Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu jest Pani bardzo zapracowana, sądząc po liczbie książek z Pani ilustracjami i tych stworzonych przez Panią od A do Z, które ukazują się w ostatnich latach.

Dzisiaj od rana zdążyłam obejrzeć odcinek serialu, ugotować obiad, wybudować kilka domów w grze mobilnej i odbyć obowiązkową zabawę z moimi kocimi lokatorami, więc to nie tak, że ciągle tylko siedzę i rysuję. Mam to szczęście, że moja praca jest również odpoczynkiem od codziennych zajęć. Siłą rzeczy tempo, w jakim powstają nowe projekty, jest dość szybkie.

Od początku mojej pracy zawodowej miałam też szczęście do ciekawych zleceń, przy których czas płynął szybciej. Pierwszą dużą książkę wydałam w 2015 w Naszej Księgarni i były to „Legendy Polskie dla dzieci w obrazkach” - założenie książki było takie, że cała legenda (a jest ich w książce siedem) zostaje opowiedziana na  jednej rozkładówce za pomocą sekwencji obrazków. W narracji pomagają komiksowe dymki, dopowiadające te fragmenty historii, których nie widać na ilustracji. Zaprojektowanie rysunku w ten sposób, żeby opowiedzieć skomplikowaną historię na tak ograniczonej przestrzeni, było sporym wyzwaniem, ale chyba się udało, bo w 2017 Nasza Księgarnia zaproponowała mi kolejną książkę utrzymaną w tej konwencji - „Mity Greckie dla dzieci w obrazkach”.

Mam na swoim koncie sporo projektów, które były dla mnie z takiego czy innego powodu ciekawe - „Opowiem Ci mamo, co robią koty”, gdzie mogłam narysować tyle kotów, ile dusza zapragnie; „Podróż dookoła świata. Północ-południe. Wschód-zachód”, która była najtrudniejszą technicznie książką, jaką kiedykolwiek robiłam – ma prawie 4 metry długości. Jest też seria „Jak to działa”, w której wykorzystuję pomysł z zabawnymi przekrojami, m.in. zwierząt, który to pomysł wpadł mi do głowy jeszcze w gimnazjum, a dzięki tej serii miał szansę ujrzeć światło dzienne. Zilustrowałam też kilka gier planszowych,  około dziewięciu książek, napisanych przez świetnych polskich pisarzy,  wykonałam dwa projekty dyplomowe, którymi zakończyłam edukację na Katowickim ASP i wreszcie, w 2018,  wydałam „Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych” - czyli moją (jak dotąd) ulubioną książkę.

W swoim dorobku ma Pani zarówno książki autorskie, w których tekst i ilustracje są Pani dziełem, jak i ilustracje do tekstów innych autorów. Czym różni się praca w obu przypadkach? Co Pani sprawia większą przyjemność?

Wiele z autorskich książek, które ostatnio stworzyłam, to książki popularnonaukowe. Oznacza to, że moja autorska swoboda i ocean pomysłów były dość mocno weryfikowane przez naukowców  sprawdzających znajdujące się w książkach informacje. A to moja wrona była zbyt czarna, jak na polską wronę, a to liście zbyt pomarańczowe, jak na porę roku sugerowaną przez upierzenie kaczki, a to znowu grzbiet stegozaura miał nie taki kąt wygięcia, jaki mieć powinien… Praca nad takimi książkami jest dość trudna, bo trzeba znaleźć złoty środek pomiędzy faktycznym, naukowym obrazem rzeczy, a moją artystyczną wizją.

Jeśli chodzi o ilustrowanie  tekstów innych autorów – jeżeli tekst trafi w moją wyobraźnię, to jego ilustrowanie jest ogromną przyjemnością. Tak było np. w przypadku wyśmienitej „Baby Blagi” Joanny Wachowiak, którą ilustrowałam dla Wydawnictwa Literatura. Tekst książki przypadł mi do gustu i ilustrowanie go było dla mnie bardzo odprężające. Zdarza się jednak, że trafi mi się tekst, który nie specjalnie mi się podoba. Wtedy zdarza mi się zapomnieć, że bardzo lubię to, co robię.

Największą przyjemność sprawia mi praca nad książkami, które powstają z mojego pomysłu i mojej potrzeby opowiedzenia o czymś. Czasem wydawca proponuje mi projekt, który bardzo mi odpowiada, ale

Autorem przez wielkie „a” czuję się dopiero, kiedy dojrzewający latami pomysł ma szansę ujrzeć światło dzienne, tak jak to było np. w przypadku mojej najnowszej książki - „Zwierzęta, które zniknęły”.

Jak wyglądała praca nad tą książką?

