Już dawno minęli młodnie, szum morza ucichł, a z boku, zza grubych pni świerków wyłoniło się mauzoleum, skąpane w fasolkowej poświacie. Było tak duże, że wierzchołki drzew sięgały do połowy jego murów.
Gigantyczna budowla przypominała neorenesansową świątynię, wyrzeźbioną w kosmicznym meteorycie. Pewnie uznano, że ten galaktyczny materiał będzie najlepszy na siedzibę sacrum. Kamienny mur przecinały podłużne witraże, a wzorzysta kopuła – porosła gdzieniegdzie mchem, widoczna z każdej części wyspy – wyglądała niczym pancerz futurystycznej rzeźby żółwia. Z górnej części frontonu łypało gigantyczne oko mandali. Pod nim widniała inskrypcja nieznanego autorstwa:
MŁODOŚĆ JEST WIECZNA WIECZNOŚCIĄ OD NOWA – NIKT O NIEJ NIE ZAPOMNI, A KAŻDY WIERNOŚCI DOCHOWA.
Do żeliwnych wrót budowli prowadziły trzy kamienne schodki, nad którymi przerzucono kładkę. Przed nią urywał się ślad platform. Kaktus spojrzał w lewo, spojrzał w prawo i nacisnąwszy wysoko umieszczoną klamkę, wyszeptał:
– No, pomóż, Błażej, do jasnej-ciasnej! Powinieneś być wyższy, jak na wyższym szczeblu stoisz.
– Ależ masz kompleks drabiny – zrewanżował się Kolumb.
Pchnęli wrota. Skrzypnęły przeraźliwie. Brrr… po prostu horror! Owionął ich mroźny chłód – większy niż w młodni. Jeszcze tylko brakuje, by wilk zawył od strony hubowego cmentarza i cień ręki z nożem przemknął po murach. Kolumb pożałował swojej ciekawości. Usłyszał muzykę organów. Ktoś grał, jednak czystość i płynność tej gry pozostawiały wiele do życzenia. Dźwięki rwały się, były płaskie, kakofoniczne, nieregularne. Właściwiej byłoby stwierdzić, że ktoś dopiero poznaje tajniki partytur, szukając bezskutecznie właściwego klucza do świata notacji akolad, chromatycznych znaków i nut. Drzwi do tej najbardziej niedostępnej ze sztuk pozostawały dla niego zamknięte.
– Spokojnie. Wielki Bobas męczy na keyboardzie Bacha. Pasję według świętego Mateusza – pośpieszył z odpowiedzią Kaktus, gdy weszli do wnętrza świątyni, tonącej we fluorescencyjnym świetle. – Nie bój nic. Poza swoim graniem niczego nie słyszy, nie widzi. Czasami podejrzewam, że jest głuchy i ślepy. Faszystowski narcyz!
Ale mina Kolumba już udowadniała popularną wśród filozofów tezę, że tylko umiejętność zdziwienia wyróżnia umysły myślące od bezmyślnych. Rozdziawił się jak świadome swej marności istnienie, przed którym wyrosło „coś” nie na człowieczą miarę ani ludzkie pojęcie… Wyobrazić sobie jednocześnie gabinety figur woskowych z całego świata to nic sobie nie wyobrazić. Ogarnąć myślą wszelkie możliwe magazyny i garderoby na kuli ziemskiej z niezliczoną ilością lal, kukieł i manekinów to ogarnąć jedynie pył własnej myśli. Wysiłkiem woli zebrać w jedno wszystkie tajne laboratoria, gdzie przy użyciu skomplikowanych chemicznych wzorów odbywa się hodowla nowoczesnego homunkulusa, to mieć moc jamochłona.
Bo oto na cokołach i na podestach, na podstawkach i postumentach, z prętami wbitymi w krocze – stały zmumifikowane ciała. Niekończący się legion ciał! Nagich i młodych. Złączonych w pary lub samotnie rozmyślających o monadach.
– Zebraliśmy wszystko, co najlepsze w historii minionego stuogrodu i w czasach obecnych – oznajmił Kaktus, wypuszczając gęsty obłoczek pary. – Oczywiście to wersja najlepsza według Wielkiego Bobasa i chłopczynek. Gdyby cokolwiek ode mnie zależało, unieśmiertelniłbym zupełnie innych – zastrzegł się. – Jak chcesz, to się rozejrzyj. Choć muzeum jeszcze nieskończone i dopiero szykowane dla przyszłych pokoleń.
