Czy skąś znacie te momenty i dylematy?
 

Kiedy wybierając ubrania starasz się być przygotowanym na wszystkie warianty pogodowe...

 

Kiedy jesteś na skraju wytrzymałości, bo Twoi znajomi tak długo się zbierają...

 

Kiedy okazuje się, że dotarcie na pole festiwalowe to nie "rurki z kremem"...

 

Kiedy słyszysz, że Twój zespół zaczyna grać koncert, a Ty jesteś jeszcze w kolejce po opaski...

 

Kiedy biegniesz spod jednej sceny pod drugą, żeby zdążyć na kolejny koncert...

 

Kiedy koncert dobiega końca, a zespół jeszcze nie zagrał Twojej ulubionej piosenki...

 

Kiedy w kolejce do toitoia nawiązujesz nowe przyjaźnie...

 

Kiedy nie możesz się dogadać z przyjacielem gdzie iść na jedzenie...

 

Kiedy na festiwalu widzicie kogoś znanego...


 

Kiedy stoisz sam pod sceną i starasz się wyjaśnić znajomym gdzie jesteś, ale oni cię nie słyszą...


 

Kiedy odłączyłeś się od reszty paczki i w nocy starasz się ich znaleźć...


Kiedy podczas finału festiwalu myślisz sobie - "do zobaczenia za rok"...

 

Kiedy po zakończonym festiwalu musisz wrócić do szarej rzeczywistości...




A Wy jakie macie przeżycia i refleksje z festiwalowych wypadów?