Światła Pochylenie

Cena:
30,99 zł
32,90 zł
Wysyłamy w 24h
Autor: Whitcomb Laura
Wydawca: Wydawnictwo Initium
Okładka miękka
Data premiery: 2010-03-24
do góry
Opis

Ktoś na mnie patrzył. To dość niezwykłe uczucie, kiedy jest się martwym…
Duch Helen przebywał właśnie w klasie angielskiego szkoły średniej, kiedy to poczuła – po raz pierwszy od 130 lat patrzyły na nią ludzkie oczy. Oczy należące do chłopca, który aż do tej chwili niczym szczególnym się nie wyróżniał. Równocześnie przerażona i zaintrygowana Helen zaczyna czuć, że coś ją do niego przyciąga. Fakt, że on przebywa w ciele, a ona nie, stanowi dla nich pierwsze wyzwanie. Walcząc o znalezienie drogi do bycia razem, odkrywają sekrety swojej własnej przeszłości jak również szczegóły z życia młodych ludzi, których ciała przejęli."

do góry
Przeczytaj fragment

Pamiętam doskonale wszystkie moje nawiedzenia, ale z czasów, zanim stałam się Światłem, do dziś nie opuściło mnie tylko kilka obrazów. Pamiętam głowę mężczyzny na poduszce obok. Miał włosy barwy słomy, a kiedy otworzył oczy, patrzył nie na mnie, lecz w kierunku okna, którego szyba brzęczała pod naporem wiatru. Jego przystojna twarz nie przynosiła pociechy. Pamiętam odbicie własnych oczu w szybie, kiedy patrzyłam, jak on oddala się na czarnym rumaku przez bramę farmy w stronę nabrzmiałego chmurami horyzontu. I pamiętam parę przerażonych oczu patrzących na mnie z dołu przez łzy. Pamiętam, jak się nazywałam, ile miałam lat i że byłam kobietą. Wszystko inne pochłonęła śmierć.
Nigdy nie zapomnę bólu po swojej śmierci. Leżałam w głębi zimnego, napierającego grobu, gdy zaczęło się moje pierwsze nawiedzenie. Usłyszałam, jak czyta w ciemności Odę do słowika Keatsa. Lodowata woda wypalała mi gardło i rozsadzała żebra w drzazgi, a uszy wypełniało upiorne wycie; mimo to usłyszałam jej głos i wyciągnęłam do niej rękę. Powodowana desperacją dłoń wybiła się z powodzi i chwyciła za rąbek sukni. Wyciągnęłam się stopniowo z ziemi i spoczęłam drżąca u jej stóp, trzymając się spódnicy i płacząc błotnistymi łzami. Wiedziałam tylko, że w tamtej najczarniejszej ciemności byłam torturowana, a potem uciekłam. Być może nie dotarłam do jasności niebios, ale przynajmniej tutaj, w świetle jej lampy, byłam bezpieczna.
Długo trwało, zanim uświadomiłam sobie, że to nie dla mnie czytała i że wcale nie miała ubłoconych trzewików. Trzymałam ją, lecz moje dłonie nawet nie pomarszczyły fałd jej spódnicy. Płakałam u jej stóp niczym nędznik czekający na kamienowanie i całujący rąbek szaty Chrystusa, ale ona mnie nie widziała, nie słyszała moich szlochów. Przyjrzałam się jej. Miała bladą twarz, lecz różane policzki i nos taki, jak gdyby wokół zawsze panowała zima. Siwe włosy piętrzyły się na jej głowie niczym ptasie gniazdo, a przenikliwe zielone oczy lśniły mądrością, jak u kota. Wzbudzała zaufanie i emanowała tętniącym ciepłem. Nosiła czarną suknię z niepasującymi do niej guzikami, przetartą na łokciach, a chustę koloru masła pstrzyły plamki atramentu. Okładkę książeczki, którą trzymała w dłoniach, zdobiła postać biegnącego jelenia. Wszystko to promieniowało realnością i szczegółami, ale ja byłam cieniem, delikatnym niczym mgła, niemym jak grób.
– Proszę, pomóż mi – powiedziałam. Jednak głucha na moje słowa odwróciła kartkę.
– „Nie dla zgonu zrodzoneś, nieśmiertelne Ptaszę”…
Kiedy odczytywała znajome słowa, zrozumiałam, kim jestem. Stałam u jej boku całymi godzinami, bojąc się, że jeśli spojrzę w drugą stronę albo będę się za bardzo starać, by przypomnieć sobie, skąd wzięłam się w piekle, to znów tam trafię.
Po kilkudziesięciu stronach moja gospodyni zamknęła książkę. Przerażała mnie myśl, że kładąc się do łóżka, zgasi światło, i ta panika sprawiła, że znów rzuciłam się ku niej. Przycisnęłam głowę do jej łona niczym zrozpaczone dziecko. Zbiór wierszy wypadł jej z rąk i przelatując przeze mnie, spadł na podłogę. Zaskoczyło mnie to bezbolesne uderzenie. Gospodyni schyliła się po książkę, a kiedy przenikała przeze mnie, czułam, jakbym opadała, a potem wzlatywała niczym na huśtawce. Dziwny wyraz zagościł na jej twarzy, gdy ostrożnie kładła tomik pod lampą na biurku obok. Wyjęła papier, zanurzyła pióro w kałamarzu i zaczęła pisać:

