zdanie. I chodzi za mną tak długo, aż poczuję, że muszę do tego subtelnego „czegoś” dopisać opowieść. Pisanie staje się wtedy budowaniem ze słów domu dla tego ulotnego poruszenia, żeby miało gdzie zamieszkać i nie rozpłynęło się w niepamięci. Więc tak naprawdę jestem chyba kronikarką i archiwistką, ale czy to jest sposób na sukces? Może jest nim po prostu robienie czegoś z pasją i przekonaniem, że warto, bez myślenia o tym, czy dostanie się za to nagrodę?

EŚ: Pamiętasz jeszcze pierwszą edycję nagrody i towarzyszące jej emocje?

RJ-W: Oczywiście! Bardzo dobrze pamiętam! To był maj, a więc miesiąc intensywnych spotkań autorskich dla każdego pisarza. Siedziałam wtedy, czekając na przesiadkę, na dworcu w Kutnie, kiedy zadzwoniła moja wydawczyni, Kasia Szantyr-Królikowska z wydawnictwa Bajka z wiadomością o głównej nagrodzie. Byłam zaskoczona, bo zupełnie na nią nie liczyłam, sama nominacja była już dla mnie dostatecznym wyróżnieniem. No ale oczywiście, kiedy się dowiedziałam, radość była ogromna. Niestety, nie miałam się z nią kim podzielić – byłyśmy w Kutnie tylko we dwie – ja i walizka. Kasia dzwoniła z Targów Książki, prosto z ogłoszenia wyników i rozdania nagród. Więc tam w Warszawie feta i galareta, a ja w tym Kutnie. Bez sensu kompletnie. Poczułam żal do Kutna, że mnie tak niefortunnie uwięziło, bo jak wiadomo, radość dzielona z bliskimi się pomnaża, a niedzielona – kurczy. I wtedy po głowie zaczęła mi chodzić piosenka niezawodnych Starszych Panów. Więc zaczęłam ją sobie śpiewać, nieco zmieniając słowa: „O Kutno! O Kutno! wyprałoś mnie z uczuć jak płótno. O Kutno! Okrutne Kutenko! – odjęłoś mi radość jak ręką”. A że jak wiadomo, piosenka jest dobra na wszystko, od razu zrobiło mi się weselej. I tak sobie poświętowałam – samotnie, w Kutnie. Dyplomy i honory – mnie i ilustratorce Jonie Jung – zostały wręczone przez jurorki – Ewę Grudę i Dorotę Koman – kilka dni później.

EŚ: Co się zmieniło w Twoim pisaniu przez tych siedem lat?

RJ-W: To już siedem lat minęło od tego Kutna?! Niemożliwe! Ale skoro tak, to rzeczywiście powinno się coś zmienić, zgodnie z zasadą, że co siedem lat zaczyna się w życiu nowy cykl. Czy zaczął się w moim pisaniu? Trudne pytanie i chyba nie umiem na nie odpowiedzieć. Nie wiem, czy mam do swoich książek odpowiedni dystans – jako autorka patrzę na nie przecież ze środka. Więc może jest to raczej pytanie do czytelników i recenzentów? Oni widzą więcej. Ze swojej strony mogę tylko powiedzieć, że staram się zmierzać do minimalizmu, więc raczej odejmuję niż dodaję, czego efektem jest moja ostatnia książka, pt. „[email protected] w podróży”, która pojawi się za chwilę w wydawnictwie Media Rodzina. No i jeszcze jedno – zaczęłam pisać dla teatru, co otworzyło mnie bardziej na dialog i dramaturgię. Tu się pochwalę, że moja osobista wersja „Księgi dżungli” w reżyserii Ewy Piotrowskiej w wykonaniu Teatru Banialuka z Bielska Białej znalazła się w dwunastce najlepszych polskich sztuk współczesnych w roku 2016. Dodam z dumą, że wszystkich sztuk, nie tylko tych dla najmłodszych.

EŚ: Czytając „Praktycznego pana” zastanawiałam się, czy portret tego osobliwego jegomościa nie został przypadkiem stworzony na potrzeby dorosłego, który wraz z dzieckiem zasiądzie do lektury? Czy chciałaś coś przekazać również rodzicom, nie tylko dzieciom?

RJ-W: Hmmm… To nie jest tak, że ja, wymyślając historię, mam plan, żeby komuś coś przekazać. To, czego chcę podczas pisania, to stworzyć spójną historię i wiarygodnego bohatera i dać im się w pełni rozwinąć. Jeśli „coś się przekazuje”, to się dzieje samo, bez mojego udziału. Nie piszę też „na potrzeby dorosłych”, ja tylko staram się nie infantylizować dzieci. To czytelnik decyduje, co sobie z przeczytanej historii weźmie. I każdy może wziąć coś innego, to co jego akurat dotknie albo czego w danym momencie potrzebuje. I to „coś” zawsze mnie zaskakuje, bo na przykład dzieci podczas lektury „Praktycznego pana” bardzo się śmieją, czego się nie spodziewałam. Natomiast dorosłych historia życia, do którego między arkusze Excela nieopatrznie zostaje wpuszczony oporny futrzak, skłania raczej do refleksji. W tym miejscu chciałabym pozdrowić pewnego sympatycznego i niezwykle praktycznego socjologa z Krakowa.

EŚ: Czy sprawdziłaś na własnej skórze, jak to jest z głaskaniem kota i czy zawsze działa to tak, jak oczekiwał Praktyczny pan?

