Twój najnowszy album jest zupełnie inny niż to, co nagrywałeś do tej pory, zgadza się?
Tak, to prawda, ale jestem z niego bardzo dumny. Jeszcze nie ma go w sklepach, czekam niecierpliwie, żeby zobaczyć go na półce.
Skąd pomysł ?
Miałem niedosyt po ostatniej współpracy z JJ Cale’m, poprzednia płyta nie brzmiała tak minimalnie i powściągliwie, jak zamierzałem. Chciałem, by moje utwory były podobne do jego starszych nagrań. Powiedziałem mu, że chcę nagrać kolejną. Zacząłem gromadzić jakieś riffy i groove’owe próbki, a potem wpadłem na pomysł, żeby zagrać standardy w stylu „Autumn Leaves” czy „Rockin' Chair”. Wszystkie utwory, które wziąłem na warsztat, były jak okruszki z mojej osobistej podróży, brzmiały jak wszystko to, co usłyszałem jako mały chłopiec i co zostało mi w głowie…ten album to egzorcyzm…
Kiedy to słyszałeś? Bo chyba niewielu dzieciaków w tamtym czasie i miejscu miało okazję słuchać tego starego jazzu i bluesa? Chyba nie w radiu?
Właśnie tak, tylko w radiu można było wtedy usłyszeć tak szeroką gamę muzyki. Było kilka programów z ciekawą muzyką, pamiętam zwłaszcza Uncel Mac i Two Way Family Favourites, których namiętnie słuchałem. To dzięki nim poznawałem utwory, które lubiłem i marzyłem, że kiedyś jeszcze raz usłyszę.
Uczyłeś się grać na gitarze, słuchając tych nagrań?
Uczyłem się głównie przy starych nagraniach Jimmyego Reeda i Roberta Johnsona. Pomiędzy ich twórczością jest jakieś 60 lat, mogłem się więc sporo nauczyć.
Płytę otwiera „Travelling Alone” Melvina Jacskona, co o nim wiesz?
Gdy miałem 15 lat kupiłem piękną bluesową kompilację „The Rural Blues”, na której był ten utwór. Zakochałem się w nim, jest genialnie zagrany, to samo intrygowało mnie w muzyce Roberta Johnsona…Ci goście potrafią sprawić, że gitara brzmi jak cały zespół, współgrają bas i perkusja, jest melodia i fantastyczne, bogate brzmienie, a do tego jakby niezależny od wszystkiego wokal. Zawsze uwielbiałem Melvina Johnsona, a potem usłyszałem właśnie „Travelling Alone”, wyjątkowy w jego całej twórczości, wydał mi się na tyle wspaniały, że wręcz musiałem go zaśpiewać.
Kto jest wśród muzyków?
Jest Doyle Bramhall, z którym gram na gitarach i Jim Keltner na perkusji. Jest też wspaniały pianista Walt Richmond i Allen Toussaint, dzięki którym na płycie znalazły się „When Somebody Thinks You’re Wonderful” i „My Very Good Friend The Milkman” Fatsa Wallera. Trombone Shorty zgrywał nam trąbki w Nowym Orleanie. Doskonale się rozumieliśmy, choć wiele rzeczy załatwiliśmy telefonicznie, bo w międzyczasie wylądowałem w szpitalu z zapaleniem woreczka żółciowego i nie mogłem być wszędzie.
Na płycie jest także „Judgement Day” Snooky’ego Pryora. Co o nim wiesz?
Właściwie to nie za wiele. Kiedyś kupiłem płytę i był na niej „I Wish You Would” Billy’ego Boya Arnolda, którą potem śpiewali też The Yardbirds. Słuchałem później innych jego albumów, ale tamten, na którym był ten kawałek, był najlepszy, te piosenki zostały we mnie, chciałem odtworzyć genialne brzmienie tamtej płyty.
Trochę o „Autumn Leaves”. Kto jest jego autorem?
To francuski wiersz napisany przez poetę, który chyba miał romans z Rimbaud czy Baudelairem. Potem powstała z tego piosenka. Śpiewał to Johnny Mercer i Eve Montar w odległych latach 40. i tę wersję chcieliśmy odtworzyć.
Nie możemy nie wspomnieć o „That’s No Way To Get Along”, w którym śpiewasz razem z JJ.
To bardzo stary utwór Roberta Wilkinsa, rasowy blues z Mississippi z domieszką country. Wyzwaniem jest osadzić go we współczesnym bluesie czy rocku. Kiedy zacząłem go śpiewać, JJ to podchwycił i zaczął powtarzać, potem dodaliśmy do tego Nowy Orlean i wyszło świetnie. Kiedy nagrywasz płytę najważniejsze to wybór odpowiednich ludzi. Gdy znam tych, z którymi gram, wiem też, co potrafią i wierzę w nich.
Kiedy słuchasz samego siebie, jak śpiewasz, co myślisz?
Nie znoszę tego. Wydaje mi się wtedy, że słucham szesnastolatka z Surbiton. Robię co mogę, ale ja tego nie czuję. Kiedy oglądam Raya Charlesa wiem, że tak powinno się śpiewać, jak gdyby te wszystkie piosenki były najważniejsze w życiu. On nie czyta, ani nikogo nie naśladuje. To wypływa mu z serca, za każdym razem, z każdym utworem. I to jest inspiracja, to moje natchnienie.
Na płycie pokazujesz nowe oblicze, bo przecież nigdy wcześniej nie śpiewałeś tak jak w „My Friend” czy – niczym Louis Armstrong – „My Very Good Friend Milkman”?
On jest ciągle dla mnie kimś wielkim, oni wszyscy znaczą tak wiele...Fats Waller, Big Maceo czy Louis Armstrong...
I kiedy tu siedzimy, patrzymy na płytę zatytułowaną po prostu „Clapton”... Możesz powiedzieć, że jesteś z niej dumny?
Jak najbardziej. Długo czekałem, by nagrać te kawałki. I nie ma znaczenia, jakie miałem zamiary. Wyszło coś jeszcze lepszego, bo pozwoliłem tej płycie powstawać. Jest to więc eklektyczna kolekcja piosenek, których nie było na mapie. Miałem inne pomysły i dlatego tym bardziej lubię to, co powstało. To niespodzianka dla fanów, ponieważ i dla mnie nią była.
Bardzo ci dziękuję.
Dzięki.
opracował Darek Piotrowski/Warner Music
Ten album to egzorcyzm - o nowej płycie Erica Claptona
Wszystkie utwory, które wziąłem na warsztat, były jak okruszki z mojej osobistej podróży, brzmiały jak wszystko to, co usłyszałem jako mały chłopiec i co zostało mi w głowie…ten album to egzorcyzm…
Komentarze (1)
Komentarze
jak wino i skrzypce, potęga w każdym stylu