Odrębność literatury tworzonej przez kobiety jest faktem, a nad jej precyzyjnymi definicjami łamały sobie głowy najtęższe umysły. Nas interesuje jednak co innego. Czy istnieje wyraźnie oddzielona od romansowego „pulp fiction” seria książek dla kobiet, które niosą ze sobą ważkie przesłania, folgując jednocześnie jakimś specyficznie damskim gustom?



Przez kobiety czy dla kobiet


Wypada zgodzić się ze stwierdzeniem Grażyny Borkowskiej, polskiej badaczki literatury kobiecej, że nie można postawić znaku równości pomiędzy literaturą tworzoną przez panie a tą dla nich przeznaczoną. Co oczywiste, nie każda forma literacka, która wyszła spod pióra istoty płci żeńskiej, odwołuje się do doświadczania świata i płci w sposób właściwy kobietom. I na odwrót. Można łatwo wyliczyć pozycje z kanonu literatury (bez rozróżnień na kobiecą i męską), napisane przez kobiety, do nieznajomości których nie przyzna się żaden facet-erudyta (np. powieści Virginii Woolf czy też Noblistki Elfriede Jelinek).
Z drugiej zaś strony na rynku księgarskim dość wyraźnie reprezentowane jest pisarstwo mężczyzn, które bardziej przemawia do kobiecego czytelnika (np. ckliwa, acz poczytna „[email protected]ść w sieci” Janusza L. Wiśniewskiego). Dlatego definicje kobiecego pisania bywają nieostre i tak jak ta Elaine Showalter, przytaczana przez Hannę Joxen-Rożen w tekście „Kobiety i literatura”, skupiają się raczej na feminizującym postrzeganiu ich pisarstwa: „[Definicja ta] wpisuje się w tradycję traktowania literatury kobiet jako twórczości mniejszości. Twierdzi, że kobiety same ustanowiły subkulturę w obrębie struktury większego społeczeństwa i zostały zunifikowane przez wartości, konwencje, doświadczenia i zachowania rzutujące na ich indywidualność”.



Romanse w płatkach róż


Nieco prościej swojego odbiorcę postrzegają autorzy powieści typowo romansowych. Wymagają od czytelniczek wyłącznie skłonności do wzruszeń. Odmalowując burzliwe losy swoich często czynnych zawodowo bohaterek, koncentrują się głównie na sposobach pozyskania i utrzymania mężczyzny.
Dzieje się tak nawet w sprawnie napisanym i popartym doświadczeniem wyniesionym z redakcji „Vogue’a” debiucie Lauren Weisberger, pt. „Diabeł ubiera się u Prady”. Tu historia kariery młodej dziewczyny z prowincji w jednym z głośnych „fashion-magów” potrzebna jest autorce do obserwacji, jak kontakty Andrei z wielkim światem wpływają na jej dość tradycyjny związek, wywołując w nim przewidywalne perturbacje. Z kolei wydawana przez Wydawnictwo Literackie Oksana Robski („Casual”, „Szczęście nadejdzie jutro”) – namaszczona jako demaskatorka pustego świata bajecznie bogatych Nowych Ruskich – od kokainowych ekscesów swoich bohaterek wyraźnie wyżej stawia opamiętanie, które przychodzi wraz z zagrożeniem, np. odejściem męża-biznesmena do młodszej kobiety: „W jednej chwili zrozumiałam z przeszywającą ostrością, jak bardzo chcę, żeby Roma do mnie wrócił. Może chrupać swoje wieczne chipsy przed telewizorem. A nawet jeść pestki słonecznika. Tak pragnę, żeby ktoś chrupał chipsy przed moim telewizorem! A nawet jadł pestki słonecznika. I żeby to nie był jakiś facet. Tylko on. Nikogo innego z chipsami nie zniosę”.
Takie przyziemne, choć bardzo sentymentalne z ducha konstatacje zwiastują jednak „happy end”, czyli w rozumieniu autorów z klucza romansowego: usłane różami życie u boku (i w cieniu) ukochanego mężczyzny jako spełnienie marzeń każdej kobiety. Siłą rzeczy, podobna puenta zakłada rozładowanie wyłącznie kobiecych potrzeb psychicznych. Nie ma tu miejsca na męski punkt widzenia.