Geneza tej książki jest stara jak dinozaury, czyli sięga mojego dzieciństwa! Oczywiście przechodziłam okres fascynacji dinozaurami – które dziecko nie przechodziło! W gimnazjum odkryłam istnienie innych wymarłych zwierząt, najpierw tych bardzo dawnych, a później współczesnych. Zaczęłam coraz więcej o nich czytać, ponieważ zafascynował mnie ich kosmiczny wygląd. Zbiegało się to z okresem, kiedy grałam w papierowe RPG i miałam w domu kilka bestiariuszy przedstawiających dość rozbudowany asortyment fantastycznych stworów. Niesamowitym odkryciem było dla mnie to, że wszystkie te dziwadła nie są ani trochę bardziej ciekawe od wymarłych zwierząt, które rzeczywiście istniały.

Zakiełkował we mnie pomysł stworzenia księgi zwierząt, które są tak niesamowite, że wydają się wymyślone, a jednak kiedyś żyły na tej samej co my planecie – taka pochwała dla piękna natury, pokazująca, że niesamowitych rzeczy nie trzeba szukać w książkach fantasy.

Jak wiele innych pomysłów, tak i ten przez długi czas leżakował z tyłu głowy i tylko co jakiś czas dawał o sobie znać. W 2015 skończyłam pracę nad książką „Opowiem Ci mamo, co robią koty” i telefonicznie ściskałam sobie dłonie i gratulowałam z Joanną Wajs, która była redaktor prowadzącą tej książki. Podczas rozmowy Joanna zapytała, czy nie mam przypadkiem jakichś pomysłów na kolejną książkę, którą chciałabym się zająć – wtedy opowiedziałam jej o moim pomyśle na wyjątkowy „bestiariusz”.

Pomysł bardzo się spodobał wydawcy i postanowiliśmy wspólnie stworzyć tę książkę. Ponieważ miałam już zaplanowanych kilka innych publikacji, to „Zwierzęta…” musiały przeleżeć jeszcze półtora roku, zanim zaczęłam nad nimi na dobre pracować.

Zaczęło się od stworzenia konspektu publikacji – zaproponowałam, jakie zwierzęta chciałabym umieścić w książce i w jaki sposób je pogrupować. Początkowo miały być podzielone na ssaki, ptaki, gady i płazy, ale dałam się przekonać, że chronologiczny ich podział i przemieszanie różnych gatunków będzie ciekawsze. Kiedy ustaliłyśmy już, czego będą dotyczyły poszczególne rozkładówki, wydawnictwo znalazło naukowców, którzy mieli dbać o merytoryczną stronę książki i czuwać nad tym, żeby treść była zgodna z najnowszymi badaniami.

Katarzyna Gładysz i Paweł Łaczek współpracowali już ze mną jako konsultanci przy książce „Jak to działa? Zwierzęta”, więc ucieszyłam się, kiedy okazało się, że i tym razem na nich padł wybór przy poszukiwaniu opiekunów merytorycznych.

Pani Katarzyna i pan Paweł opracowywali zwierzęta i tematy, które zatwierdziliśmy w konspekcie – zbierali jak najwięcej informacji na dany temat, czasem wzbogacając je zdjęciami z książek czy artykułów. Po zapoznaniu się z tymi materiałami, wybierałam informacje, które były moim zdaniem najciekawsze i uwzględniałam je w ilustracjach. Na każdej rozkładówce zaznaczałam, w którym miejscu, w jakiej ilości  i czego będzie dotyczył tekst. Treść była pisana na końcu, na podstawie materiałów, które zbierali państwo Katarzyna i Paweł.

Praca nad tą publikacją była żmudna, jak nigdy – chyba żadnej książki nie przerysowywałam tyle razy, co tej. Podejrzewam, że Joanna (redaktorka i współautorka) rwała włosy z głowy, kiedy przesyłałam jej pięć wersji layoutu tygodniowo… Najgorsze było to, że im więcej czytałam o wymarłych zwierzętach i im bardziej wciągałam się w temat, tym więcej nowych pomysłów przychodziło mi do głowy. Jest kilka rozkładówek, które ostatecznie nie weszły w skład książki lub zostały zmienione, ponieważ w połowie pracy stwierdziłam, że mam do dyspozycji za mało stron, a chciałabym dodać kilkanaście niezaplanowanych zwierząt. To jeden z tych projektów, które mogłyby się rozrastać latami, gdyby terminy, kosztorysy i inne takie rzeczy nie kazały zamknąć publikacji w określonym czasie i objętości…

Ostatecznie jestem bardzo zadowolona z efektu i cieszę się, że książka została tak pozytywnie przyjęta, zarówno w kraju, jak i za granicą – w przygotowaniu są wydania w siedmiu językach!

Jak długo zajęły Pani przygotowania merytoryczne do stworzenia ilustracji do tej książki? Czy portretowanie zwierząt – nawet tych, które zniknęły – wymaga zgłębienia wielu źródeł przyrodniczych?

Czy wie Pani, jaki musi być stosunek zarodka krokodyla do kuli żółtkowej w jego jaju? Ja dowiedziałam się o tym, kiedy musiałam zmniejszać małego krokodylka, żeby jajo było poprawnie narysowane. Podobnie było z lwem jaskiniowym, który wymagał dwóch korekt ze względu na jego nadmierną grzywiastość oraz tyranozaurem, który, jak się okazało, miał pióra.

