Temat śmieci i zero waste ostatnio przycichł, i nic dziwnego. Jesteśmy w oku pandemicznego cyklonu, reżim sanitarny wymusza na nas śmiecenie: jednorazowe rękawiczki i jednorazowe maski, zakupy na telefon i jedzenie w opakowaniach jednorazowych, które przywozi kurier, niezręcznie jest teraz pakować pieczywo do własnych torebek i podstawiać pod dyspozytor niepewne higienicznie kubeczki wielokrotnego użytku. Trudno zrównoważyć te szale: zdrowie i poczucie bezpieczeństwa naprzeciw troski o środowisko. Jestem przekonana, że kiedy pandemię uda się opanować, zaleją nas zdjęcia plaż i lasów, zasłanych plastikowymi rękawiczkami.

Być może nauka pokona wirusa, ale problem nadprodukcji towarów, a w konsekwencji śmieci i zanieczyszczeń, z pewnością nie będzie z rozmaitych powodów rozwiązany z taką pasją i zaciętością. Koronawirus uderza we wszystkich, w bogatych i w biednych. A od śmieci bogaci potrafią uciec – na poziomie indywidualnym i krajowym. Prywatną plażę ktoś posprząta o świcie. Nieprzetwarzalne śmieci można wyeksportować do innego kraju (na przykład do Polski, gdzie spłoną w „przypadkowym” pożarze wysypiska).

Stanisław Łubieński pisze „Książkę o śmieciach” z pozycji „zwykłego” człowieka – słowo „zwykły” opatruję cudzysłowem, bo jednak nie sposób nie zauważyć, że status materialny pozwala mu pochylić się nad problemem śmieci mocniej, dosłownie i w przenośni. Kiedy ja biegnę do pracy i z lekkim drżeniem sumienia wyrzucam do kosza papierowy kubek po kawie z automatu, Łubieński ten kubek wyjmuje i przygląda mu się ze wszystkich stron (okej, tutaj akurat bardzo przenośnie: nie mam manii prześladowczej i nie posądzam popularnych autorów o przekopywanie moich śmieci). Z czego jest zrobiony? Dokąd trafi? Ile osób w Warszawie wyrzuca codziennie taki kubek i ile ma z tej okazji wyrzuty sumienia? Kiedy w ogóle pojawiły się przedmioty jednorazowego użytku i w jakich kontekstach były przedstawiane? Kiedy zaczęto dostrzegać, że wyrzucanie po każdym posiłku talerzy i sztućców jest zachowaniem, które powoduje olbrzymie problemy? Każdy esej wynika w dużym stopniu z osobistego doświadczenia: plastikowa kulka, która trafia pod ząb autora z jedzonej w klimatycznej knajpce barakudy, przypadkowe odpady znajdowane podczas spacerów na plaży, szklana butelka ze zwłokami leśnego żuka, opowiadanie o Leonii, jednym z „Niewidzialnych miast” Italo Calvino, w której mieszkańcy codziennie budzą się pośród nowych, nietkniętych czasem i zużyciem przedmiotów.

 

Książka o śmieciach (okładka miękka)

 

Podstawowym kontekstem dla śmieci jest w książce Łubieńskiego przyroda – u tego autora to nie jest szczególna niespodzianka. Z niewielkimi wyjątkami jest to przyroda bliska, z którą każdy z nas może nawiązać kontakt. Pojawia się wprawdzie wzmianka o Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci czy gniazdach głuptaków na niemieckiej wyspie Helgoland, zbudowanych z plastikowych sznurków rybackich sieci – ale generalnie Łubieński porusza się po terenach tak banalnych, że aż przezroczystych: podmiejskich chaszczach, altankach śmietnikowych, trawnikach. Te „śmieciarskie” spacery pobrzmiewają echem refleksji Richarda Louva, autora „Ostatniego dziecka lasu”. Łatwo przejąć się ginącymi lasami deszczowymi, bo jaguary, storczyki i malownicze ujęcia parującej dżungli, ale ile owadów znika z naszego otoczenia bez naszej wiedzy i żalu? Szokują nas przykryte całunem rozmaitego barachła plaże w Indiach, ale co z mniej spektakularnymi odpadkami nad Bałtykiem? Oczywiście, najłatwiej powiedzieć, że to hołota przyjechała, zagrodziła parawanami, naśmieciła, zasikała wydmy i wróciła do swoich suteren, czy gdzie ci ludzie mieszkają.

A my? My nie śmiecimy. Możemy za to korzystać z diet pudełkowych, jeść egzotyczne owoce w sezonie na truskawki czy kupować kolejne ubrania na wyprzedażach, najwyżej te niemodne odda się do organizacji charytatywnej, przecież biedni będą się cieszyć z sukienki z sieciówki, lekko tylko zmechaconej i może odrobinę nieładnej. A może jednak zero waste i nieustanny niepokój o los planety? Łubieński nazywa ten stan nerwicą ekologiczną. Usychacie z pragnienia, bo zapomnieliście zabrać z domu wielorazową butelkę, a w sklepach sam plastik? Nie chce wam się nawet otwierać szuflady, bo kłębi się w niej milion reklamówek i płóciennych toreb, których nie można wyrzucić? Spodnie straciły fason niczym u Włóczykija, kurtka przeciera się na szwach ale ekologiczne i etyczne zakupy ubraniowe właśnie was przerastają, a do sieciówki poprzysięgliście nie zaglądać? Gratulacje, nerwica ekologiczna w czystej postaci.

Ważny jest ton „Książki o śmieciach”. Łubieński nie poucza i nie piętnuje – po prostu chodzi, po prostu patrzy, trochę po swojemu, a trochę za nas. Wsiada do śmieciarki i ogląda odbieranie śmieci z warszawskich osiedli. Patrzy, jak są segregowane i spalane (czy wiedzieliście, że sam dym też można jeszcze spalić?). Liczy łuski od nabojów nad jeziorem i relacjonuje konsekwencje strzelania do ptaków, obejmujące zabite przez myśliwych przypadkiem ptaki chronione, ale także zwierzęta zatrute ołowiem, znajdującym się wciąż w amunicji (istnieje możliwość zastąpienia śrutu ołowianego stalowym, ale jest to marginalna praktyka, chociaż na wysoką toksyczność ołowiu zwraca uwagę WHO). Przygląda się motywowi miotły w malarstwie i ready-made’om oraz zbieraninom Schwittersa. Przegląda własne szafy i szuflady.

Podsumowując: jeżeli chcecie być świadomymi śmieciarzami lub świadomie ze śmieciami w otoczeniu walczyć, przeczytajcie eseje Łubieńskiego. Będziecie wiedzieć więcej, ale refleksyjny, uważny ton tej prozy nie spowoduje, że następnego dnia będziecie bali się wstać z łóżka.