Kolumb był trochę onieśmielony, bo jakże tu nie być onieśmielonym, gdy z wysokości cokołów patrzą na człowieka najwybitniejsze ponoć eksponaty historii, które mogły przecież stanowić dokument jego minionego życia. Odwagi dodała mu Huanita Loslobos. Stała, jakby ktoś zaklął tancerkę w trakcie walca. Worobiow dobrze ściągnął – ocenił i ruszył dalej. Te pierwsze bóstwa człowiecze, licząc od drzwi, wydawały mu się dość trywialne, nijakie, nawet karteczki niewiele mówiły. Jakiś „Max Coldwey. DJ. US.” z gramofonem w rękach, jakiś „Otto Schmidt. Designer. D.” ze wzniesionym czołem lub inny „James Peadlow. Snowboardzista. GB.”, trzymający kawałek zakrzywionej deski pod pachą. Jednak im dalej zanurzał się w zmumifikowany świat ciał, głów i rąk, zastygły w najwymyślniejszych pozach, tym jego ciekawość i podziw rosły, a Panteon nieśmiertelnych zdawał się nie mieć końca. Najpierw zerkał na karteczkę, by wiedzieć, z kim ma przyjemność, następnie podziwiał fachową robotę juwenarbajterów. Wszystkie mumie lśniły mistrzowskim wykończeniem skóry, zapierającą dech w piersiach grą mięśni, idealną proporcją kończyn względem tułowia. Ciała bez skaz i zmarszczek kusiły wypolerowaną gładkością. Doskonałość pyszniła się sobą – od stóp do głów, od jednego bóstwa do następnego. Najstarsze wiekiem miały nie więcej niż trzydzieści ogrodów. Miniony, choć niezakończony stuogród musiał być niemożliwie bogatym czasem młodości.
O, cóż to za chłopak z apolińskim ciałem koloru mlecznej czekolady i filuternymi frędzlami zamiast włosów? Etykietka już wyjaśniała: „Bob Marley. Muzyk”. W dłoniach trzymał gitarę, która przywołała Kolumbowi w myślach słowa starej piosenki: chłopiec z gitarą byłby dla mnie parą, pararara-rara-ra… Po nim mumia z rozbrajająco dużymi oczami: „Kurt Cobain. Muzyk”. A ta blondynka, pomalowana złotem i różem, pewnie miss mauzoleum: „Barbara Handler. Barbie”. Obok, wyciągający do niej smukłe dłonie: „Ken Handler. Ken”. Dziwna profesja – być „Barbie”, być „Kenem”. Niczym hostię wznosił posypaną sezamem bułę „Louis Lassen. Wielki restaurator”. Z książką w jednej dłoni, w drugiej z karabinem stał „Krzysztof Kamil Baczyński. Żołnierz-poeta”. I zaraz, jakby dla odmiany, z butelkami wódki przepijali do siebie kolejno: „Jim Morrison. Muzyk-poeta”, „Rafał Wojaczek. Poeta” i „James Dean. Aktor”. Kolumb chyba zabrnął w okolice włóczęgów i artystów, ponieważ swą milczącą wyniosłość kierowały ku niemu młodociane głowy: „Jack Kerouac. Pisarz” i kolejny płodziciel wierszy „Allen Ginsberg”. Mumie trzymały w dłoniach, prócz flaszek, papierosy, a twarze przecinał grymas, jakby miały zgagę, co tylko dodawało im uroku tragicznych macho. Posąg podpisany „Krzysztof Kamil Baczyński” nie pasował do tak „niesportowego” towarzystwa.