RJ-W: Tak, sprawdziłam. Przez prawie 9 lat miałam wspaniałego kota, który właśnie kilka dni temu odszedł. Nagle i kompletnie niespodziewanie – z czym wciąż nie mogę się pogodzić. I ten kot właśnie – biały syberyjski arystokrata (bo tylko taki nie uczulał mojego syna) nauczył mnie nie tylko kontaktu ze zwierzętami, ale też niepraktyczności właśnie, bo miał zupełnie niepraktyczne dziwactwa – pił wodę tylko z kranu w łazience albo z wazonu z kwiatami i wylegiwał się w umywalce. No i oczywiście dawał się głaskać – bo to on o tym decydował. Rozkładał się wtedy – najchętniej na moim laptopie podczas pracy i żądał całkowitego zaangażowania. Tu i teraz. Na początku – jako praktyczna pani – próbowałam to ustawić po swojemu, czyli spychałam go z klawiatury, odkładając głaskanie na później. Ale ci, co mają koty, wiedzą, że to nie jest łatwa sprawa. Dlatego po jakimś czasie przestałam z nim walczyć i zamiast pisać niezwykle ważne opowiadania – głaskałam sobie kota, a on mruczał, czym działał na mnie niezwykle uspokajająco i rozluźniająco. Więc tak, moim zdaniem kot zawsze tak działa, pod warunkiem, że poddamy się jemu, a nie presji czasu i obowiązków. Co nie jest łatwe oczywiście i ja – jako praktyczna pani – wiem o tym najlepiej. Bo praktyczni państwo żyją w każdym z nas i mają wiele zalet, pod warunkiem, że nas nie zdominują, w czym posiadanie kota może być niezwykle pomocne.

EŚ: Nie mogę przy okazji nie zapytać o Florkę, która podbija już nie tylko książkowe stronice, ale i szklane ekrany. Jak to się stało, że ta przesympatyczna bohaterka trafiła do telewizji?

RJ-W: To zasługa pani Jadwigi Wendorff – szefowej wytwórni filmów Anima-pol z Łodzi, której pewnego dnia wpadła w ręce moja książka „Florka. Z pamiętnika ryjówki”. Spodobała jej się tak bardzo, że zadzwoniła do mnie z propozycją stworzenia serialu. I tak to się zaczęło i trwa – już kilka dobrych lat – podczas których razem z całym fantastycznym zespołem Animapolu i Joną Jung – stworzyliśmy 39 odcinków. A teraz powstaje seria czwarta, czyli kolejne 13 odcinków. Jak na polskie warunki i trudności przy produkcji dziecięcych animacji to naprawdę duży sukces. Przy okazji dodam, że nie tylko serial się rozwija, bo właśnie kończę piątą część serii książkowej, która nosi tytuł „Florka. Zapiski ryjówki” i ukaże się pod koniec tego roku w wydawnictwie Bajka oczywiście.

EŚ: Czym dla autora są nagrody – szczególnie te, przyznawane – przynajmniej po części (czytelnicy wybierają z 5 nominacji jury), przez czytelników?

RJ-W: Nagroda to zawsze namacalny dowód na to, że to, co się robi, ma sens. A kiedy dostajemy takie potwierdzenie od czytelników, to radość i satysfakcja są jeszcze większe, bo przecież to dla nich się pisze. Więc oczywiście nagrody karmią moje ego i zapał do pracy. Ale nie demonizowałabym bym ich specjalnie. Jest wiele świetnych książek, które nigdy nie dostały nagrody – z różnych względów – co nie zmienia przecież faktu, że są świetnymi książkami. Mówię to oczywiście jako czytelniczka, nie pisarka.

***

Praktyczny pan zajmuje się tylko tym, co istotne i konieczne. Rano gimnastyka i zdrowe (choć niesmaczne) śniadanie, potem praca, za którą wprawdzie nie przepada, ale przynosi mu ona sukcesy, zaś wieczorem – planowanie zajęć na następny dzień. Nawet nocą praktycznemu panu śnią się „wykresy, grafiki i arkusze Excela”.

Nic dziwnego, że w tak zaprogramowanym życiu brakuje miejsca na przyjaciół, rodzinę czy rozrywki. Dobry nastrój zapewnić przecież może odpowiednia tabletka! A może lepszy byłby kot? Kupuje się go raz, a nie co miesiąc, i w dodatku nie niszczy wątroby! Tylko jak zmusić kota, żeby mruczał…

Ta nieco groteskowa opowieść o tym, jak pewien praktyczny pan nauczył się głaskać kota, pomaga uświadomić sobie, że w życiu ważne są nie tylko wymierne osiągnięcia i sukcesy, ale także przyjaźń, radość i odrobina szaleństwa.
(Ewa Gruda)

 

Roksana Jędrzejewska-Wróbel – Autorka ponad 25 książek dla dzieci, doktor literaturoznawstwa. Jest autorką tekstów do podręczników, scenariuszy filmów animowanych i teatralnych. Działa aktywnie na rzecz dobrej książki, współpracując z bibliotekami z całej Polski i prowadząc warsztaty poświęcone współczesnej literaturze dla dzieci. Jej „Praktyczny pan”, pełna świń „Kamienica”, sfrustrowany „Gębolud”, autystyczny „Kosmita” i przewrotna historia „O słodkiej królewnie i pięknym księciu” nominowane były do tytułu Książki Roku polskiej sekcji IBBY. Jest laureatką wielu nagród (min. im. Kornela Makuszyńskiego). Opowieścią o pewnej niezależnej dziewczynce „Maleńkie królestwo królewny Aurelki” wygrała konkurs na Najlepszą Książkę Roku „Przecinek i kropka”. Najbardziej jednak ucieszyła ją nominacja „Bzyka brzęka” – historii o dwóch muchach – do nagrody Zielonej Gąski im. Hermenegildy Kociubińskiej. Poza tą prestiżową nominacją otrzymała też brązowy medal „Gloria Artis”. Jest członkiem Polskiej Sekcji IBBY i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Roksana Jędrzejewska-Wróbel_2