Wojciech Kuczok opowiada o pracy nad scenariuszem filmu „Senność” i swojej najnowszej powieści pod tym samym tytułem.



Podobno powieść i scenariusz filmu „Senność” powstawały jednocześnie?


Najpierw był scenariusz. Pisałem powieść, kiedy Magda Piekorz realizowała film.

Po co opowiadać tę samą historię na dwa różne sposoby?

Chciałem napisać film, sprawdzić, jak to się opowie. Oddałem tekst scenariusza, postacie zaczęły ożywać na planie, pomyślałem, że skoro nie jestem reżyserem, nie będę miał już wpływu na to, co się dzieje z moimi bohaterami. Doszedłem do wniosku, że byłoby fajnie napisać własny film, bardziej wyreżyserować niż napisać książkę. Tak powstała powieść filmowa. Są dwie wersje, zobaczymy teraz...

... która będzie lepsza?

Nie, film jest oczywiście fantastyczny, a powieść to jednak rodzaj eksperymentu. Szkoda mi było tego tekstu, tęskniłem do moich bohaterów, chciałem zrobić z nimi coś więcej. W książce znalazło się parę cudzych pomysłów, bo scenariusz powstawał w kilkunastu wersjach podczas długich rozmów z Magdą i Krzysztofem Zanussim. Było też parę dialogów, których nie chciałem zmarnować, a wiedziałem, że na wykorzystanie w filmie są zbyt literackie. Myślę, że była to dobra przebieżka, rodzaj treningu przed kolejnymi książkami, które zamierzam napisać.

Czy powieść i film nawzajem się uzupełniają czy tylko są różnymi formami tej samej historii?

Zastosowałem zupełnie inną taktykę niż w przypadku „Pręg”. „Senność” jest pisana wiernie w stosunku do scenariusza. W gruncie rzeczy zrobiłem adaptację literacką filmu. Dopisałem jedynie wcześniejsze losy bohaterów, stworzyłem psychologię postaci i ich monologi wewnętrzne, które w filmie niepotrzebnie zaburzałyby potoczystość narracji. Film jest i tak bardzo długi, a i trochę materiału z niego wypadło. Miałem świadomość, że w koszu często lądują perełki. Nie dlatego, że są złe. Spójność całości wymaga wycięcia wątków pobocznych. Wiedziałem, że w książce nikt mi tego nie wytnie i że mogę sobie pozwolić na różne dygresje.

Kolejność odbioru jest dowolna, można bez szkody obejrzeć sobie najpierw film, a jeśli widz  będzie chciał wrócić do ekranowych bohaterów, usłyszeć ich głos wewnętrzny i dowiedzieć się o nich czegoś więcej, znajdzie to w powieści.

Jednym z bohaterów „Senności” jest Robert. Już w pierwszych recenzjach powieści krytycy sugerują, że postać ta jest z Panem w pewien sposób powiązana. Robert to pisarz, który przeżywa lęk przed napisaniem kolejnej powieści, bo przeczuwa, że zostanie ona potraktowana jako dzieło nieudane po poprzedniej, fenomenalnej książce.

To tylko jeden z jego lęków.

Czy także Pańskich?

Każdy z tych bohaterów jest nimi obdarzony, do każdej z tych postaci włożyłem trochę siebie. Akurat Robert przeżywa sytuację, która mogłaby mi się przytrafić. Na szczęście tak się nie stało: nie jest tak, że przez parę lat nic nie pisałem. Nie wydałem w tym czasie powieści, ale pracowałem nad kilkoma tekstami. Teraz ukazuje się „Senność”, kontynuuję prace nad kolejną powieścią i nad dramatem. Ale rzeczywiście był moment zmęczenia i zwątpienia. Poznałem uciążliwość niemocy twórczej i dni zmarnowanych nad tekstami, które potem lądowały w koszu. Pociągnąłem to dalej: zacząłem zastanawiać się, gdzie są źródła trwałej i nieodwracalnej blokady, co powoduje, że twórczy człowiek staje się któregoś dnia bezradny i nie ma nic do powiedzenia, a jego talent, jeśli jest nim obdarzony, nie potrafi przedostać się na zewnątrz. Opisałem sytuację presji rodzinnej, bo to jest mój żywioł, zawsze do tego wracam. Wymyśliłem rodzinę, która przyczynia się do tej niemocy, utrwala ją, mimo że teść bohatera pozornie stwarza mu cieplarniane warunki do pracy. Robertowi słowa się zmęczyły. To jest najważniejsze zdanie, które wypowiada ta postać. Na to nie można nic poradzić, trzeba to przeczekać. On akurat nie ma czasu, bo - jak się okazuje - jest śmiertelnie chory, a w swoim spokojnym wyczekiwaniu przekroczył granicę senności. Niemoc i senność dotyczą wszystkich wątków tej fabuły.

Czy, podobnie jak w „Pręgach”, wystąpił Pan w najnowszym filmie Magdaleny Piekorz w roli epizodycznej?

Tym razem nie, nie było miejsca, gdzie dałoby się sensownie przykleić taką rolę. Nakręciliśmy alternatywną pointę: wszystkie wątki się kończą, zamykam komputer i wychodzę z biblioteki sądowej, w której pracował Robert. Ta pointa nie sprawdziła się, więc na szczęście nie będzie mnie w filmie, może pojawię się w jakichś materiałach dodatkowych. Moje zdjęcie z planu filmowego na okładce pochodzi właśnie z tej sceny - nakręconej, ale usuniętej.

A czy z książki usunął Pan jakieś sceny?

Nie, przy tego typu pracy autocenzura działa na bieżąco, wystarczy nacisnąć w odpowiednim momencie przycisk „delete”.
Miałem pewne wątpliwości co do rozdziału piętnastego. Obmyśliłem go jako karykaturę happy endu i rodzaj appendixu, lektury nadobowiązkowej. Jeżeli ktoś lubi szczęśliwe zakończenia, to proszę bardzo: niech sobie jeszcze przeczyta ten dodatkowy rozdział. Była na ten temat poważna rozmowa, ale uznaliśmy gremialnie, że trzeba ten fragment zostawić. Traktuję to zakończenie z przymrużeniem oka, bo ono zupełnie odstaje od całości. To tak jakby w filmie pojawiły się po ostatniej scenie napisy wyjaśniające, co się stało z bohaterami później.  

Na dobrą sprawę można powiedzieć, że napisał Pan romans na trzy pary z nieodłącznym happy endem właśnie.

I bardzo dobrze. Ludzie lubią czytać romanse z happy endami, a ja bardzo lubię wprawiać ludzi w dobry nastrój.

Rozmawiała Magdalena Walusiak