Kolumb przecisnął się między wdziękami „Marilyn Monroe” i „Mary Pickford”, o bombastycznych etykietkach „ulubienice świata”, by od razu trafić na pasaż, który należał chyba do mędrców mauzoleum młodości. Rozpoczynał go nagusieńki, z farbowanym pierwszym wąsem „Francis Fukuyama. Ostatni historyk historii”. Dłonie następnego, „Michela Houellebecqa”, składały się, nie wiadomo, do bitki albo do oklasków, z przegubu dłoni zwisała mu siatka. I nie wiadomo było również, z kim chciał się bić lub komu bić brawa. Czy wspomnianemu ostatniemu historykowi w historii, czy też „Jacques’owi Derridzie. Postmoderniście post mortem” o przecudnie niejednoznacznej twarzy. Trzeci stał nieco z boku i nazywał się „Albert Camus”. Jego nastrój najtrudniej było odczytać. Poza nic niemówiącą nagością, puste oczy, charakterystyczne dla antycznych posągów, wyrażały równie pusty smutek. Chłopiec o imieniu „Le Corbusier” trzymał pionowo pudełko zapałek, pochłonięty mocno strukturą prostopadłościanu. Natomiast inny chuchał troskliwie na makietkę potiomkinowskiej wioski. Kim był ów chuchacz? Zerknięcie na etykietkę i wszystko jasne – „Herbert McLuhan”. A całą kompanię mędrców próbowali objąć kordialnym gestem dwaj bracia syjamscy: „Walt Disney” i „Bill Gates”. Uśmiechali się, jakby chcieli wyznać: nasza idea przerosła najśmielsze oczekiwania.
Kaktus podążał za Kolumbem, a ten dał nura w następny pasaż i natknął się na dwa salony rajsko-kobiecych wdzięków, które łączyło jedno – stały, jak Pan Bóg je stworzył. Zjawiskową „Coco Chanel”, nie gorszą od „Barbary Handler”, otaczał wianuszek mumionimf. Jak dla Kolumba zbyt chudych, zbyt deszczułkowych i kanciastych. Bardziej krągłe, mandarynkowe były mumionimfy zebrane wokół konkurencyjnej bogini – zmysłowej „Brigitte Bardot”. Mumie w obydwu salonach, choć zastygłe – sprawiały wrażenie mocno poruszonych. rozprawiających o czymś zaciekle, opowiadających coś jedna przez drugą.
Eeee tam, buty wam Żyrardynce czyścić. I tak powabniejsza – podsumował naburmuszony Kolumb, przechodząc do alejki, którą nazwał sobie „alejką zaciśniętych ust”. Tutaj stały równie młode i równie zjawiskowe kobiety, lecz dla kontrastu – z ich ust nie mógłby wydostać się ani śmiech, ani oddech, żadne słowo, żaden szept. Usta miały zaklejone szeroką taśmą w kolorze odpowiadającym barwie ich oczu. Taśmy podobne były do pieczęci, które ktoś odcisnął na twarzach, tworząc wyraźną analogię między tym, co się widzi, a tym, czego nie można powiedzieć. Usta są zawsze pieczęciami wzroku – zdawały się sugerować milczące madonny. Kolumb odczytał ich nazwy: „Margaret Atwood”, „Simone Weil”, „Janis Joplin”, „Anne Sexton”, „Alice Parker”, „Emmeline Pankhurst” i jeszcze kilka innych. Brzmienie tych imion i nazwisk było dość egzotyczne, pochodzące z obcego Kolumbowi słownika. Wypowiadając je, obawiał się, że nieopatrznie tworzy zaklęcia o niewiadomych konsekwencjach.
Na kroplę zatrzymała Kolumba zastanawiająca pieta. Oto na kolanach „Marii Montessori. Pedagoga” kładły głowy młodzieniaszkowe posążki „Jima Jonesa. Przywódcy ludu” i „Charlesa Mansona. Wybawcy ludu”. Montessori, patrząc gdzieś w dal, głaskała je czule. Dłonie układały się w dwie szale macierzyńskiej sprawiedliwości. Wymowna, naprawdę wymowna metafora. Młodziutka matka i dwaj synowie. Jeden ma przewodzić ludowi, drugi ma lud zbawić. Między nimi jest różnica, o której wie tylko matka. W końcu nieprzypadkowo zrodziła ich obu.
Inaczej przedstawiała się dalsza część mauzoleum z wiodącą postacią muskularnego giganta. Zupełnie jak mój Majtas – zauważył Kolumb. Nagi „Stiopa Petryczenko. Marynarz” wznosił twardą pięść ku niedosięgłym sklepieniom. Przekręconą nieco głową zachęcał dwóch innych, którzy czekali tuż za nim, by opanować – jeszcze nieopanowane, by możliwym uczynić niemożliwe. Ekstatycznie zatrzymani w ruchu, rwali się do walki. Kolumb przeczytał z szacunkiem: „Che Guevara” i „Daniel Cohn-Bendit. Zwany Czerwonym Dannym”. Ich wyraziste twarze potwierdzały, że złość może być cudowna, hipnotyczna, bije z czystego źródła. Inne mumie tego kwartału mniej absorbowały swym wyglądem, choć kłębił się cały tabun. Tło, jedynie tło dla tej Trójcy.
