Witaj na Świecie, Maleńka

Cena:
32,49 zł
35,00 zł
Wysyłamy w 24h
Autor: Flagg Fannie
Wydawca: Wydawnictwo Nowa Proza
Okładka miękka
Data premiery: 2008-10-31
do góry
Opis
Doskonała powieść autorki Smażonych zielonych pomidorów Zabawna i wzruszająca powieść ukazująca nie tylko kulisy wielkiego świata mediów, ale i wewnętrzny dramat bohaterki poszukującej swej tożsamości. Historia pięknej i młodej dziennikarki telewizyjnej, której przyszłość wygląda obiecująco, teraźniejszość to jeden wielki chaos, a przeszłość spowija mrok tajemnicy.
do góry
Przeczytaj fragment

Carlos Maurice Montenegro
San Francisco, Kalifornia 1942
Od chwili, kiedy Carlos zaczął grać, Joseph Hoffman wiedział, że ten młody człowiek przed nim to najbardziej uzdolniony skrzypek, jakiego kiedykolwiek słyszał. Hoffman natychmiast wziął go pod swoje skrzydła i w niespełna pół roku Carlos Montenegro został okrzyknięty pierwszym skrzypkiem Orkiestry Symfonicznej San Francisco. Z milionów skrzypków na całym świecie zaledwie garstka wychodzi poza to, co jest napisane w nutach, przekracza ludzkie możliwości, a Carlos był właśnie jednym z takich skrzypków. Jego nauczyciel wiedział, że Carlos jest przeznaczony do tego, by stać się jednym z największych, może nawet zająć miejsce koło Heifetza i Menuhina. Potrzebował tylko odpowiedniej osoby, która poprowadziłaby jego karierę, a Joseph był właśnie taką osobą. Pokierowany we właściwy sposób, ten chłopak mógł zmienić oblicze muzyki poważnej. Był piękny jak figurka stojąca na kominku i grał jak anioł. Jeżeli miał jakąkolwiek wadę, to chyba taką, że odznaczał się zbyt wielką urodą, i kiedy grał, wiele kobiet nie mogło oderwać od niego oczu. Carlos nigdy nie mówił o sobie, ani też skąd pochodzi, ale stanowił tak romantyczną postać, że krążyły plotki, jakoby był synem hiszpańskiego księcia. Wiele pań wracało do domu i marzyło o tych pięknych dłoniach, drugich, delikatnych palcach i rzęsach rzucających cienie na policzki. Istniało jednak coś jeszcze, co trapiło jego nauczyciela. Bez skrzypiec Carlos sprawiał wrażenie niezwykle nieśmiałego i niepewnego siebie. Był szczęśliwy,
kiedy mógł grać w orkiestrze i komponować, ale Hoffman, pragnąc pokazać taki talent światu, na własną rękę zgłosił jeden z koncertów Carlosa do międzynarodowego konkursu muzycznego w Quebecu. Chciał, żeby chłopak uświadomił sobie własną przyszłość, chciał zbudować w nim poczucie pewności siebie. Zwycięzca dostawał roczny kontrakt na koncerty na całym świecie. Taka właśnie szansa była mu potrzebna. Wtedy rzuciłby świat na kolana. Miesiąc później, ku wielkiej radości Hoffmana i ogromnemu zdumieniu Carlosa, chłopak wygrał konkurs. Ale czekała na niego też inna niespodzianka.
PLOTECZKI TOWARZYSKIE Idy Baily Chambless
Mam dziś dla państwa sensacyjną wiadomość. Wróble na dachu ćwierkają, że zeszłotygodniowy entuzjastyczny nagłówek „Amerykanin wygrywa międzynarodowy konkurs muzyczny” powinien brzmieć: „Amerykański Murzyn wygrywa międzynarodowy konkurs muzyczny”. Zwycięzcą jest nikt inny jak Theodore Karl Le Guarde, który ostatnio przybrał melodyjny nom de plume Carlos Maurice Montenegro, niewątpliwie z „artystycznych” powodów, gdyż nazwisko Le Guarde to dumne nazwisko murzyńskie. Jego ojcem jest doktor James A. Le Guarde, od wielu lat znany w Waszyngtonie murzyński lekarz. Pomimo scenicznego pseudonimu pana Le Guarde i jego nieobecności w naszym pięknym mieście nic nas nie mogło powstrzymać od krzyczenia pełną piersią, że jeden z naszych znalazł się na drodze do wielkiej kariery. Chciałabym, żebyście wiedzieli, że Wasza reporterka badała sprawę całymi nocami, i po obsypaniu kogo trzeba komplementami i pociągnąwszy za odpowiednie sznurki, z wielką radością i uznaniem oznajmia światu, że Theodore Le Guarde, że Carlos Maurice Montenegro zostaje