    Zalotnik klęka na jedno kolano
    Śmierć prosi mnie o rękę

Po czarnych plamach na palcach poznałam, że najprawdopodobniej nie były to pierwsze wersy, jakie skreśliła w życiu. Nie wiedziałam, czy udało mi się ją zainspirować, ale modliłam się, żeby tak było. Jeżeli uda mi się dokonać czegoś dobrego, być może pójdę do nieba. Wiedziałam tylko, że ta święta stanowi dla mnie wybawienie od bólu i że należę do niej, póki nie umrze. Tak ją właśnie nazwałam – moją Świętą. Cechowała ją wytworność królowej i łagodność anioła. Zostałam skazana na jej świat, ale nie byłam jej równa. Mogłam wyobrażać sobie, że jesteśmy siostrami albo najlepszymi przyjaciółkami, ale wciąż byłam tylko nawiedzającym ją duchem, więźniem na przepustce – nie znałam ani swojej zbrodni, ani długości wyroku, ale wiedziałam, że zrobię co w mojej mocy, żeby uniknąć tortur. Samotna w bzowym powietrzu jej wiejskiego ogrodu unosiłam się wokół, podczas gdy ona pisała setki wierszy, a jej włosy i oczy stopniowo bielały.
Pewnego wieczoru, kiedy byłyśmy na spacerze w lesie, zatrzymałyśmy się, by popatrzeć, jak mucha szamoce się w pajęczynie, a czekający na liściu pająk obserwuje ją. Czułam, jak moja Święta tworzy wiersz o pajęczej amnestii, ale nie zauważyłam, że skończyła już przyglądać się i ruszyła w stronę domu. Nim się zorientowałam, zanurzała pióro w kałamarzu.
Na początku myślałam, że pewnie jest kilka jardów stąd, za żywopłotem na zakręcie drogi. Popędziłam przed siebie, ale było już za późno. Dawny ból powrócił. Najpierw, na podobieństwo lodowych butów, objął moje stopy, a potem sprawił, że mogłam się już tylko czołgać. Wciąż widziałam przed sobą drogę, ale kiedy upadłam na twarz, usłyszałam plusk, a moje ramiona i serce przeszyły zimne pręty. Wołałam ją, póki ust nie wypełniła mi woda. Wieczór stał się czarny jak grób. Trafiłam z powrotem do piekła, którego zaznałam, zanim ją znalazłam. Próbowałam postąpić tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy usłyszałam jej głos. Wyrzuciłam ręce przed siebie, szukając po omacku jej spódnicy, ale wyczułam tylko mokre deski. Wczepiając się w nie, napotkałam narożnik, potem jakby półkę, a po chwili kolejną. Chwyciłam za deski i podciągnęłam się. Kiedy sięgnęłam w górę, namacałam trzewik. Ciemność znów pojaśniała. Podniosłam wzrok i ujrzałam, że moja Święta stoi na drewnianych stopniach spiżarni z piórem w jednej i niedokończonym wierszem w drugiej ręce, spoglądając na pogrążający się w zmierzchu ogród, jak gdyby usłyszała intruza w krzakach róży. Leżałam na schodach z ręką zaciśniętą na jej bucie, dziękując Bogu, że pozwolił mi wrócić. Od tamtej pory byłam nader ostrożna i zawsze trzymałam się blisko mojego gospodarza.
Gdy nadszedł ostatni dzień życia mojej Świętej, położyłam się obok niej w łóżku, wsłuchując się w jej oddech i mając głęboką do bólu nadzieję, że zabierze mnie ze sobą do nieba. Nie zatrudniała pielęgniarki ani gosposi; byłyśmy całkiem same. Nie miałam pojęcia, jak bardzo będzie mi jej brakować, dopóki nie stała się nieruchoma niczym matka ziemia. Moja Święta, sprawdzająca na głos, jak powietrze niesie melodię nowego wiersza. Jedyna towarzyszka jesiennych spacerów. Dostarczycielka wciągającej lektury przy kominku. Prosiłam Boga, by pozwolił mi odejść wraz z nią.
Nie mogłam sobie przypomnieć mojego dawnego grzechu, tego czynu, którego dopuściłam się przed śmiercią, a który zamknął przede mną niebiańskie wrota, ale modliłam się teraz żarliwie o możność odkupienia go u boku mojej Świętej.
– Pamiętasz, jak starałam się ją pocieszyć, kiedy była samotna – szeptałam – i jak ją inspirowałam, gdy jej pióro zaczynało kreślić wersy…
Jednak Bóg nie chciał odpowiedzieć na moją modlitwę ani z niczego się tłumaczyć. Jej zielone oczy nawet na chwilę nie spojrzały na mnie ze zrozumieniem. Moja przyjaciółka, moja Święta, po prostu odeszła. Znajomy chłód począł szarpać mnie za stopy, pokrywać moje ciało pęcherzami odmrożeń, przebijać je soplami na wskroś. Uratowało mnie natarczywe stukanie do drzwi poniżej. Zanurkowałam w powietrzu, przez podłogę w sypialni, sufit w sieni, drewniane drzwi i rozpaczliwie pragnąc uniknąć wtrącenia w ciemność, objęłam ciało przybysza. Młody, zachwycony poezją mojej Świętej mężczyzna, z którym od roku korespondowała, akurat tego dnia postanowił odwiedzić ją po raz pierwszy. Stał z bukietem fiołków w dłoni i patrzył rozczarowany w zaciągnięte zasłonami okna. Zamknęłam oczy, przycisnęłam twarz do jego dłoni i prosiłam Boga, by pozwolił mi z nim zostać.
Wreszcie moje modły zostały przypieczętowane tętentem kopyt. Siedziałam bezpieczna w powozie u stóp nowego gospodarza, przy porzuconych fiołkach.
