Na licytacji przedmiotów pozostałych po Unabomberze kupił tylko kilka jego książek; po Henrym Lee Lucasie paczkę papierosów, zaś po członkach sekty Niebiańskie Drzwi – cztery całuny. Ma też nóż do kopert, którym pewna żona zabiła swojego męża. Te artefakty znajdujemy w domu kolekcjonera z komiksu Alvaro Ortiza, „Murderabilia” (tłum. Jakub Jankowski).

 

Josif Brodski pisał w eseju „W półtora pokoju” (tłum. Anna Husarska) o przedmiotach zostawionych przez swoich rodziców, komplecie naczyń „z wykwintnej porcelany”, który będzie należał do narratora, gdy się ożeni. One również odeszły, zginęły w wojnie czasu”.

O książkach, które trzeba po zmarłych posprzątać pięknie napisał Marcin Wicha w nagrodzonym Nagrodą Literacką Nike tomie „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”. Na końcu książki znajdziecie spis niewyrzuconych przez autora książek. Inspirujacy do stworzenia własnej listy z prośbą do potomnych, by akurat te woluminy ocalili. Nie musimy uzasadniać wyboru. Trzeba rzeczy ocalać, bo - jak podejrzewał Brodski - tkwi w nich świadomość poprzedniego właściciela.

Bohater opowiadania Mariusza Szczygła z książki „Nie ma” zabiera po zmarłym partnerze maskotkę, krecika z czeskiej bajki. I ona na pewno nie trafi do sklepu z rzeczami po zmarłych, który autor tak lubi odwiedzać w Budapeszcie. Mariusz Szczygieł uważa, że w jakiś sposób nasza śmierć przynosi ulgę przedmiotom”. Nie sprawdzimy tego, ale możemy podążyć za bohaterami. Wiemy zaś, jak Julian Barnes po śmierci żony, że nie radzimy sobie ze śmiercią”. Możemy przepracować żal, gniew, ale nie poradzimy sobie z tym „nie ma”, które dzieje się, gdy ktoś odchodzi. „Wymiary życia” – jak pisze Barnes – prowadzą nas zawsze do tej katastrofy.

Po każdej śmierci trzeba posprzątać. Sprząta się też później, nachylając nad grobem, by odgarnąć liście, może wyrwać kępkę mchu; poprawia wieńce, ustawia znicze, wiązanki. Musi być schludnie i czysto. My – żywi, na chwilę zatrzymujemy się i czytamy daty, nazwiska, może czasem zaskakujemy samych siebie właśnie odkrytymi związkami genealogicznymi. Pozwalamy sobie na tę myśl rzadko, raz, może dwa w roku.
Pisząc o zmarłych, niezależnie od gatunku literackiego, piszemy o przedmiotach. W poezji na przykład Władysław Szlengel pisał:

 „meble, stoły i stołki,

walizeczki, tobołki,

kufry, skrzynki i buty,

garnitury, portrety,

pościel, garnki, dywany

i draperie ze ściany.

Wiśniak, słoje, słoiki,

szklanki, plater, czajniki,

książki, cacka i wszystko

jedzie z Hożej na Śliską.”

Gdy piszę ten tekst, Irene Cara śpiewa w słuchawkach, że zamierza żyć „forever”, co przypomina mi lekturę „Lincolna w Bardo” George’a Saundersa (genialnie przełożone przez Michała Kłobukowskiego), w którym okazuje się, że nawet zmarli chcą zaprzeczyć własnej śmierci.

Różni ci nasi zmarli, różne są śmierci, przedmioty jednak zawsze podobne. Gdy myślę o własnej śmierci, zazdroszczę zwierzętom, które – jak pisała Olga Tokarczuk w „Ostatnich historiach” – umierają na „śmierćki” i nie gromadzą zbyt wielu przedmiotów. Po moim Czarku zostaną dwie poduchy, dwie miski, smycz, legowisko z napisem „Happy Dog”.

Ale nigdy nie będzie nam łatwo, gdy „nie ma”. Co nie znaczy, że nie warto o „nie ma” czytać. Jest do tego wiele okazji, wymienione przeze mnie tytuły z pewnością warto sprawdzić nie tylko „w tych” dniach.