okrzyknięty przez naszą gazetę Murzynem Roku. Jesteśmy bardzo dumni ze wszystkich ludzi sukcesu, którzy dzielą naszą murzyńską spuściznę, a ja przynajmniej z wielką  niecierpliwością będę czekała na jego powrót do naszego pięknego miasta. Gdzież Ty się podziewasz? Przesuńcie się, Cabie Calloway, Duke’u, Jelly Roli i Louie, i zróbcie miejsce dla nowego geniusza na naszym osiedlu! Ida Baily Chambless rozkoszowała się swoim triumfem. Drogocenny, bialutki syn doktora Le Guarde pozostanie Murzynem, czy tego chce, czy nie. Już od jakiegoś czasu wiedziała o Theo, ale czekała na odpowiednią chwilę. Była przebiegła i wiedziała, że większą krzywdę można wyrządzić, kiedy kopnie się człowieka nie leżącego, lecz takiego, który mocno stoi na nogach. Kiedy zdjęcie Theo, razem z jej obwieszczeniem w prasie, że został on uznany za Murzyna Roku, pojawiło się w gazetach  w całym kraju, wszystkie nadzieje na karierę muzyka klasycznego spłynęły rynsztokiem. Jego koledzy byli wstrząśnięci tą wiadomością. Niektórzy poczuli się zdradzeni. Nagle ujrzeli go jako kogoś, kto udawał inną osobę, szalbierza, który ich okłamał. Inni mu współczuli i mówili, że dla nich nie ma to żadnego znaczenia, chociaż miało. Były to lata czterdzieste i w Ameryce wielu białych nie widziało innych Murzynów poza pokojówką czy bagażowym. Jeszcze wczoraj był czarującym i niewiarygodnie pięknym młodym mężczyzną o niewątpliwie arystokratycznym hiszpańskim
pochodzeniu – dzisiaj przemienił się w jakieś dziwadło. Zaczęto doszukiwać się znaków, objawów murzyńskiej krwi i faktycznie je znajdowano – nawet tam, gdzie ich nie było. Nawet młoda kobieta, która jeszcze niedawno tak się kochała w Theo, teraz patrzyła na niego zupełnie innym wzrokiem. Czuła, że zrobiono z niej idiotkę. Jego ojciec pewnie był zwykłym robotnikiem. Theo w przebraniu próbował się wepchnąć do socjety San Francisco. Nocami na pewno  wracał do swoich i śmiał się z niej ze swymi murzyńskimi przyjaciółmi. Oczywiście Theo nigdy nie mówił, że pochodzi z bogatej rodziny, a socjeta sama zabiegała o jego względy, ale fakty zmieniły się wraz z podejściem. Hoffman był zdruzgotany i natychmiast poszedł do jego mieszkania, ale okazało się, że Theo zamknął drzwi na klucz i nie chce go wpuścić. Do nikogo się nie odzywał. Dzień po ukazaniu się artykułu murzyńskie gazety z całego kraju zaczęły przysyłać swoich fotografów i reporterów. W ciągu jednej nocy został zasypany zaproszeniami od najważniejszych murzyńskich organizacji, które prosiły o użyczenie jego nazwiska do swojej sprawy i występowanie na każdej uroczystości. Byli z niego dumni i, jak to ujął „Washington Bee”: „Radujemy się jego zwycięstwem i dodajemy kolejną gwiazdę do osiągnięć Murzynów”. Gazety białych obrały inną taktykę. Napis pod jego zdjęciem głosił: MURZYN PRZYŁAPANY NA WYPIERANIU SIĘ SWEGO POCHODZENIA.
Międzynarodowa Komisja Muzyczna zebrała się ponownie na nadzwyczajnym posiedzeniu i zadecydowała, że powinien zachować tytuł zwycięzcy, a ponieważ w Europie trwała wojna i większość koncertów Carlosa zaplanowano na Amerykę, teraz jeden po drugim zaczęto je odwoływać.
(…)
Po paru tygodniach i wielu podobnych telegramach i listach oraz ogromnej presji, wysłano następujący komunikat dla prasy:
Międzynarodowa Komisja Muzyczna zebrała się po raz drugi i ogłosiła dzisiaj, że wycofała nagrodę pieniężną oraz odwołała wszystkie koncerty byłego zdobywcy pierwszej nagrody, Carlosa Montenegro. Rzecznik komisji powiedział, że decyzję tę podjęto z wielkim żalem i że nie jest ona uzasadniona faktem, iż zwycięzca jest Murzynem, ale tym, że zataił on swoją rasę przed komisją.
Jego siostra, Marguerite, pracowała w Nowym Jorku. Gdy przeczytała, co się przydarzyło bratu, natychmiast pojechała do San Francisco. Kiedy jednak tam dotarła, Theo rozpłynął się w powietrzu.