I tak znów zostałam ocalona przez niczego nieświadomego zbawcę. Nazwałam go Rycerzem, bo przyszedł mi z pomocą, kiedy cierpiałam. Był pisarzem i bezdzietnym wdowcem. Pisał opowiadania o rycerzach i księżniczkach, potworach i zaklęciach – baśnie, które w innym życiu opowiadałby pewnie dzieciom na dobranoc. Wydawcy drukowali tylko te jego książki, które traktowały o Piśmie Świętym, ignorując jego zaczarowane opowieści. Złościło go to i sprawiało, że chodził sztywno jak ktoś, kto nigdy nie zdejmuje zbroi. Starałam się być mu przyjaciółką i wierzę, że nieraz udało mi się złagodzić jego słowa, dzięki czemu książki przyjmowano do druku, a spiżarka nie świeciła pustkami.
Mało jednak brakowało, abym znów znalazła się w piekle. Zdarzyło się to wtedy, kiedy byłam z Rycerzem w teatrze. Wybrał się wraz z dwójką przyjaciół na przedstawienie Wiele hałasu o nic. Stałam w loży przy jego fotelu, urzeczona kostiumami i grą aktorów. Byliśmy blisko jak dwie sztachety w tym samym płocie, a jednak złamałam sekretną zasadę nawiedzania i wypowiedziałam życzenie. Patrzyłam na kochanków w kręgu światła na scenie i zapragnęłam, by jedno z nich było moim gospodarzem. Nagle poczułam w sercu ostry chłód. Ześlizgnęłam się przez podłogę i już do połowy tkwiłam w moim starym grobie, kiedy zdołałam się wreszcie zatrzymać. Złapałam dłoń Rycerza i zawisłam.
– Odwołuję to – modliłam się. – Chcę mojego Rycerza.
Do końca przedstawienia walczyłam, będąc w pół drogi do piekła. Lodowaty ból ciągnął mnie w dół, jak gdybym stała na pokładzie okrętu brnącego przez sięgające bioder lodowate morze – w mej własnej trumnie.
– Pozwól mi z nim zostać – błagałam.
Wreszcie, w chwili kiedy kurtyna opadała, zostałam wyrzucona na brzeg ciepłego, suchego dywanu prosto pod stopy Rycerza.
Od tamtej pory uważałam na to, czego sobie życzę.
Kiedy mój Rycerz odchodził do wieczności w ponurym zakamarku szpitala, poczułam, że znowu tracę jedynego przyjaciela. Kolejny raz modliłam się do Boga, by pozwolił mi odejść wraz z gospodarzem, ale znów nie otrzymałam odpowiedzi. Tym razem uratował mnie głos całkiem inny od poprzednich.
Dramatopisarz ze złamaną ręką śmiał się wraz z towarzyszem w sali obok, opowiadając, jak się tu znalazł. Zostawiłam łóżko Rycerza, uwolniłam się z zimna, które już zaczynało mnie wciągać, i przeniknęłam ścianę, by objąć tego niemądrego młodzika. Ściskałam go, dopóki nie nabrałam pewności, że jesteśmy już razem.
Młodzieniec ów, Dramatopisarz, był zupełnie inny niż moi dwaj poprzedni gospodarze. Prawie co noc urządzał w swoim mieszkaniu przyjęcia aż do białego rana, spał do południa, pisał w łóżku do czwartej, ubierał się i szedł pracować do teatru, na koniec jadł kolację na mieście i zaczynał wszystko od początku. Najpewniej nie był świadomy mojej obecności. Tak jak i jego przyjaciele, spędzał życie na igraniu swoimi talentami. Jego sztuki bawiły widzów, a ja miałam wpływ na niego tylko w pewne ponure poranki, kiedy po krótkim śnie budził się z koszmarów. Siadałam wtedy w nogach łóżka i czytałam wiersze autorstwa mojej Świętej, dopóki znów nie zapadł w sen. Pił zbyt dużo, jadł zbyt mało i zmarł zbyt młodo – bez ostrzeżenia, na jednym ze swoich przyjęć.
Delikatny poeta-arystokrata, który był tam gościem, złapał upadającego Dramatopisarza niczym Horacy podtrzymujący głowę Hamleta. Podjęłam błyskawiczną decyzję. Mój nowy gospodarz – nazwałam go Poetą – przejawiał większą wrażliwość na moje szepty niż jego poprzednik. Kiedy tracił wenę przed ukończeniem wiersza, z rozkoszą podsuwałam mu pomysły. Niczym Coleridge z wizją raju, budził się następnego ranka i przedzierzgał moje podpowiedzi w poezję. Kochał się bez wzajemności w kilku innych arystokratach, z których jedni lubili mężczyzn, a inni nie, ale nigdy nie znalazł bratniej duszy. W późniejszych latach został wykładowcą i zaopiekował się siedemnastolatkiem o nazwisku Brown.
Brown był pilnym studentem, który pisał opowieści tak pełne pasji i tak otwarcie chłonął wszelkie porady, że z dużym wyprzedzeniem wybrałam go na kolejnego gospodarza. Już kilka miesięcy wcześniej przestałam się łudzić, że mój Poeta odejdzie do nieba, zabierając mnie ze sobą. Przeniosłam się na Browna, kiedy przyszedł się z nim pożegnać. Przeprowadzał się trzy tysiące mil na zachód, by podjąć naukę na uniwersytecie. Wybrałam go po części dlatego, że tak bardzo kochał literaturę, ale także dlatego, że miał dobre serce, mówił szczerze, cechowała go godność, a przy tym zupełnie nie zdawał sobie sprawy ze swoich cnót. Właśnie to sprawiało, że był wyjątkowo pociągający. Pamiętam jak przez mgłę, że uwiódł mnie piękny uśmiech, ale twarz Browna była prawdziwym zwierciadłem jego duszy. Przywiązałam się do niego bardziej niż do poprzednich gospodarzy. Być może dlatego, mówiąc o nim, używałam jego nazwiska.
