Młody amerykański lekarz Norton Perina rusza na wyprawę w egzotyczne rejony Pacyfiku, by dokonać wielkiego odkrycia, zyskać sławę i uznanie, aż w końcu wywołać skandal, który podzieli świat nauki. Czy fascynujący świat dziewiczej wyspy skrywa w sobie odpowiedź na największe pragnienie ludzkości, czy mroczną tajemnicę? Czy nauka jest ważniejsza od moralności? Jedno jest pewne: LUDZIE NA DRZEWACH Hanyi Yanagihary, autorki powieści MAŁE ŻYCIE, nikogo nie pozostawią obojętnym.

 

                 

 

W Polsce najpierw ukazała się pani druga powieść „Małe życie”, zdobywając ogromne uznanie i popularność. Teraz polscy czytelnicy będą mogli poznać pani debiut, „Ludzie na drzewach”. Stworzyła pani bardzo plastyczny, piękny i jednocześnie przerażający obraz świata nieistniejącej wyspy Ivu'ivu, ponoć inspirowany Angra dos Reis. Na ile opis wyspy i ludu Opa’ivu’eke to pani wyobraźnia, a na ile inspiracja istniejącymi kulturami? Czy była pani kiedyś w Mikronezji?

Dorastałam na Hawajach i mimo że miejsce to nie było nigdy tak nieprzeniknione, ani tak straszne jak wykreowane przeze mnie Ivu’ivu, to na potrzeby mojej twórczości zdecydowałam się zastosować rozliczne zapożyczenia językowe (język tubylców został wymyślony od podstaw, jednakże ma swoje korzenie w języku hawajskim). Na wielu płaszczyznach książka pokazuje losy wysp położonych na Północnym Pacyfiku po ich odkryciu przez ludzi Zachodu – ich historia jest w znacznej mierze identyczna, co napawa mnie wielkim bólem. 

Postać głównego bohatera książki inspirowana jest osobą Daniela Carletona Gajduska, laureata Nagrody Nobla, oskarżonego o nadużycia seksualne. Jak trafiła pani na tę postać?

Mój ojciec i mój wuj byli naukowcami, pracowali w Narodowym Instytucie Medycznym w Maryland, niedaleko Waszyngtonu. W latach 70. i 80 będąc immunologiem, wirologiem albo antropologiem medycznym nie sposób było nie słyszeć o Gajdusku i jego dokonaniach. Był jednym z najwybitniejszych umysłów swojej epoki. Wydaje mi się, że o jego istnieniu wiedziałam od zawsze. Już jako nastolatka miałam poczucie, że jego historia jest na tyle intrygująca – zbyt dziwna, zbyt niezwykła i pełna przeciwności – że warto przybliżyć ją szerszemu gronu odbiorców w książce. Niejednoznaczność biografii i charakteru Gajduska czyniły go bardzo pociągającą postacią, rodem z fikcji literackiej.

W „Ludziach na drzewach” pojawia się wątek wiecznej młodości: Opa’ivu’eke żywią się mięsem lokalnego gatunku żółwia, dzięki czemu członkowie plemienia mogą żyć setki lat, ale za wysoką cenę. Czy nam też, za nasze pragnienie wiecznej młodości, przyjdzie zapłacić cenę?

Poszukiwanie nieśmiertelności – lub chociażby możliwie najdłuższego życia – jest aspektem, który łączy niemalże każdą kulturę na świecie. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że to pragnienie towarzyszy człowiekowi od zarania dziejów. Świadomość własnej, nieuniknionej śmierci czyni nas tym, kim jesteśmy. Nie przestajemy jednak szukać panaceum na starzenie się organizmu i pragniemy oszukać los.  

Z każdym innym stworzeniem żyjącym na naszej planecie łączy nas jedno: iż tak jak one – my także odejdziemy w niebyt. To, że pragniemy sprawić, aby właśnie nas nie obowiązywało podstawowe prawo natury, mówi wiele zarówno o naszym geniuszu jak i o ogromnej pysze. Nigdy nie przemawiała do mnie idea długowieczności. Wolałabym, aby moje życie było krótkie, jednak odchodząc chciałabym mieć poczucie, że miałam nad nim pełną kontrolę. 

 

 

 

Bohaterowie „Ludzi na drzewach: Norton i Tallent poznają obcą kulturę – plemienia, o którym Norton pisze: „Podziwiałem tę wioskę, nawet jej prostotę. (…) Było to życie sprowadzone do podstaw, ale ze wszech miar spełnione. Ile społeczeństw może powiedzieć, że rozpoznało wszystkie swoje potrzeby i o wszystkie zadbało?” A jednak nie wszystkie rytuały były akceptowalne dla człowieka Zachodu. Czy ocena moralna postępowania człowieka powinna zależeć od tego, w jakiej kulturze żyje, czy są wartości uniwersalne, jednakowe dla każdego człowieka?

Poszukiwanie nieśmiertelności ma charakter uniwersalny – może ono się okazać naszym jedynym prawdziwym pragnieniem, cała reszta może być wyłącznie relatywna. Jednym z pytań, które zadaję w książce – i na które nie odpowiadam – jest pytanie o to, jak wiele relatywizmu moralnego jesteśmy w stanie znieść. Do jakiego stopnia akceptacja dla ludzkich zachowań zależy od naszych przyzwyczajeń, tego, w jakiej kulturze żyjemy? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, a więc i w książce próżno jej szukać. 

Główni bohaterowie obu pani książek nie są łatwi do polubienia. Jude z „Małego życia” – choć mu współczujemy – bywa irytujący, manipuluje ludźmi, brakuje mu woli walki. Norton jest otwarcie antypatyczny – zadufany w sobie, nie zwraca uwagi na innych. Woli pani pisać o bohaterach, z którymi trudno się identyfikować czy kibicować im?

Każdy pisarz musi co najmniej szanować swoje postacie, dobrze byłoby gdyby nawet w pewnym sensie dażył je sympatią. Jednak nie musi ich prawdziwie lubić lub się z nimi zgadzać. Moim zdaniem, jeżeli po stworzeniu protagonistów nie jesteśmy w stanie ich choćby w małym stopniu szanować, to nie stworzyliśmy postaci, a wyłącznie symbole. Symbole są nudne. Wspaniale spędziłam czas rozwijając postać Nortona i mam nadzieję, że książka daje temu wyraz. Nie zgadzam się z wieloma jego decyzjami, jednakże odczuwam wobec niego dużą dozę sympatii, nawet pewną czułość. Jeżeli autor nie czuje nic do postaci, nie może wymagać, aby zrobili to czytelnicy.
 

 

Rozmawiała Karolina Antoniewska