Pamiętam swój pierwszy seans „Titanica” w 1997 roku, kiedy w wypchanym po brzegi nowotarskim kinie siedziała obok mnie dziewczyna, która lać łzy i wzdychać zaczęła na długo, zanim transatlantyk poszedł na dno. Histeria zaczęła się, gdy tylko DiCaprio pojawił się na ekranie. Zdradziła mi wtedy, że to jej 17. seans filmu w kinie.

Dziś, rok po premierze, projekcje filmu „Tamte dni, tamte noce” Luci Guadagnino znajdują w kinach widownię, bo powód jest ten sam: rozpalający widzów Elio, czyli Timothée Chalamet. Młody aktor jest tak magnetyczny, że zdają się podporządkowywać mu wszyscy widzowie, którzy w mediach społecznościowych organizują się w grupy na Seanse Uwielbienia Timma - jak je nazywają. Znajdziecie je także w Polsce - jeden niedawno odbył się w stołecznym kinie Luna, gdzie łzy lały się kolegialnie na widok Timmy’ego. Niejedna osoba widziała „Tamte dni…” po raz 17.


Chalametowe łzy

Ma uwielbienie fanów i mnóstwo propozycji ról, ale nie zawsze w życiu Timmy’ego było tak różowo. Początek aktorskiej ścieżki był wyboisty i poranił wrażliwego chłopaka nie raz, o czym opowiada bez cienia zażenowania. Tym różni się od swoich kolegów, którzy mają parcie na szkło, więc skupiają się wyłącznie na sukcesach. Timmy odwrotnie - chętnie wraca do tego, że Tim Burton nie wybrał go do roli w „Osobliwym domu Pani Peregrine", że Tom Holland zgarnął mu sprzed nosa rolę w „Spider-Man: Homecoming” czy że Tye Sheridan okazał się lepszy na castingu do „X-Men: Apokalipsa”.
Prawdziwą apokalipsą było jednak co innego - seans „Interstellar”, na który reżyser Christopher Nolan zaprosił go w towarzystwie aktorskiej wierchuszki. Timmy siedział obok Matthew McConaugheya, którego syna zagrał, Jessici Chastain oraz Anne Hathaway i… walczył ze łzami. Gdy wrócił do domu, przez godzinę płakał, bo okazało się, że z jego roli, która na papierze była rozbudowana, na ekranie została może ćwierć. Nie przeszkodziło mu to pójść na „Interstellar” do kina jeszcze 11 razy, żeby krytycznie spojrzeć na swoją kreację.

Osobliwy Dom Pani Peregrine (DVD)

Aktor mówi o tym bez cienia pretensji czy złorzeczenia. Przedstawia niepowodzenia jako naturalną część swojej pracy, czym zaskarbia sympatię fanów i innych aktorów - piątkę przybili sobie z Emmą Stone, którą Burton odrzucił, gdy ubiegała się o angaż do „Alicji w Krainie Czarów”.
Jego szczerość jest ujmująca. Nie kreuje się na męskiego i silnego. Jego koledzy po fachu spędzają czas na siłowni, z których postują w mediach społecznościowych zdjęcia sześciopaków i wyrzeźbionych klatek piersiowych. Timothee jest chudy jak szczypior, co dodaje mu chłopięcości i niewinności i przybliża do DiCaprio sprzed 20 lat. Dzięki swojej francuskiej urodzie odziedziczonej po ojcu, wygląda na wrażliwca, którego od razu chce się przytulić.
Jako niewinne chucherko idealnie pasował do „Tamtych dni, tamtych nocy”, ale do najnowszego filmu „Mój piękny syn” okazał się… za gruby. Reżyser Felix Van Groening kazał mu zrzucić kilka kilogramów do roli uzależnionego od narkotyków nastolatka Nica Sheffa, roli opartej na biografii rzeczywistej postaci. Oczywiście, Tim niepokoił się, że coś źle zrozumiał i że ma przytyć, ale trzymał dzielnie dietę, przez co na ekranie został z niego worek kości. Zagrał na tyle wiarygodnie, że dostał nominację do Złotego Globu, ma też realne szanse w wyścigu po Oscara.

Peach, please!

Kiedy pochwalił się rolą mamie, ta skakała z radości, ale nie wiedziała jeszcze, że syna czeka przemiana fizyczna. Bał się o tym mówić, bo rodzicielka miała chwilowo dość jego aktorskiej kariery po tym, jak scena, w której Timmy masturbuje się z użyciem brzoskwini w „Tamtych dniach…”, stała się kultowa. Od czasu premiery fani i fanki podchodzą do niego z owocem, prosząc o autograf na skórce. Timmy z uśmiechem je podpisuje. Jednak najdziwniejszą prośbę, jaką usłyszał od fana, był apel, żeby w serialu „Homeland”, w którym grał syna wiceprezydenta, pokazywał częściej stopy. Zapytany na wizji o reakcję na ową prośbę bez zastanowienia odpowiedział, że niczyich potrzeb nie ocenia i jeśli ktoś czerpie przyjemność z patrzenia na jego stopy, to jemu to nie przeszkadza.

Timmy jest ostoją pokory i wyrozumiałości. I chyba te cechy ratują go z medialnej opresji. Chociaż ma już na koncie wielkie role i potężną kolekcję nagród, wciąż stresuje się występami w telewizji. Kiedy (po raz drugi!) pojawił się u Jimmy’ego Kimmela, płonął rumieńcem za każdym razem, gdy zaplątał się w wypowiedzi. Widać, że Timmy potrafi grać tylko na planie, a w życiu kieruje się szczerością i naturalnością. Dlatego tak łatwo prowadzącym wyciągać z niego rodzinne sekrety. Opowiedział w programie na żywo choćby o tym, jak na ceremonię wręczenia statuetek Oscarów (dostał nominację za „Tamte dni, tamte noce” jako najmłodszy aktor w historii) zabrał mamę i siostrę, które… rywalizowały ze sobą o miejsce bliżej sceny. Zapytany, jak się z tym czuł, odpowiedział, że wydało mu się to urocze i słodkie. Za ten urok i za tę słodycz fani kochają go najbardziej.

Brudne pieniądze

Ale też za zdrowy rozsądek i świadomość świata, w którym żyje. Udowodnił to choćby, gdy Woody Allen został oskarżony o molestowanie seksualne. Timmy natychmiast zdecydował się przekazać gażę za rolę w jego „A Rainy Day in New York" trzem organizacjom - wspierającej Time’s Up, LGBTQ+ oraz działającej na rzecz walki z przemocą domową. Losy filmu są jeszcze nieznane - niewiadomo, czy w ogóle pojawi się w kinach, więc decyzji aktora nie można odczytywać jako strategii marketingowców, chcących podbić oglądalność po tym, jak wiele środowisk zbojkotowało postać Allena i jego dokonania.

I takimi zachowaniami wygrywa. Rolami w „Tamtych dniach, tamtych nocach” i „Moim pięknym synu” pokazał, że empatia to jego drugie imię, a nie doraźny środek na zrobienie kariery. Kariery, która jest dziś w rozkwicie, bo na premierę czekają kolejne projekty, zapowiadane jako rewolucyjne. W „Małych kobietkach” Greta Gerwig przepuszcza klasyk literatury przez swoją zawadiacką perspektywę, a w „The King” król Henryk V ma się mierzyć nie tylko z politycznymi oponentami, ale też własnymi demonami. Któż pasuje do tej walki lepiej niż Timmy właśnie?