W ciągu tych dziesięcioleci dobrze nauczyłam się zasad przeżycia: by nie ryzykować powrotu do grobowego lochu, należało trzymać się blisko gospodarza, cieszyć się pożyczonym istnieniem i starać się mu pomagać. Wierzę, że pomogłam Brownowi napisać powieść.
Od osiemnastego roku życia spędzał co najmniej godzinę dziennie, pracując nad książką. Trzymał ją w pudełku, niegdyś pełnym czystego papieru. Siadywał w parku albo przy stole w bibliotece, tworząc jeden akapit dziennie. Miał już ponad dwieście starannie zapisanych stron, ale wciąż był dopiero w rozdziale piątym. Siadałam u jego boku albo przechadzałam się w pobliżu, patrząc, jak myśli. Każda strona była cenna niczym wiersz. Kiedy wątpliwości albo realia szarej egzystencji powstrzymywały jego dłoń, chwytałam za pióro, by pomóc, ale moje palce przenikały je na wskroś. Odkryłam, że najłatwiej można przywrócić mu wenę, kładąc palec na ostatnim napisanym przezeń słowie. To zawsze sprawiało, że pióro znów dotykało kartki, a uśmiech powracał na jego usta.
Opowieść opiewała dwóch braci walczących dla wrogich sobie królów w średniowiecznym świecie, równie bogatym i tajemniczym,
co Xanadu. Pragnęłam porozmawiać z nim o imionach bohaterów i o kierujących nimi motywach, o tym, jak jednym zdaniem opisać rzekę, a jednym słowem oczy umierającego człowieka. Kiedy spał, wyobrażałam sobie długie rozmowy, które prowadzilibyśmy, gdyby mógł mnie widzieć i słyszeć. Pilibyśmy herbatę we dwoje lub chodzilibyśmy po łące, śmiejąc się z naszych pomysłów. Jednak nic takiego nie mogło się stać. I tak to szło – codziennie spędzałam z nim i jego książką jedną cudowną godzinę. Aż do dnia, kiedy przestał pisać. Kiedy poznał swoją przyszłą żonę.
Po raz pierwszy ujrzeli się na sali wykładowej i zetknęli przy wyjściu. Wszystko to było w nieprzyjemny sposób typowe. To, jak się do niego uśmiechała, jak się ekscytował, gdy śmiała się z jego dowcipu, jakie znajdowali preteksty, by dotykać się wzajemnie – jej ręka na jego ramieniu, kiedy spytała o coś, jego kolano dotykające jej kolana, kiedy pili kawę przy maleńkim stoliku w pubie, tak głośnym, że szybko wyszli na spacer. Żaden z moich dotychczasowych gospodarzy nie mieszkał z ukochaną osobą. Wstyd się przyznać, ale gdy w życiu Browna pojawiła się ta dziewczyna, targnęła mną zazdrość. Zrazu udawałam przed samą sobą, że moje niezadowolenie wynika z faktu, iż przestał pracować nad powieścią. Wiedziałam jednak, że to niejedyny powód. Poczułam, że tracę oparcie, że boję się cieni i szeptów. Chciałam go powstrzymać, ale chociaż ta dziewczyna nieświadomie stanęła na przeszkodzie jego twórczości, bez wątpienia przyniosła mu szczęście. Chciałam ją ostrzec, że mężczyzna może wydawać się idealny, a potem bez przyczyny stać się zimny i obcy, ale przecież pokochała nie kogoś innego, tylko Browna. Byłoby kłamstwem twierdzić, że nie był wart ryzyka.
Ponieważ sama go kochałam, dałam jej spokój, a że bałam się cierpienia, nauczyłam się trzymać z daleka, kiedy byli razem. Czułam się bardziej samotna, niż z jakimkolwiek innym gospodarzem, ale starałam się pokochać ją jak córkę. Nie cechowało ją nic, co można by łatwo skrytykować. Grzechem byłoby go do niej zniechęcać. Pobrali się więc, kiedy on miał dwadzieścia trzy, a ona dwadzieścia jeden lat. Nauczyłam się ignorować ukłucia zazdrości, które pojawiały się, kiedy łaskotał ją, jadąc samochodem, albo kiedy ona kładła mu stopy na nogach podczas wspólnego śniadania. Ta intymność bolała, ponieważ nie była przeznaczona dla mnie. Należałam do Browna, a on do mnie, ale nie tak, jak ona była jego, a on jej.
Nauczyłam się nowych reguł przetrwania. Należało wychodzić z pokoju, kiedy się całowali, wchodzić do sypialni tylko wtedy, gdy było cicho, cieszyć się chwilami spędzonymi z Brownem, kiedy pracował. Trzymałam się tych zasad i pewnego dnia mój trud został wynagrodzony. Brown wyciągnął stare wystrzępione pudełko, włożył je do teczki i wyjechał do pracy godzinę wcześniej. I tak już od roku spędzał godzinę dziennie przed przybyciem uczniów, pracując nad powieścią ze mną u boku. Pełna inspiracji z powodu tego daru, podjęłam próbę przekonania się do jego żony i szeptałam jej do ucha przepisy kulinarne, kiedy piekła ciasta lub ciasteczka. Myślałam, że zachowuję się niczym jej matka. Tymczasem pewnego dnia od jej dziadka przyszła paczka z albumem pełnym dziecięcych fotografii pani Brown. Jej kędziorki i pulchne rączki przeszyły mnie dreszczem niczym zacinający mokry śnieg. Stchórzyłam. Nie potrafiłam na nie patrzeć. Nie byłam jej matką. Wybrałam Browna, a on wybrał ją.

