„Bullitt”, reż. Peter Yates

Filmy, w których odnajdziemy genialne role kierowców są tak różne, że jakakolwiek próba hierarchizacji mija się z celem. Dlatego kolejne produkcje przedstawiamy w porządku chronologicznym. W związku z tym na początek „Bullitt” z 1968 roku w reżyserii Petera Yatesa. Prawdziwą gwiazdą tego filmu jest Steve McQueen i do tego stopnia, że ponoć to aktor decydował o wyborze reżysera. Wykreowany przez słynnego miłośnika motoryzacji detektyw Frank Bullitt był niekwestionowanym mistrzem kierownicy, a sceny pościgów w słynącym ze sprzyjających efektownym wyskokom pagórków San Francisco, przeszły do historii kina. Jakim kierowcą był Bullitt? Jak większość emanował pewnością siebie. Za kierownicą był zawsze skupiony, niemal nie zdradzając targających nim emocji. McQueen stworzył postać typowego dla tamtych czasów skrytego twardziela, a przy tym niezawodnego amanta. Aktor miał zainspirować się prawdziwym inspektorem, znanym z dochodzenia zbrodni słynnego Zodiaka. Gwiazdor samodzielnie odegrał większość scen samochodowych. Dopiero naciski partnerki aktora na reżysera sprawiły, że w najgroźniejszych scenach Steve’a zastąpił kaskader. Filmowym „partnerem” McQueena został ford mustang GT 390. Co ciekawe po latach amerykański koncern motoryzacyjny zaprojektował specjalną edycję mustanga, opatrzoną nazwą „Bullitt”, na cześć legendarnego filmu.

 

„Znikający punkt”, reż. Richard Sarafian

Historia „Znikającego punktu” wydaje się banalna. Pracownik firmy przewozowej ma dostarczyć samochód z punktu A do punktu B. Jednak jeśli uwzględnimy, że autem jest Dodge Challenger, czas na wykonanie zadania jest niemal niemożliwy, a kierowca jest byłym rajdowcem i buntownikiem – otrzymujemy fantastyczne kino akcji, które przekazuje dużo więcej niż tylko efektowny policyjny pościg. Główny bohater o swojsko brzmiącym nazwisku Kowalski to postać tragiczna. Obserwując jego zmagania z pojazdem i policją na przemian dostrzegamy poczucie buntu, beznadziei, a także osamotnienia, mimo wsparcia ze strony niewidomego DJ-a radiowego. Chociaż przez 98 minut nie mamy okazji poznać dogłębnie myśli Kowalskiego, mocno zżywamy się z jego losem oraz rozterkami. Tragizmu postaci dopełnia ostateczne zamknięcie drogi ucieczki ku wolności, a decyzja o odebraniu sobie życia zamiast zakucia w kajdanki sprawia, że bohater „Znikającego punktu” z pewnością nie zniknie z naszej pamięci.

 

„Taksówkarz”, reż. Martin Scorsese

Czas na kolejny klasyk, w którym rola kierowcy w wyjątkowy sposób pokierowała wydarzeniami oraz głównym bohaterem. Travis, którego genialnie zagrał Robert De Niro, z powodu trapiącej go bezsenności postanawia zatrudnić się jako taksówkarz nocnej zmiany. Na początku poznajemy go jako trochę beztroskiego chłopaka, któremu brakuje pomysłu na siebie. Jednak obserwowanie nasilających się nocą sytuacji przemocy, przestępczości oraz prostytucji, zmienia postrzeganie rzeczywistości Travisa i nadaje mu nowy cel w życiu. Odtrącenie przez wykształconą i zaangażowaną politycznie dziewczynę wzmaga załamanie nerwowe głównego bohatera, a jednocześnie popycha do działania. Praca nad ciałem, przygotowanie broni oraz słynne sceny przed lustrem (zaimprowizowane przez samego De Niro) wieńczy scena masakry przedstawicieli świata przestępczego oraz uwolnienie młodej Iris (zagrała ją Jodie Foster, a rola zaowocowała nominacją do Oscara, dla najlepszej aktorki drugoplanowej). Od strony motoryzacyjnej brakuje pościgów czy sportowych samochodów. Jest kultowa, żółta, nowojorska taksówka i konieczność sprzątania tylnego siedzenia po każdej zmianie. Niemniej nocna jazda pomaga zrozumieć Travisowi, czego tak naprawdę chce dokonać i pozwala znaleźć motywację do osiągnięcia celu. Aby lepiej wczuć się rolę, De Niro przed nakręceniem „Taksówkarza” wykonywał ten zawód, jeżdżąc po Nowym Jorku 12 godzin dziennie!