To coś innego!
San Francisco, Kalifornia 1942
Po wyjeździe z San Francisco, Theo włóczył się bez celu po całym kraju, przenosząc się z jednego obskurnego baru do drugiego, z jednej kanapy w obcym mieszkaniu na drugą.
Próbował podjąć pracę w fabryce, ale po paru dniach dostał ataku, który lekarze określili jako załamanie nerwowe, i spędził rok na oddziale opieki społecznej w szpitalu pod Lansing w Michigan. Kiedy go wypuszczono, powoli wrócił do Waszyngtonu, gdzie zmywał naczynia, zamiatał podłogi, wszystko, by tylko przeżyć. Próbował jakoś wziąć się w garść i zaczął nieźle zarabiać, udzielając lekcji gry na skrzypcach dzieciom bogatych dyplomatów. Często myślał o swojej siostrze. Kiedy ostatnio do niej napisał, mieszkała w Nowym Jorku. Miał nadzieję, że jest bezpieczna i szczęśliwa. Miał nadzieję, że przynajmniej jedno z nich jest szczęśliwe. Przez następne cztery lata mieszkał niespełna milę od swojego ojca, ale jeśli chodzi o prawdziwą odległość, równie dobrze mogłoby to być tysiąc mil. Chciał zobaczyć ojca, ale nie chciał, by on zobaczył jego. Przyniósł ojcu już wystarczająco dużo wstydu, sprawił dość bólu i choć bardzo za nim tęsknił, nie potrafiłby stanąć z nim twarzą w twarz. Niekiedy kupował egzemplarz „Washington Bee”, po to tylko, by poszukać jakiejś wzmianki o ojcu. To właśnie stamtąd dowiedział się o jego śmierci. W dniu pogrzebu stanął w kącie kościoła św. Augustyna i słuchał mowy, w której ksiądz wychwalał jego ojca jako wielkiego człowieka i lekarza. Nie wspomniano ani słowem o jego dwojgu dzieciach.
Zupełnie jakby nigdy nie istniały. Theo wyszedł przed końcem mszy, trzęsąc się z żalu, smutku i gniewu. Nienawidził samego siebie. Jak mógł to zrobić? Jak mógł się odwrócić od swojego tatusia? Gdyby tylko zdołał cofnąć czas. Ale teraz było za późno. Został na świecie zupełnie sam. Teraz miał już tylko siostrę. Ale gdzie ona się podziewała? Theo nie wiedział o tym, ale była jeszcze jedna osoba, która się zastanawiała nad tym samym. Panią Chambless doszły słuchy, że w kościele widziano kogoś podobnego do Theo, lecz nie zauważono jego siostry, co potwierdziło to, co pani Chambless już zaczęła podejrzewać. (…)
***
Tego wieczora Theo Le Guarde szedł parkiem Le Droit z artykułem Chambless w kieszeni do jej domu. W domu było ciemno poza światłem w pokoju na piętrze. Podszedł do drzwi frontowych i zapukał. Nikt nie otwierał. Nacisnął klamkę, drzwi były nie zamknięte. Otworzyły się niemal bez żadnego oporu. Pani Chambless rzadko zamykała drzwi na klucz. Nie czuła strachu. Kto ważyłby się ją obrabować? Theo wszedł i zamknął za sobą drzwi. Słyszał stukanie maszyny do pisania i poszedł za tym dźwiękiem na górę do pokoju, gdzie siedziała, ogromna w różowej podomce, całkowicie pochłonięta pracą. Stanął w progu i spojrzał na nią. Nie usłyszała go, dopóki nie stanął tuż przed nią. Kiedy zobaczyła mężczyznę, bladego jak duch, upiór, niemal wyskoczyła ze skóry. Złapała się za serce i krzyknęła:
– Aaaa…! Boże święty. Wystraszył mnie pan na śmierć. Jak można tak wchodzić i się skradać? Co pan sobie myśli? Po co pan tu przyszedł o tej porze? – Zdumiona, gapiła się na chudą postać przed sobą. – Kim pan jest? Czy ja pana znam? Teraz, kiedy Theo stanął z nią twarzą w twarz, zaczął się cały trząść, nie mogąc wykrztusić ani słowa.