A teraz czułam znajomy strach, że reguły rządzące moim światem znowu się zmieniają. Oto dostrzegł mnie człowiek. Siedząc na spadzistym dachu domku Browna, w czasie gdy on spał i śnił wraz z żoną poniżej, wpatrywałam się w sierp księżyca zawieszony na śliwkowym firmamencie i dumałam, jak to jest czuć na sobie czyjś wzrok. Wyobrażałam sobie, że stoję przed tym młodym człowiekiem, który chyba mnie dostrzegł, i pozwalam mu patrzeć na siebie tak długo, jak chce. Jak on tego dokonał? Czy wybrał mnie w jakiś sposób? Doznawałam dwóch silnych i sprzecznych odczuć. Jednym z nich był strach, że ujrzy mnie śmiertelnik. Można to było porównać z wrażeniem, że pomimo ubrania ktoś widzi mnie nago. Drugim było nieopisane wprost pragnienie, godne bluszczu pnącego się ku słońcu z powolną, lecz zdeterminowaną tęsknotą. Chciałam znów go ujrzeć, przekonać się, czy naprawdę jest tym wyjątkowym człowiekiem, który widzi to, czego nie widzą inni. Nic bardziej mnie nie przerażało, a zarazem nic bardziej nie pociągało.
Następnego dnia, kiedy ta sama klasa weszła do sali, z rozmysłem stanęłam z tyłu. Chciałam się dowiedzieć, czy chłopak naprawdę mnie widzi, zamiast zachodzić w głowę, czy po prostu spogląda przeze mnie na mapę albo tablicę. Stanęłam nieruchomo jak głaz, w rogu między oknem a szafką. Zachowywałam spokój, aby moja obecność nie poruszyła nawet pyłku na podłodze. Patrzyłam, jak uczniowie wchodzą jeden po drugim, powłócząc nogami, pchając się i śmiejąc, słuchając muzyki poprzez druty wetknięte w uszy. Wreszcie chłopiec o bladej twarzy poszedł – nie – wręcz popędził do środkowej ławki z tyłu, w której zawsze siedział.
Nie drgnęłam nawet i czekałam cierpliwie. Gwar ucichł, Brown zaczął mówić. Chłopak odchylił się do tyłu, ciemnozieloną torbę z książkami położył pod ławką, długie nogi w dżinsach wysunął w bok. Białą koszulę miał wyciągniętą ze spodni, rękawy podwinięte. Czekałam.
Nagle się poruszył. Pozwolił, by kartka, którą właśnie mu podano, zleciała z ławki na podłogę. Byłam pewna, że zrobił to celowo. Kiedy się schylił, żeby ją podnieść, obrócił głowę i spojrzał prosto w miejsce, w którym stałam. Przez jedną chwilę nasze oczy się spotkały, a na jego ustach pojawił się uśmiech. Byłam wstrząśnięta, choć przecież tak tego pragnęłam. Wyprostował się na krześle i udawał, że czyta jak wszyscy.
Jak to możliwe? Zachodziłam w głowę. Nie mógł przecież być Światłem! Nigdy nie widziałam kogoś takiego jak ja. Czułam, że to niemożliwe – tak mówił mi instynkt. Nigdy nie wierzyłam do końca w media, ale być może ten dziwny chłopiec miał dar. Nie przejawiał chęci podzielenia się wiedzą o mojej obecności z kolegami ani nauczycielem. To nie miało sensu i chociaż byłam wciąż zdenerwowana i pełna dziwnej tęsknoty, poczułam także gniew. Jak ten smarkacz śmie tak beznamiętnie i nieodwracalnie niweczyć moją prywatność? Co gorsza, w chwili kiedy się uśmiechnął, rumieniec oblał jego twarz. Po raz pierwszy tryskał zdrowiem i energią. Poczułam się tak, jakby mi coś ukradł. Poczułam się upokorzona. Nagle wypadłam z sali, nie oglądając się za siebie. Słyszałam jeszcze, jak z ławek w pierwszym rzędzie z szelestem spadają kartki.