 

„Taxi”, reż. Gerard Pires

Czy szaleńcza jazda autem jest wyłącznie domeną filmów akcji? Kiedy już chcemy się z tym zgodzić, przypominamy sobie francuską komedię „Taxi” w reżyserii Gerarda Piresa oraz scenariuszem Luca Bessona, który na pomysł filmu pełnego pościgów wpadł stojąc w popołudniowym korku. Efektowne modyfikacje niepozornej taksówki jeżdżącej po ulicach Marsylii, a przede wszystkim jej kierowca, składają się na jedną z najlepszych komedii kryminalnych w historii kina. Samy Naceri, odtwórca roli Daniela, od innych przywołanych kierowców różni się tym, że kierowanie autem traktuje wyjątkowo beztrosko. Nawet wizja nieuniknionej kolizji nie ściera z twarzy głównego bohatera uśmiechu. Być może z tego powodu możliwe były wszystkie brawurowe manewry, wywołujące u pasażerów taksówki mdłości. Widzowie zapamiętali z pewnością charakterystyczny humor i dynamiczną fabułę zarówno pierwszej, jak i drugiej części „Taxi”. Sukces tych filmów doprowadził do kolejnych sequeli. W 2018 roku powstała najnowsza część „Taxi 5” nakręcona już bez Naceriego.

 

„Szybcy i wściekli”, reż. Rob Cohen

Pierwszy film nie zwiastował tak bardzo rozbudowanej serii, jaką znamy obecnie. W 2001 roku powstała historia policjanta działającego incognito oraz organizatorów nielegalnych wyścigów. Jednak oprócz drogich i efekciarskich samochodów, „Szybcy i wściekli” ukazali także perypetie rodzinne oraz odmienne spojrzenie na to co dobre, a co złe. W filmie zmierzyły się także dwie odmienne osobowości kierowców. Z jednej strony ułożony, a także szkolony do szybkiej jazdy Brian O’Conner (w tej roli Paul Walker, który swoją prywatną miłość do motoryzacji przypłacił w 2013 roku życiem) oraz twardziel, ponad wszystko ceniący rodzinę i wyścigowy samouk Dominic Toretto (świetna rola Vina Diesela). Rywalizacja odmiennych charakterów przeradza się w przyjaźń. Z ciekawostek dotyczących „Szybkich i wściekłych” na pewno warto wspomnieć o innych kierowcach w filmie, czyli aktorkach Michelle Rodriguez (Letty) oraz Jordan Brewster (Mia), które podczas kręcenia nie miały prawa jazdy ani żadnego innego pozwolenia na jazdę autem.

 

„Grindhouse: Death Proof”, reż. Quentin Tarantino

Filmy Tarantino to klasa sama w sobie, natomiast kierowca z „Grindhouse” na lata zapisał się w historii kina. Grany przez Kurta Russella kaskader Mike to na pierwszy rzut oka typowy amerykański samiec alfa, w efektownych ciuchach, z blizną na twarzy, w klasycznym samochodzie. Jednak potem poznajemy prawdziwe oblicze psychopaty, czerpiącego przyjemność z zabijania. Tym samym fabuła wpisuje się w konwencję slashera, gdzie bohaterowie, a zazwyczaj młode bohaterki, giną jedna po drugiej z rąk antagonisty. Ponadto „Grindhouse” jest hołdem dla amerykańskich musle carów, czyli aut o bardzo dużej mocy. W filmie zobaczymy m.in. Dodge’a Challengera (znanego ze „Znikającego Punktu” czy „Bullitta”), Chevroleta Nova, Mustanga czy Dodge’a Chargera. Z kolei wytrawni miłośnicy wszystkich produkcji Tarantino doszukają się odniesień m.in. do filmu „Kill Bill”.

