Wszyscy mamy problem z listopadem. Nie chodzi o tylko o to, że pogoda nas nie rozpieszcza, nagle jest ciemno, ponuro, zimno, deszczowo. Ale o ten czas, pomiędzy wspomnieniem zmarłych, smutno obchodzoną w Polsce rocznicą odzyskania niepodległości, a wybuchem świątecznego szaleństwa konsumpcjonizmu, które niekoniecznie musi wprawiać nas w dobry humor. Zbliżamy się do końca roku, nasze mózgi zaczynają pracować nad podsumowaniami, niektórzy mylą o postanowieniach. Zero radości, mówię wam. Co należy zrobić? Samemu sobie do domu radość przynieść. Lub wybrać kuriera. A ten najlepiej niech przyniesie wam „Słownik miejsc wyobrażonych”, dzieło monumentalne, dzięki któremu w każdej chwili będziecie mogli się przenieść do krajów odległych, szalonych i wyobrażonych. Najbezpieczniejsza ucieczka z dostępnych w naszej kulturze.

 

„Słownik miejsc wyobrażonych”

 

Alberto Manguel i Gianni Guadalupi włożyli w słownik tytaniczną pracę, ale warto dodać, że wspaniałe jest też dzieło Jana Gondowicza i Andrzeja Brzozowskiego, którzy do słownika dołożyli krainy z polskiej literatury, dzięki którym „Słownik…” jest nam bliższy i może posłużyć jako przewodnik po lekturach łatwiej osiągalnych. Dodam jeszcze brawa dla tłumaczy i tłumaczki (Bikont, Kozak, Kłobukowski, Płaza, Świerkocki - to jest elita tłumaczy!) oraz wydawnictwa za piękną edycję. Bywają dzieła szczęśliwie spełnione, to jedno z nich. A teraz czas na zabawę.

 

Otwórzmy na przypadkowej stronie. Wylosowałem 323, gdzie pyszni się mapa Islandii. Ale nie tej, znanej nam z lekcji geografii czy indywidualnych wycieczek w kierunku gejzerów. To Islandia z dwóch książek - Austina Tappana Wirghat i Marka Saxtona. Kraj jakże bliski temu, który możemy poznać, ale jednak otoczony mitologiczną powłoką. Nie ma tam zegarków ręcznych, a upływ czasu odmierzają tylko zegary wodne. Kuchnia niezbyt egzotyczna, różni się głównie w kwestii napojów. Pije się biały likier, „słodki jak miód”. To połączenie indywidualizmu i surowej prostoty, ale też egzotycznej odległości i przyrody odizolowoanej od dostępnego nam świata. Kraina bardziej wyobrażona niż realna.

 

Co innego Kraina Deszczowców (s. 377) zwana też Krainą Deszczu. Klimat - malaryczny, stolica - Kibi-Kibi, a Deszczowcy brodzą w kałużach i błocie, bo w świecie, gdzie cały czas pada deszcz budowanie rynsztoków nie ma sensu. Choć są rynny, bo jednak w domach Deszczowcy chcą mieć sucho. Jeszcze nie tak dawno zakazane były parasole, choć my, jako cudzoziemcy, moglibyśmy ich używać. Znamy tą krainę, to świat stworzony przez Stanisława Pagaczewskiego w „Porwaniu Baltazara Gąbki”. Kraina istniejąca tylko w wyobraźni.

 

Znajdziecie też Prawiek (s. 633), czyli „punkt leżący w środku wszechświata”. Gmina w centralnej Polsce, myślę że w ostatnich tygodniach jedna z częściej odwiedzanych krain wyobrażonych. Podróżujemy do Prawieku dzięki Oldze Tokarczuk i choć mieszkańcy podkaliskich miejscowości z przyjemnością rozpoznają swoje krajobrazy w dziele Noblistki, co przy ogólnonarodowej akcji „Tokarczuk tu była”, jest zrozumiałe, to każdy z nas Prawiek widzi inaczej. Kraina nad dwoma rzekami - Białą i Czarną, z której rzadko kiedy ktoś wyjeżdża. Dzieją się tam Czasy. I my się tam czasem dziejemy.

 

Chcecie gdzieś jeszcze zawędrować? Proszę. Oto Tacarigua, wyspa na Morzu Karaibskim, której atrakcją jest stolica o dźwięcznej nazwie, Cuna Cuna. Barwne życie nocne, ludność mieszana. Można pójść do opery, rozwiąźle zabawić się w klubie jazzowym i barze, gdzie tancerki oferują pokaz hodeidah, tańca erotycznego, którego nigdzie indziej nie uświadczymy. Cuna Cuna to świat hedonistyczny, a jego seksistowskie z lekka obrazki przedstawił Ronald Firbank w książce „Prancing Nigger” w 1924 roku, co wskazuje, że mamy tu też problemy kolonialne i to niekoniecznie skrytykowane.

 

To chyba jedyny kłopot z tym słownikiem - oryginał ma już czterdzieści lat i krytyka postkolonialna, choć przecież mówimy o krainach egzotycznych i dalekich tak w wyobraźni jak i rzeczywistości - jest tu prawie nieobecna. Ale to co jest obecne powala rozmachem i intryguje. Setki haseł opisujących miejsca nam znane, jak Narnia, ale częściej nowe i równie ciekawe. Wielka podróż przez światy, wyobraźnię pisarzy i (bardzo rzadko) pisarek, która będzie zabawą dla każdego, kto chce na chwilę odpocząć od otaczającego nas świata. Można uciec w fantasy, powieści obyczajowe, czy kryminały historyczne. To dobry oczywiście wybór, ale co powiecie na to, by w jednej książce zmieścić setki takich opowieści? Jestem jak dziecko, które dostaje leksykon państw świata i z zachwytem zauważa, że jest coś więcej ponad baśnie, a świat bywa realny, choć daleki. Ale tu nasze wewnętrzne dziecko wraca do tego pierwotnego zachwytu światem, do którego wstęp mamy tylko dzięki wyobraźni. To taki paszport do innych światów, o którym zapominamy. A ta książka jest jak tajne przejście przez króliczą norę, bez gwarancji miejsca, do którego się przeniesiemy. Wybitne dzieło, niesamowita przygoda.