do góry
Światło… nosisz je w sobie…
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
Silvia_sb 08 października 2011
Dusza. Bóg. Wiara. Miłość. Zaufanie. Śmierć. To tylko kilka kwestii, z którymi zetkniemy się podczas lektury tej zdumiewającej książki. Są to tematy przez wielu traktowane jak tabu, a przez wielu innych stawiane na piedestale. Często postawienie jednego kroku, podjęcie jednej na pozór nic nieznaczącej decyzji, sprawia, że przechodzi się niewidzialną granicę, oddzielającą zdrowy rozsądek od przesady. Czysta miłość przeradza się w chore uczucie. Wiara w Boga staje się fanatyzmem. I tak, zamiast uduchowiać ludzi, wyniszcza ich dusze. Każdemu zdarza się przesadzić. Większość ludzi potrafi jednak w pewnym momencie się zatrzymać. Powiedzieć stop. Dość. Naprawić to, co zaczynało zakrawać na chore. Nie wszystkim jednak udaje się ta sztuka. I chyba przede wszystkim o tym opowiada powieść „Światła pochylenie”.
Całość powieści jest wyjątkowo zaskakująca, taka… słodko – gorzka. Książkę czyta się dobrze, a jej lektura skłania do głębokich przemyśleń. Warta polecenia każdemu.
Przyjemna na spokojny wieczór
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
szfagree 24 kwietnia 2011
W normalnym świecie nikomu nie podobałoby się, gdyby pewnego dnia spostrzegł, że zamiast „prywatnego rozumu” ciałem kieruje obca… osoba? Dusza? Myśl? Jednak najbardziej istotne jest to, że myśli prowokowane przez duchy okazują się ostatnim ratunkiem dla ludzi, których życie wisi na włosku i którzy bez wewnętrznej pomocy być może nie poradziliby sobie z codziennością. W powieści ukazana jest z pozoru normalna rodzina, jednak gdy przyjrzymy się im bliżej, okazuje się, że rodzice zmuszają córkę do posłuszeństwa, a ona pozostając pod ich ciągłą kontrolą przestaje mieć jakiekolwiek zdanie, podporządkowując się poleceniom tyrana-tatusia i zrozpaczonej matki. Jest także zagubiony chłopak, który szuka przyjaciół w towarzystwie narkomanów i podejrzanych typów. On także nie radzi sobie z życiem. Dlatego tak ważna jest obecność dusz, która – choć nie odczuwalna – dla ludzi z problemami i rozterkami staje się wybawieniem.
Książkę polecam, może nie jako wymagającą lekturę, ale jako przyjemność
Zmysłowa książka o niezwykłej miłości, odkupieniu i trudnych wyborach.. Polecam serdecznie!!
  • 5
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
kasandra 21 kwietnia 2011
Oprócz świetnej fabuły książka napisana jest pięknym,subtelnym językiem.Każde słowo wciąga z niesamowitą siłą i nie pozwala oderwać się od lektury.Przenikanie się świata ziemskiego i duchowego,ukazanie problemów duszy i ciała oraz ten niezwykły klimat powieści…Na uwagę zasługuje również wielowątkowość,która bardzo czytelnie została tu zaprezentowana.Molestowanie,zdrada, religia,problemy z rodzicami i wiele kłopotów współczesnego świata zostało tu sprytnie wplecione w fabułę.Naprawdę wyjątkowa pozycja, którą szalenie trudno wyrazić słowami.Tę książkę po prostu trzeba przeczytać i poczuć jej magię.„Światła pochylenie” to książka niezwykła.Czaruje swą zmysłowością i ukrytym przed nami tajemniczym światem,który dzięki bohaterce będziemy mogli poznać.Jest to również opowieść o miłości,takiej szczerej i prawdziwej oraz o odkupieniu i niełatwych wyborach,które jednak nadają naszemu życiu szczególnej wartości.Świetny literacki debiut,który narobił mi niezłego apetytu na kolejne książki autorki
inna
  • 4
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
zaczytana 25 lutego 2011
Nie byłam pewna co do zakupu tej książki, ale cały tydzień chodził za mną fragment recenzji "Ktoś na mnie patrzył. To dość niezwykłe uczucie, kiedy jest się martwym...". To mnie bardzo zaciekawiło i wreszcie kupiłam i przeczytałam. Ostatnio wiele książek kręci się wokól tematu "wampirów, wilkołaków itd", więc ta książka była ciekawą odmianą. W pewnym sensie również kręci sie wokół "romansu itp" ale wyróżnia ją to, że jest taka "inna". Czyta się bardzo szybko i lekko. Sama nie wiem jakiego zakończenia się spodziewałam, ale muszę przyznac, że jakoś tak rozczarowało mnie te zakończenie i czuje lekki niedosyt ;)
Jednak szczerze polecam przeczytanie, bo książka jest godna uwagi ;]
Prześliczna
  • 5
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
pawel1234 01 lutego 2011
Pierwszy rozdział rewelacja - lubię takie klimaty :-) Potem trochę banalnie, romansik dla nastolatek, jednak dalsze części powaliły mnie na kolana. Przepiękny język, wielobarwne postacie, wnikliwa obserwacja hipokryzji i zakłamania "Nie wszystko złoto co się świeci" Wspaniałe zakończenie wątków, bez niedomówień. Wszystko przemyślane od początku do końca. Naprawdę polecam, gdyż to książka wyjątkowa. Nie jest o duchach, tylko o duszach.
Mimo ciężkiego początku, książka mnie zaskoczyła
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
Kareena 29 stycznia 2011
Zdecydowałam się na kupno książki po przeczytaniu krótkiej recenzji. Stwierdziłam, że może być ciekawa. Jak tylko ją dostałam, zabrałam się do czytania i... pierwsze strony a właściwie rozdziały dłużyły mi się niemiłosiernie. Nic ogólnie się nie działo. Jedyne, co nie pozwalało mi się oderwać od książki był piękny język, jaki autorka użyła w swej opowieści. I chwała za to bo kolejne rozdziały były coraz ciekawsze i zdecydowanie warto było to przeczytać. Książka doskonale ukazuje hipokryzję człowieka, zależność od drugiej osoby i uświadamia czytelnika, że nic nie jest takie piękne i idealne na jakie wygląda. Polecam
Laura Whitcomb - Światła pochylenie
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
Aleksandra Świerczek 30 września 2010
Laura Whitcomb pisze ładnym i ciekawym stylem, dzięki czemu lektura staje się jeszcze bardziej atrakcyjna dla potencjalnego czytelnika. Również i fantastycznie zaprojektowana okładka sprawia, że powieść przykuwa wzrok swoich przyszłych fanów.