– Dlaczego… dlaczego pani mi to robi… dlaczego mi pani zrujnowała życie?
Nagle Chambless wyczuła, kim jest ten mężczyzna, i odchyliła się na krześle z zadowolonym, ironicznym uśmiechem.
– No, no, no. Patrzcie, kogo tu mamy. Sam wielki Theodore Le Guarde we własnej osobie. – Potem zmienił jej się wyraz twarzy, a oczy zwęziły, kiedy szarpnęła się do przodu i syknęła do niego głosem przepełnionym potępieniem:
– Słuchaj… jeżeli twoje życie zostało zrujnowane, to sam je sobie zrujnowałeś, nie ja. Ty i ta twoja arogancka rodzina. Myślisz, że jesteś lepszy ode mnie? Nawet Eleanor Roosevelt nie uważa się za lepszą… a teraz się stąd wynoś! – Odprawiła go machnięciem ręki i wróciła do pisania. Po chwili namysłu dodała: – I powiedz swojej siostrzyczce, że będzie następna. W tej chwili coś w Theo pękło i usłyszał w uszach ryk tak głośny, że zagłuszył wrzaski Idy Baily Chambless, kiedy złapał ją za gardło i ścisnął. Coś wybuchło, potworny, rozpalony do czerwoności gniew wylewał się z niego. Wyduszał z tej kobiety życie i nie mógł przestać. Następną rzeczą, jaką pamiętał, było to, że znalazł się na zewnątrz, zlany zimnym potem. Szedł jakąś milę, nie wiedząc, dokąd zmierza, aż wreszcie znalazł się pod mauzoleum Lincolna. Podniósł wzrok na posąg mężczyzny i nagle zabrzmiały mu w uszach krzyki kobiety i zobaczył groteskową twarz Idy Chambless, wywalony język, wybałuszone oczy. Ogarnęła go fala mdłości i zaczął wymiotować na trawę, aż w ustach poczuł żółtą pianę. Spojrzał na swoje dłonie i zaczął szlochać. Musiał dotrzeć do domu ojca. Musiał znaleźć swoją siostrę. Ona go ukryje. U niej będzie bezpieczny. Kiedy dotarł do domu, wszystkie drzwi i okna były pozamykane. Słońce już wschodziło. Zrozpaczony poszedł na tył domu, zbił okienko w piwnicy i wczołgał się do środka. W ciemnościach znalazł drogę do pokoju ojca. Prawie wszystko było popakowane w pudła. Podszedł do biurka i wyłamał zamek. Wyczuł, że w środku jeszcze leżą dokumenty i listy. Zapalił zapałkę i znalazł własny list do ojca i jeszcze jedną kopertę. I ona była zaadresowana do ojca. Chociaż nazwisko na adresie zwrotnym nic mu nie mówiło, rozpoznał charakter pisma siostry. Na pieczęci na znaczku był napis: “Elmwood Springs, Missouri”.

do góry
Dena Nordstrom
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
justine 09 stycznia 2010
Bardzo polecam na długie zimowe wieczory :)
zwiń
Zamknij
Dziękujemy za dodanie recenzji
Zamknij
Dodaj recenzję
Tytuł:
 
Recenzja:
W przypadku naruszenia Regulaminu Twój wpis zostanie usunięty.
 
Nick
 
do góry
Forum
Bądź pierwszy i dodaj nowy wątek
Zamknij
Dziękujemy za dodanie nowego wątku
Zamknij
Dodaj temat na forum
Tytuł:
 
Wątek:
W przypadku naruszenia Regulaminu Twój wpis zostanie usunięty.
 
Nick
 
do góry
Dane szczegółowe
Tytuł: Witaj na Świecie, Maleńka
Autor: Flagg Fannie
Wydawca: Wydawnictwo Nowa Proza
Numer wydania: I
Data premiery: 2008-10-31
Język wydania: polski
Język oryginału: angielski
Tłumaczenie: Możdżyńska Aldona
Rok wydania: 2008
Forma: książka
Indeks: 61516564
do góry
Tagi Witaj na Świecie, Maleńka
Ten produkt nie został jeszcze otagowany. Bądź pierwszy.