 

„Drive”, reż. Nicolas Refn

W 2011 roku powstał jeden z najbardziej estetycznych i klimatycznych filmów, których akcja orbituje wokół samochodu i jego kierowcy. „Drive” łączy w sobie znakomitą grę aktorską, wciągającą fabułę oraz wyjątkowy klimat wykreowany przez głównego bohatera, w którego wcieli się Ryan Gosling. Film jest fantastycznie dopracowany, każdy szczegół ma znaczenie i wpisuje się zgraną kompozycję. Na uwagę zasługuje również nieco hipnotyczny soudtrack, wciągający widza coraz bardziej w ekranowe wydarzenia. Sam fakt, że postać grana przez Goslinga nie ma imienia, roztacza wokół niej aurę tajemniczości. Kurtka oraz szoferskie rękawiczki dopełniają obrazu wyjątkowego kierowcy, który czasami nie stosuje się do przepisów ruchu drogowego, ale zawsze postępuje według własnego kodeksu. Daje klientom pięć minut, po czym umożliwia im ucieczkę z miejsca zbrodni. Nie zadaje pytań, nie osądza, po prostu kieruje i jest w tym najlepszy. Byłby pracownikiem doskonałym, gdyby nie kobieta, która redefiniuje zasady głównego bohatera. Obserwując zachodzące w postaci zmiany, na przemian czułość i bezwzględność, podobnie czują się widzowie. Odczuwamy sympatię wobec szlachetnych powodów, dezaprobując równocześnie okrutne momentami metody. Aurę tajemniczości w sporej mierze zawdzięczamy aktorom. Zarówno Ryan Gosling jak i Carey Mulligan mieli dużo więcej kwestii w scenariuszu, jednak obaj odmówili ich wypowiedzenia, argumentując decyzję chęcią budowania nastroju poprzez przemilczenie wielu aspektów fabuły. W efekcie powstała świetna całość okraszona pięknymi oraz szybkimi samochodami.

 

„Baby Driver”, reż. Edgar Wright

Oglądając „Baby Driver” można doszukać się wielu analogii do filmu z Ryanem Goslingiem. Chociażby fakt, że główny bohater nie ma imienia, a zarabia kierując autem podczas dokonywanych przestępstw. Jednak dużo młodszy wiek i dotychczasowe przeżycia postaci granej przez Ansela Elgorta sprawiają, że Baby znacznie różni się od kierowcy w „Driverze”. Popełnia młodzieńcze błędy, ceni pasję i jest przywiązany do rodziny. We właściwym momencie podejmuje męską decyzję, do której popycha go miłość. „Baby Driver” to przede wszystkim świetna dynamika. Niewiele zobaczymy tu fabularnych przestojów, a sceny pościgów są na najwyższym poziomie. Przy okazji tego filmu ponownie nie można pominąć muzyki. To na jej punkcie szaleje Baby, a każda akcja rozgrywa się w rytmie jakiegoś szlagieru. Czy ten film mógłby być jeszcze lepszy? Być może, zwłaszcza że do roli Debory przymierzana była Emma Stone, jednak aktorka wybrała udział w „La La Land”.
 

 

Każdą z wymienionych postaci warto docenić przede wszystkim za to, że oprócz efektownych manewrów, dużych prędkości i spektakularnych kraks, potrafiła skupić uwagę widza na swojej osobowości, zachodzących w niej zmianach. Do panteonu najsłynniejszych kinowych kierowców z pewnością moglibyśmy dodać jeszcze kilka nazwisk. A kogo wy byście zaproponowali?