Rzędy mumii ciągnęły się w nieskończoność. Bo przestrzeń, jeszcze na zewnątrz uchwycona stabilnym odniesieniem do drzew, krzaków mięty, perspektywą majaczącej w oddali wioski – tutaj opiewała swój nieoczywisty, względny charakter. Odległość, szerokość, głębia były jak rozedrgana, rozmiękła galareta – rozlewały się w pionie i poziomie, zwielokrotniając ludzkie posągi. Nie sposób ogarnąć wzrokiem bocznych ścian świątyni, jej początku i końca, a także sklepienia, którym rządziła niebiańska nieskończoność.
Mauzoleum było zamkniętym wszechświatem. Zwiedzając je, Kolumb doszedł do kilku ciekawych wniosków. Po pierwsze: nieważne, czy ci ludzie umarli, czy jeszcze żyli w tamtym świecie, czy czegoś dokonali, czy mieli dopiero dokonać. Przewieziono ich tutaj – do gigantycznej galerii opiewającej młodość, by na zawsze pozostali piękni. Uwolnieni od faktycznych biografii i biegu historii, zostali przeznaczeni do wiecznego trwania. Mumifikacja strzegła przed brzydotą, przed wstydem starości. Bo brzydota i starość byłyby klęską minionej epoki.
Po drugie: mumie najświeższe, przy drzwiach, wyglądały o wiele młodziej niż te ustawione w głębi. Co dowodziło, że obniżony został górny wiek mumifikacji. Dla porównania – wyglądająca na trzydziestoogrodową mumia Che Guevary nie miałaby większych szans tutaj trafić wobec takiego, dajmy na to, dwudzietoogrodowego posągu snowboardzisty. Całe dziesięć ogrodów różnicy, a przecież młodość dekadę traktuje jak wieczność. Zresztą, świat musiał bardzo się zmienić, skoro większość profesji nowiutkich mumii była Kolumbowi całkowicie nieznana.
Wniosek trzeci, prywatny, wstydliwy: Kolumba coś łączyło ze zmumifikowanymi: „Rafałem Wojaczkiem” i „Krzysztofem Kamilem Baczyńskim”. Gdy przechodził obok nich – nie może się tego wyprzeć! – żywiej zabiło mu serce, a brzmienie ich imion i nazwisk wydało mu się swojskie. Inni artyści nie wywołali takiego odczucia. Ani Ginsberg, ani Morrison, ani Kerouac. Baczyński i Wojaczek mieli tę jedną, wspólną rzecz: literki „PL”.
– Chyba z Polski – wyjaśnił Kaktus, poproszony o rozszyfrowanie skrótu. – Pół świata podbiłem, ale tam nigdy nie dotarłem. To pewnie w garderobie azjatyckiej. Wyczytałem ostatnio, że Azjaci mają chrapkę na starą garderobę.
Czyżby Kolumb nosił w sobie Azjatę-Polaka? Do diaska, co to za kraj? Może ledwie państewko, szczep, plemię? Słowo „Polska” brzmiało jak plaśnięcie. W policzek lub w tyłek. Skoro nazwa tego kraju kojarzyła się z daniem w mordę i obitym tyłkiem, należało zachować ostrożność. Kolumb nabrał niedobrych przeczuć niczym człowiek, któremu – jeszcze przed narodzinami – przyczepiono bez jego woli i wiedzy coś nieciekawego. Taki nieładny ogonek – zakręcony, świński, który odpadnie dopiero po śmierci. Ale po śmierci odpada wiele rzeczy.
I już chciał bardziej zgłębić swój narodowy, plemienny gen, gdy raptem keyboard umilkł, dźgnięty uprzednio zniecierpliwioną synkopą pianisty. Cisza. Kaktus przytrzymał Kolumba za rękaw. Po kropli, gdzieś u góry, rozległ się odgłos schodzenia po schodach.