chyba jestem pierwsza....
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
Paulina88 18 września 2010
wszyscy pisza ia ksiazka jest wspaniala, cudna, niesamowita itp. Moim zdaniem jest niezla..., ale czegos mi w niej brakowalo, sama nie wiem. troszke monotonna, braklo tego dreszczyka, ale poza tym jest dobra. Z czystym sumieniem moge ja polecic..:)
Pochłania
  • 5
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
As 16 sierpnia 2010
Tak, kupując tę książkę, nie spodziewałam się, że będzie jedną z lepszych, jaką przeczytam w moim życiu. Czytałam ją pod szkolną ławką, w lekkim otępieniu - bez wytchnienia. Niezwykle umiliła mi życie : ) Można powiedzieć, że przekartkowałam ją, zanim zdążyłam to zauważyć.

Naprawdę, szczerze...
GORĄCO POLECAM!
Trza mieć talent, żeby tak pisać.
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
Justyna Zemło 16 lipca 2010
To jest najlepsza książka jaką czytałam. To jest o miłości, strachu, bezsilności, życiach dwóch różnych nastolatków i o bólu, który wytworzył się w umyśle. Bezkarnie wdarł się i zniszczył od środka. Polecam tę książkę miłośnikom tajemnicy, horroru i łamania wszelkich barier. :) pozdrawiam
Ta recenzja przydała się 3 razy
Dobra pozycja
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
lewastrona 27 czerwca 2010
To nie jest książka o jakiejś głupiej miłostce między ulotnymi istotami, jest w niej coś głębszego. Potrzeba tolerancji, akceptacji, miłości. Każdy z nas przecież tego pragnie. Każdy z nas pragnie dokonywać własnych wyborów, być wolny, mieć kochającą rodzinę. A dodatkowo swoim zachowaniem, uczynkami byłoby miło uratować kogoś od zguby, uratować mu tak naprawdę życie, jak to zrobili James i Helen. Komu i jak? Niezwykła opowieść. Na początku wydawała mi się banalna i kiczowata, ale jest SWIETNA
Ta recenzja przydała się 1 raz
Cuda i piękna
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
Black 04 czerwca 2010
Ta książka tak mnie pochłoneła,że czytałam ją w pracy pod biurkiem XD . Jest poprostu piękna! Chwyta za serce! Polecam !!
Ta recenzja przydała się 1 raz
Duszna miłość
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
Klaudia Słowik 22 maja 2010
"Światła pochylenie" bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Wydawało mi się, że będę miała do czynienia z fantastyką, może nieco okraszoną thrillerem, ale otrzymałam delikatną, a zarazem pasjonującą i ambitną powieść, od której nie mogłam się oderwać. Po jej przeczytaniu nie mogłam pozbyć się odczucia, że na tak niewielu stronach Pani Whitcomb zawarła maksimum treści, maksimum emocji i uczuć. A dla uzyskania boskiego aromatu posypała to 21 gramami miłości...