Praca nad ilustracjami była trudna i trwała ponad rok (od chwili, kiedy zaczęłam na dobre pracować nad książką) – wiele razy musiałam poprawiać detale, które narysowałam błędnie, nie zdając sobie z tego sprawy. W kilku przypadkach  (szczególnie przy owadach) trudno było znaleźć zdjęcia lub rysunki, na których powinnam oprzeć moje ilustracje. Bez pomocy pana Pawła i pani Katarzyny z pewnością by się nie udało – bardzo cierpliwie odpowiadali na moje pytania i znajdowali  w książkach rysunki  rzadkich zwierząt, do których ciężko było dotrzeć zwykłemu śmiertelnikowi. Każdorazowo moje ilustracje są oparte o wizerunki opisywanych zwierząt, które znajdowali dla mnie nasi opiekunowie merytoryczni.

Czy podobnych prac badawczych wymagała od Pani książka „Mity Greckie dla dzieci w obrazkach”?

"Mity" były dużo łatwiejszą książką. Istnieje kilka wersji różnych mitów, zależnie od tłumaczenia i zbioru. Wraz z wydawcą przyjęliśmy więc, na której wersji będziemy opierali naszą książkę i tego się trzymaliśmy. Traktuję mity bardziej w kategorii baśni niż książki popularnonaukowej. Zależało mi na tym, żeby nadać mitycznym postaciom ludzkie cechy i przybliżyć je czytelnikowi.

„Zwierzęta” to książka naukowa – nie ma w niej wiele miejsca na popisy fantazji, za to mity są konkretnymi opowieściami, które mogłam zinterpretować na swój własny sposób. 

Tworząc „Mity” nie chciałam robić książki o starożytnej Grecji, tylko zinterpretować świetne opowieści w ciekawy i przystępny sposób. Podobnie jak w „Legendach Polskich”, każdy mit jest przedstawiony na jednej rozkładówce za pomocą sekwencji obrazków. Kolejne zdarzenia oznaczone są numerami, a czytelnik przeskakuje pomiędzy scenami tak, jak podczas czytania tekstu.

Mała ilość tekstu napisanego w dowcipny sposób nie męczy młodego czytelnika i dzięki temu „Mity” trafiają do osób z różnych grup wiekowych.

Tworzy Pani także ilustracje do gier planszowych dla dzieci. Czym to zajęcie różni się od pracy nad książką?

Ilustrowanie gier planszowych to bardzo konkretna praca – wszystko jest z góry ustalone, a ja rysuję ilustracje według opisu, jaki dostarcza mi wydawca. Ilustracja jest podporządkowana mechanice gry – kolory, layout i treść ilustracji muszą być czytelne, przejrzyste i pasujące do założeń projektu. Dużo rzadziej i zdecydowanie bardziej powściągliwie należy dawać upust swojej twórczej fantazji.

Najwięcej swobody mam przy projektowaniu okładki/pudełka, bo tu zasady są dość zbliżone do projektowania książek – grafika musi wpadać w oko i być ciekawa.

Książka pt. „Zwierzęta, które zniknęły”, otrzymała niedawno nominację w Konkursie na Najlepszą Książkę Dziecięcą Przecinek i Kropka 2018. Ucieszyła Panią ta wiadomość?

Oczywiście! Słyszałam o autorach, którzy deklarują swoją obojętność wobec nagród, ale myślę, że nawet oni świętują, kiedy nikt nie patrzy… Tworzenie książki to długi i żmudny proces, usiany potem, łzami i nieprzespanymi nocami. Bywają momenty zwątpienia i takie, kiedy rozważa się przekwalifikowanie na jakiś mniej absorbujący zawód.

Przez miesiące, kiedy książka dojrzewa w zaciszu domowej pracowni oraz redakcji w wydawnictwie, ogląda ją tylko grupa osób, które nad nią pracują. Wypuszczenie publikacji w świat to spory stres – dopiero wtedy wszyscy mogą ją zobaczyć, ocenić i zweryfikować naszą wielomiesięczną pracę. Nagrody to jeden z przejawów, że książka została dobrze przyjęta i że jest warta uwagi. Każda nagroda jest cenna i ważna, bo świadczy o tym, że różne grupy osób pozytywnie przyjęły kilkanaście miesięcy naszych wysiłków. Nagrody od czytelników, wyróżnienia przyznane przez projektantów i innych ilustratorów oraz takie przyznawane za szczególną treść – każda docenia inny aspekt publikacji i daje ogromny zastrzyk motywacji do pracy nad kolejnymi projektami.

Z Nikolą Kucharską rozmawiała Ewa Świerżewska.

Nikola Kucharska - grafik, ilustrator, projektant. Czyta wszystko - etykietki do szamponów, dzieła współczesne i klasykę literatury. Zbiera gumki recepturki, ptasie pióra i starocie. Hobbystycznie pisze opowiadania na starej maszynie do pisania. Posiadaczka dwóch kotów i kaktusa. Rysuje, szkicuje, maluje, robi logotypy i plakaty.