– Oho, Wielki Bobas wraca.
– Gdzie?
– Na swój cokół pośrodku ołtarza. Jako jedyny potrafi zejść z niego, kiedy zechce. I wtedy uczy się grać Bacha, Beethovena, Mozarta lub wydaje chłopczynkom instrukcje.
– Przecież jest głuchy i ślepy.
– No właśnie. Dlatego ciągle się uczy. Poza tym, nie musi nikogo widzieć, nikogo słuchać. Taki pan! Bobas pan!… Psssyt… Schodzi… – kroki rzeczywiście stawały się coraz głośniejsze. – Lepiej wracajmy. Nawet garść śliwkowiśni za mało, żeby wszystko obejrzeć. I tak zobaczyłeś, czego nigdy nie powinieneś zobaczyć. Za mną! – rozkazał.
Zaczął lawirować między mumiami, jakby wcześniej oznaczył muzealny labirynt nitką Ariadny, i bezbłędnie trafił do wyjścia. Kolumb nie spuszczał z oczu pleców Kaktusa. Miał chętkę, by podejrzeć Wielkiego Bobasa, ale w sercu kołatało ostrzeżenie, że jeszcze nie pora, na to przyjdzie czas. Pożegnalne skrzypnięcie wrót i znaleźli się na zewnątrz.
Żałobnica była ciepła. Rozgrzana za śliwkowiśni ziemia oddawała ciepło słonecznika. Żadna łaska, przecież otrzymała je również za darmo. Canoe fasolkowego strączka płynęło powoli przez rozgwieżdżone niebo. W środku leżeli gotowi do walki Indianie, a gwiazdy były ogniskami, przy których chrapały blade twarze. Kolumb zaczerpnął świeżego powietrza. Żył w nim Indianin, nie Polak-Azjata. Zakradł się do mauzoleum młodych twarzy, poznał ich zwyczaje, umknął Wielkiemu Bratu-Bobasowi i pod osłoną żałobnicy wracał do swego wigwamu. „Kolumb” w indiańskim narzeczu atapaskan znaczyło: Ten, Co Zawsze Płynie Po Tajemnice. A Kaktus miał teraz idealną minę sędziwego wodza. Sterczące na wszystkie strony włoski przypominały pióropusz –– trochę wyleniały, bo i wódz stary. Pod krótkim „Kaktus” kryło się atapaskańskie: Piorun Strzelający W Miotłę, Który Zna Powrotną Drogę.
Jednak ich indiańska zwinność została wystawiona na kolejną próbę. Aleja rozbłysła snopem latarki. Jeszcze kropla, a zza świerków wynurzy się postać dziewłopca.
– Do czorta, zaraz wpadniemy na dziewłopca! – zauważył Kaktus, potwierdzając spostrzeżenie Kolumba. Choć jego słowa, uwalniające muzealne opary, zabrzmiały tak, jakby Piorun Strzelający W Miotłę, Który Zna Powrotną Drogę pyknął kalumet. – Rozdzielamy się! Ty w lewo, ja w prawo. Wezmę go na siebie, lepiej znam teren. W dole – wioska. Cały czas musisz mieć z tyłu strączek fasolki. Powodzenia. Uciekaj, szybciej!
Kolumb dał susa w las i zgubił ślad. Kątem oka zdążył jeszcze schwycić ostatni obraz: latarka gaśnie, płowa czupryna wyłania się zza pnia, młode oczęta kierują wzrok ku mandali. Kaktus woła „a kuku” i znika w mięcie.
Przedzierać się żałobnicą przez drzewa i krzaki, wpadać w zasadzki rozpadlin i podmokłej ściółki – ciężko. Potykać się o wystające korzenie – fatalnie. Przyjmować smagnięcia gałęzi – boleśnie. Ocierać się o szorstką korę pni – horror. To jakby biec przez szpaler rozwścieczonych kotów. Las jeżył się i wystawiał ostre pazury. A jeszcze musiał Kolumb pilnować, żeby mieć strączek fasoli za plecami. Ciężko. Światła w wiosce dawno pogasły. Ucichła sowa – żałobnicowe towarzystwo zrobiło z niej dudka, nie zająknęło się świergotem ani kląskaniem. Milczało pochowane w ciemnych kryjówkach. Morze zaczęło szumieć ze wszystkich stron. Muzealne twarze stawały przed oczami. Złośliwe i obezwładniające.

