Mocno zużytym banałem jest stwierdzenie, że Hollywood to fabryka snów. Podobnie można twierdzić o tzw. amerykańskim śnie. Ale jeśli spojrzymy na Dwayne'a Johnsona, znanego również jako The Rock, łatwo zobaczyć, że takie banały mogą stać się rzeczywistością. Wystarczy tylko być odpowiednio utalentowanym, charyzmatycznym i ciężko pracującym. Zobaczcie zatem, jaką drogę pokonał gwiazdor filmu „Rampage: Dzika furia”.
 

Z ringu...

Na długo zanim młody Dwayne zapragnął zostać aktorem, sprawdzał się w sporcie. Jako licealista był zapalonym footballistą, biegaczem i wrestlerem. Zanim ta trzecia ścieżka otworzyła mu drzwi do mega-gwiazdorstwa, Johnson był na tyle obiecującym graczem na boisku, że miał sporą szansę rozpocząć profesjonalną karierę w organizacji NFL, a na dodatek znalazł czas na licencjat z kryminologii i fizjologii. Kontuzja pokrzyżowała mu footballowe plany, szybko więc przerzucił się na sport, który istniał w jego rodzinie od dwóch pokoleń i którego na dobre zasmakował w liceum - chodzi oczywiście o wrestling.

 


Można się spierać, która część kariery zapewniła Dwayne'owi większą sławę. Ta na ringu, kiedy był znany głownie jako The Rock, czy na na ekranie, gdzie woli podpisywać się własnym nazwiskiem. Pewne jest, że wrestling w swojej jarmarkowej, niezwykle efektownej i wyreżyserowanej formie, jest w USA ogromnie popularny i od 1996 roku, kiedy to Johnson rozpoczął swoją oszałamiającą karierę jako wrestler, to właśnie on jest wymieniany jako jedna z największych i najbardziej utytułowanych gwiazd na tym polu. Lista tytułów, jakie zdobył, byłaby dłuższa niż ten tekst. Sam Johnson zresztą, jako osoba mająca opinię niezwykle sympatycznego i normalnego faceta, kontynuuje swój romans z ringiem nawet teraz, gdy jest jednym z najlepiej opłacanych aktorów w historii Hollywood.

...na ekran

Pierwszą poważną rolą Johnsona był epizod w serialu „Różowe lata 70-te”, gdzie zagrał... własnego ojca. Ale tak naprawdę o The Rocku świat usłyszał na przełomie 2001 i 2002 roku. W drugiej części „Mumii” z Brendanem Fraserem Johnson wcielił się w Króla skorpiona (a jego komputerowo wygenerowana twarz na łożona na cielsko wielkiego pajęczaka do dziś widnieje na listach najgorszych efektów CGI), a rok później zagrał główną rolę w spin-offie noszącym takie samo miano, jak jego bohater. The Rock trafił wówczas do Księgi Rekordów Guinnessa jako debiutant w głównej roli, który dostał najwyższą pensję w historii (5,5 miliona dolarów). To był wyraźny sygnał, że Dwayne Johnson idzie po Sukces pisany przez naprawdę duże „S”.
 


Ci, którzy nie mieli okazji oglądać jego występów w słynnym programie Saturday Night Live ze zdziwieniem odkryli, że aktor doskonale czuje repertuar komediowy i jego występ jest jednym z jaśniejszych punktów filmu „Be Cool” z 2005. Johnson próbował różnych ról, zazwyczaj wychodziło mu to bardzo dobrze, a wyniki w box office były coraz lepsze. Największa zmiana przyszła w 2011 roku, kiedy ten sympatyczny wielkolud dołączył do obsady serii „Szybcy i wściekli”. Jego Luke Hobbes pojawił się w czterech filmach, a dzięki dodatkowym występom w kilku wysoko-kalibrowych hitach, Johnson został najlepiej zarabiającym aktorem 2016 roku - 64,5 miliona dolarów robi wrażenie.
 


Maszyna The Rocka nie zatrzymuje się, czego najlepszym dowodem jest zeszłoroczny film „Jumanji: Witajcie w dżungli”. Nikt się nie spodziewał, że ten sequelo-reboot będzie w stanie zagrozić „Gwiezdnym wojnom” i nie powinno być wielkiego zdziwienia, jeśli wchodzący na ekrany naszych kin „Rampage: Dzika furia” okaże się godną konkurencją dla „Hana Solo'. Pamiętajmy, że przy tym ogromie sukcesu, Dwayne Johnson nadal znajduje czas, by trzymać się blisko fanów, by porozmawiać, zrobić niespodziankę, a potem zebrać miliony wirtualnych internetowych punktów sympatii. Taki Skała jest tylko jeden.