Nisza do pozamiatania


Na szczęście są też wydawcy, którzy wyczuwają wśród swojej publiczności istnienie pewnej liczby „czarownic”. Figurę tę przywołujemy celowo. Sama Virginia Woolf spekulowała bowiem we „Własnym pokoju” z 1929 roku na temat roli wiedźm i zielarek w czasach, kiedy kobiety nie funkcjonowały oficjalnie w obiegu artystycznym. Widziała w nich emanację kobiecej potrzeby tworzenia, skazanej na niepowodzenie w patriarchalnym świecie i przez to – wypaczonej.
Do tej wizji zdaje się odwoływać „Seria z miotłą”, wprowadzona na polski rynek przez Wydawnictwo W.A.B. W jej ramach od blisko dwóch lat ukazują się pozycje napisane wyłącznie przez kobiety, pochodzące za to z przeróżnych światów i kultur, lecz połączone talentem literackim. Opowiadają o kwestiach ważkich – rasie, płci i kazirodztwie, ale i o namiętnościach z huraganem historii w tle i wielkich miłościach.
Wydawcy zarzekają się, że jest to „dobra proza pisana przez kobiety, nie tylko o kobietach i nie tylko dla kobiet”. Z mojego czytelniczego doświadczenia wynika jednak, że po pozycje w rodzaju „Cukiereczków” chińskiej skandalistki obyczajowej Mian Mian lub też po „Ja, Tituba, czarownica z Salem” Maryse Condé sięgają głównie kobiety. Bo po prawdzie trudno sobie wyobrazić, żeby którykolwiek pan ze zrozumieniem kiwał głową, czytając opisy Mian Mian, włożone w usta męskiego bohatera: “Noc zagościła w mojej duszy. Kiedy poszarpana chmura zasłania mi widok, kiedy dotykam skrzypiec palcami, brak mi sił, ona zabiera swoje rzeczy. Zawsze taka była: opowiedziała mi parę czystych historii i wywróciła mnie na lewą stronę, a ja się nawet nie zorientowałem. Kazała mi wierzyć, że gdybym trwał u jej boku, nie potrzebowałbym już nigdy niebiańskich świętych wód”.
Niemniej jednak, w przypadku „Serii z miotłą” nie można wykluczyć, że znajdą się również zainteresowani nią „czarownicy”. Choćby powodowani intelektualnym snobizmem. Jest to bowiem proza nagradzana na świecie i wysoko ceniona za literackie walory. Wydany również nakładem W.A.B. debiutancki tom opowiadań ZZ Packer „Pijąc kawę gdzie indziej” znalazł się np. w ścisłej czołówce finalistów do prestiżowej nagrody PEN/Faulkner Award for Fiction w 2004 roku. Wspomniana zaś wyżej powieść francuskojęzycznej Condé otrzymała Grand Prix Littéraire de la Femme już w 1986 roku!



Nie tylko romans


Przez ostatnie 20 lat polski rynek księgarski nie widział możliwości zarobienia na ambitnej kobiecej prozie. Musiało minąć trochę czasu, by rynek nasycił się rozmaitymi czytadłami dla pań, których w końcu przed nastaniem nowego ustroju nie było zbyt wiele (jeśli nie liczyć np. Marii Nurowskiej czy, w pewnym sensie, Joanny Chmielewskiej). Dlatego wydawnictwa szukające nowych czytelników (np. Literackie) wypełniają dziś niszę, nazwijmy ją, „literatury kobiecej z ambicjami”, a przy tym mówiącej o postrzeganiu świata przez płeć piękną w formie przystępnej również dla męskiego czytelnika. Opowiadane tu historie, nie abstrahując od ważnych dla bohaterek relacji z mężczyznami, nie ograniczają się wyłącznie do romansowego kontekstu. Np. „Cukiereczki” będące w jednej ze swych warstw dość patetyczną love story, sytuują ją jednak na opisanym z rozmachem historycznym tle. Czytelnik spragniony innych niż miłosne uniesień znajdzie tu i początki clubbingu w Szanghaju i prostytucyjno-narkotyczne podziemie, i rockowy chiński underground.
A zatem wygląda na to, że odbiorcy „ambitnej literatury kobiecej” niezależnie od płci wywodzą się z tej samej planety Ziemia i z zamieszkującego ją plemienia Wielbicieli Dobrej Książki.


Anna Gwóźdź / Aktivist