[Fragment recenzji z mego bloga]
Ta recenzja przydała się 2 razy
Po prostu piękna
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
SophieAnne 15 maja 2010
W tej książce trudno nie znaleźć czegoś dla siebie. Piękny styl, język, dopracowane szczegóły. Autorka porusza tematy tabu, zderza ze sobą dwa światy. Pisze o miłości, przebaczeniu, popełnianiu błędów, rodzinnych tragediach, hipokryzji, sensie życia. Po tej książce jeszcze długo pozostaje się z bohaterami, zwłaszcza po wspaniałym zakończeniu, które sprawia, że sami zaczynamy stawiać się na ich miejscu. Zdecydowanie warte polecenia.
Ta recenzja przydała się 2 razy
Po prostu piękna
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
SophieAnne 15 maja 2010
W tej książce trudno nie znaleźć czegoś dla siebie. Piękny styl, język, dopracowane szczegóły. Autorka porusza tematy tabu, zderza ze sobą dwa światy. Pisze o miłości, przebaczeniu, popełnianiu błędów, rodzinnych tragediach, hipokryzji, sensie życia. Po tej książce jeszcze długo pozostaje się z bohaterami, zwłaszcza po wspaniałym zakończeniu, które sprawia, że sami zaczynamy stawiać się na ich miejscu. Zdecydowanie warte polecenia.
Ta recenzja przydała się 3 razy
Inna niż wszystkie
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
Miss_Jacobs 14 kwietnia 2010
Lektura posiada zwroty akcji, które skutecznie zapobiegają znużeniu czytelnika i zmęczeniu ciągłym smutkiem połączonym z tajemniczością. Debiutantka świetnie odnajduje się w świecie, gdzie większość rzeczy została już wymyślona i przelana na papier. Wymyśliła 2 światy, które w 100 % idealnie się uzupełniają a dodatkowo opisała to swoim wyróżniającym się stylem. Plus również za zakończenie, które wcale nie jest oczywiste. Ja osobiście właśnie umiejętność ciekawego i zaskakującego zakończenia powieści cenie sobie obecnie najbardziej.
Polecam. Książka z serii dla każdego coś dobrego.
Ta recenzja przydała się 2 razy
super
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
kaliope 09 kwietnia 2010
Jest o duchach zamieszkujących nie swoje ciała i o pragnieniu poznania swojej przeszłości, żeby móc odzyskać "spokój wieczny". To tak w wielkim skrócie. Jednakowoż dużo ważniejsze jest, jak sądzę, to, w jakie ciała trafiły obie dusze.
Przecież oni, zarówno Helen, narratorka, jak i James, jej ukochany, uratowali dwoje ludzi. Uratowali dosłownie od śmierci. Wierzę, że Bill bez odwagi Jamesa nigdy nie wyrwałby się spod wpływu kolesi narkomanów, a Cathy, matka Jenny, nie zniosłaby w samotności zdrady męża. Prawdziwa Jenny zaś nie pomogłaby matce. Dotychczas nie miała nawet odwagi pokazać rodzicom, że jest człowiekiem i ma własny świat.
Książka jest niezwykła, czyta się ją bardzo szybko. Atmosfera niezwykłości, obserwowania życia z dystansu. Wyobraźcie sobie, że w każdej chwili możecie zmienić sobie ciało i zamieszkać w kimś innym. Czy naprawdę wszystkie wasze problemy nadal byłyby dla was tak ważne?
Polecam!
Ta recenzja przydała się 1 raz
Światła pochylenie - rewelacyjna!
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
Silje 05 kwietnia 2010
Zdecydowanie polacam tę książkę. Nie jest ona kolejnym ramansem istot nie z tego świata przeznaczonym dla nastolatków, a dojrzałą powieścią zmuszającą do rozmyślań i refleksji. Fabuła jest bardzo wciągająca. Dużo w niej akcji, tajemnic. Zdecydowanie polecam!
Ta recenzja przydała się 1 raz
Hej
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
asia9528 04 kwietnia 2010
Hej, czy ktoś przeczytał już tą książkę? Pytam dlatego, że zastanawiam się nad jej kupnem i chciałabym dowiedziec się co o niej sądzicie.
Pozdrawiam ;)
Przyciągające światło
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
wonek23 01 kwietnia 2010
„Światła pochylenie” to debiutancka powieść Laury Whitcomb (po niej napisała jeszcze „The Fetch”). Rozpoczynając czytanie obawiałam się trochę, że książka może okazać się pozycją dla mrocznych nastolatków (miłość, duchy, śmierć… brzmi znajomo?). Poetycki styl łatwo mógł zamienić się w naładowany egzaltacją bełkocik… Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło, a po kilkunastu stronach wciągnęłam się w lekturę tak mocno, że ciężko było mi ją odłożyć.Język Whitcomb jest przyjemny i poetycki, więc „Światła pochylenie” czyta się przyjemnie i szybko. Chwilami autorka niebezpiecznie zbliżała się do krawędzi, za którą jej sposób pisania stałby się zanadto uduchowiony, a nawet egzaltowany, zawsze jednak w porę zdążyła się opanować. Dialogi pozostają realistyczne, nie ma więc zbyt wielu powodów, do których można byłoby się przyczepić. Nie jest to może wielka literatura, ale bardzo dobra książka, refleksyjna i zachęcająca do myślenia. Polecam!
Ta recenzja przydała się 1 raz
Między życiem a nieżyciem
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
clevera 29 marca 2010
Ujrzawszy wannę na okładce tej książki skojarzyłam ją ze śmiercią. Ostatnio kryminały upodobały sobie ten motyw i faktycznie przeczucie mnie nie myliło, ale tylko częściowo. Bo ta powieść to nie kryminał, a śmierć w niej jest tylko progiem, za którym istnieje nieżycie. Autorka brutalnie wciągnęła mnie razem z Helen, bohaterką historii, w głąb grobowego lochu pokazując czym jest indywidualne piekło, w którym ból i cierpienie każe pazurami wydrapywać ziemię i zmurszałe deski, by wydobyć się na powierzchnię i uczepić się Żywego. By móc żyć-nie żyć w ich świecie jako Światło. Być tylko jego obserwatorem.Tak bardzo przyzwyczaiłam się do tego stanu zawieszenia Helen, że byłam tak samo zaskoczona i jednocześnie przerażona jak ona, która po 130. latach poczuła na sobie skupiony, wodzący uważnie za nią wzrok siedemnastoletniego Billy'ego. Z niewidzianej stała się widzianą.A to dopiero początek tej historii, niezwykłego uczucia narodzonego pomiędzy dwoma światami. Między życiem a nieżyciem
Ta recenzja przydała się 1 raz
Ludzie i ich Światła
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
Tucha 24 marca 2010
Ta książka przykuła moją uwagę świetną okładką, a po przeczytaniu opisu chciałam jak najszybciej zacząć czytać. Autorka skonstruowała przykuwającą uwagę akcję, pełną dramatyzmu, ale i miłości. Poruszyła wiele problemów współczesnego świata, od złego wpływu nadgorliwych rodziców, obsesji religijnej, narkotyków, molestowania seksualnego i sprawnie wplotła w to wszystko obecność Światła,które pomaga, duchów, które nie wiedzą, że umarły oraz dusz, które opuszczają swoje ciała, bo mają już dość życia, dość życia takiego jakie jest, są puści w środku. Whitcomb stworzyła nowy wymiar tego co nas otacza, nowy wymiar pojęcia dusza, światło,duch i śmierć. Bardzo ciekawy wymiar, bo jak tylko zaczęłam czytać, chciałam wiedzieć co będzie dalej.Problemy bohaterów stawały się powoli moimi problemami i chociaż wiedziałam, że to fikcja, to jednak przy tej fikcji można się zastanowić nad wieloma aspektami życia. Z czystym sumieniem - polecam gorąco, a zakończenie - przejmujące! :)
Ta recenzja przydała się 2 razy
Światła pochylenie...
Czy ta recenzja była przydatna?
tak nie
camille_saint 22 marca 2010
Książka jest rewelacyjna! Gorąco polecam :-)
zwiń
Zamknij
Dziękujemy za dodanie recenzji
Zamknij
Dodaj recenzję
Tytuł:
 
Recenzja:
W przypadku naruszenia Regulaminu Twój wpis zostanie usunięty.
 
Nick
 
do góry
Trzeba mieć talent, żeby napisać tak wspaniałą książkę.
Justyna Zemło 15 lipca 2010
To jest najlepsza książka jaką czytałam. Nie czytam ich wiele, ale jestem fanką książek tego rodzaju i ta jest EXTRA. Polecam fascynatom horroru, romansu i nowości. Ale ostrzegam ona nie jest dla wszystkich. Odkąd ją przeczytałam już wiem czyjego autorstwa książki mam kupować.
zwiń
Zamknij
Dziękujemy za dodanie nowego wątku
Zamknij
Dodaj temat na forum
Tytuł:
 
Wątek:
W przypadku naruszenia Regulaminu Twój wpis zostanie usunięty.
 
Nick
 
do góry
Dane szczegółowe
Tytuł: Światła Pochylenie
Autor: Whitcomb Laura
Wydawca: Wydawnictwo Initium
Numer wydania: I
Data premiery: 2010-03-24
Język wydania: polski
Język oryginału: angielski
Ilość stron: 232
Tłumaczenie: Opracowanie zbiorowe
Rok wydania: 2010
Forma: książka
Indeks: 65708163