Rebelia

(okładka twarda)

Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.
Data premiery: 2007-11-02
Inne wydania: Cena:
ebook

Produkt niedostępny

lub

  • Opis
  • do góry

    Opis

       Trzydziestotrzyletni Błażej Pindel boleśnie odczuwa terror aroganckiej kultury młodości, wpełzającej w najintymniejsze sfery życia. Świat starych ludzi jest wyszydzany i schodzi do podziemia. Pewnego dnia konspiracyjna grupa emerytów, uznawszy Pindela za "wybrańca”, wykonuje nad nim mistyczny zamach siekierą. Bohater przeobraża się w zdziadziałego Kolumba i wyrusza na tajemniczą wyspę, gdzieś w zaświatach. Wyspą rządzi dyktator, Wielki Bobas, a poddani niewolniczej pracy, wyklęci staruszkowie mumifikują młodzieńcze ciała najcudowniejszych okazów zachodniej cywilizacji, od Jamesa Deana, przez Brigitte Bardot, Jima Morrisona, po dzisiejsze gwiazdy popkultury. Misją Kolumba jest wywołanie geriatrycznej rewolucji i przywrócenie "starego świata”.
    Rebelia jest fantazmatyczną, na poły liryczną, na poły groteskową podróżą człowieka przez własne przemijanie i śmierć. Sieniewicz tworzy mitologię starości, zrodzoną z buntu wobec spychania jej w sferę tabu. W dogasającej egzystencji widzi lustro najpełniejszego człowieczeństwa, przesłaniane fałszywymi mirażami hedonistycznej estetyki. To opowieść o rebelii starców, którzy odważyli się sprzeciwić rzeczywistości permanentnego liftingu, by powiedzieć stanowcze: "Nie! Uważajcie, nadchodzimy!” To rok ‘68 à rebours.

  • Dane szczegółowe
  • do góry

    Dane szczegółowe

    Tytuł: Rebelia
    Seria: Archipelagi
    Autor:
    Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.
    Numer wydania: I
    Data premiery: 2007-11-02
    Język wydania: polski
    Język oryginału: polski
    Ilość stron: 372
    Rok wydania: 2007
    Forma: książka
    Indeks: 69903977
    do góry

    Recenzje

  • Recenzje Napisz recenzję
  • Średnia ocena: 5

    • 5
    5 gwiazdek
    1
    4 gwiazdki
    0
    3 gwiazdki
    0
    2 gwiazdki
    0
    1 gwiazdka
    0
    Kup, zrecenzuj i wygraj
    Bądź pierwszy i dodaj recenzję
    Zamknij
    Dziękujemy za dodanie recenzji
    Podziel się na Facebooku
    Rebelia - Sieniewicz Mariusz
    Właśnie zrecenzowałem: Rebelia
       Trzydziestotrzyletni Błażej Pindel boleśnie odczuwa terror aroganckiej kultury młodości, wpełzającej w najintymniejsze sfery życia. Świat starych ludzi jest wyszydzany i schodzi do podziemia. Pewnego dnia konspiracyjna grupa emerytów, uznawszy Pindela za "wybrańca”, wykonuje nad nim mistyczny ...
    Zamknij
    Napisz recenzję i oceń produkt
    Oceń produkt:
    Tytuł: * pole wymagane
     
    Recenzja: ** minimum 50 znaków
     
    W przypadku naruszenia Regulaminu Twój wpis zostanie usunięty.
    * pole wymagane
    ** minimum 50 znaków
    Jeśli masz pytania lub problem odwiedź nasze strony pomocy lub skorzystaj z formularza kontaktowego
    Jeśli chcesz zgłosić błąd lub wyrazić opinię na temat produktu skontaktuj się z nami