Pieśń misji

 
brak opinii ]
  • Autor:  John le Carre
  • Oprawa: Twarda 
    Data wydania: 2007-01-01
  • Cena rynkowa: 34,80 zł
  • Cena empik.com: 32,49 zł
  • Czas dostawy: wysyłamy w 24 godziny
Kup używane: Brak produktów używanych.
Jeśli chcesz sprzedać
taki produkt, kliknij:


Opis książki: Pieśń misji

Ma dwadzieścia osiem lat, wybitne zdolności, szczere ambicje i szlachetne ideały. A przy tym pewną dozę dystansu do siebie i do ludzi. Nie jest – jak to zazwyczaj u le Carrégo –perfekcyjnym szpiegiem, tylko – tak jak bohater Wiernego ogrodnika – jednym z nas. Człowiekiem, który zostaje wtrącony w wir wielkiej i bezlitosnej polityki. Przekonany, że wypełnia ważną misję dla kraju, z zapałem wykonuje poufne zadania, których sensu do końca nie rozumie. Ale kiedy zrozumie – jest już zbyt późno, by się wycofać, zbyt podle będzie brnąć dalej, a zbyt niebezpiecznie, by zmienić bieg wydarzeń: ujawnić międzynarodową korupcję i udaremnić falę przemocy...

John le Carré to jedyny pisarz, który wszedł do panteonu wielkich mistrzów literatury, pozornie uprawiając gatunek popularny: powieść szpiegowską. Pozornie – bo le Carré z powieści szpiegowskiej wziął to, co pociąga czytelników najbardziej – suspens, realia i akcję. Ale przetworzył je w sobie tylko właściwy sposób, wzbogacił niezapomnianymi, niejednoznacznymi bohaterami rozdzieranymi dylematami moralnymi i ubrał w niepowtarzalny styl – wyrafinowany, bogaty, ironiczny. I tak powstała wielka, acz niezwykle wciągająca i atrakcyjna proza.
Pieśń misji to jedno ze szczytowych osiągnięć literackich mistrza. Trzyma w napięciu, śmieszy i przeraża. To szydercza wizja naszych czasów, gdzie człowiek jest bezbronnym, a często nieświadomym trybikiem w machinie wielkiej polityki.

PRZECZYTAJ FRAGMENT KSIĄŻKI:

Nazywam się Bruno Salvador. Przyjaciele mówią do mnie Salvo. Wrogowie też. Wbrew temu, co ktoś może o mnie powiedzieć, jestem uczciwym obywatelem Zjednoczonego Królestwa i Irlandii Północnej. Uprawiam z powodzeniem szlachetny zawód tłumacza konferencyjnego ze suahili i innych języków, mniej znanych, choć szeroko używanych we Wschodnim Kongu, dawnej kolonii belgijskiej – stąd moja znajomość francuskiego, czyli dodatkowa strzała w mym profesjonalnym kołczanie. Moja twarz jest dobrze znana i w karnych, i w cywilnych sądach Londynu; beze mnie nie może się odbyć żadna konferencja na temat Trzeciego Świata – wystarczy rzucić okiem na doskonałe referencje, wystawiane mi przez największe firmy naszego kraju. Te szczególne zdolności sprawiają, że krajowi służę również, wykonując regularnie poufne zadania dla pewnej agencji rządowej, której istnieniu władze zawsze konsekwentnie zaprzeczają. Nigdy nie byłem w konflikcie z prawem, podatki płacę regularnie, jestem właścicielem porządnie prowadzonego konta bankowego. To bezsprzeczne fakty, które oprą się wszelkim próbom urzędniczej manipulacji.
Przez sześć lat uczciwej pracy w świecie wielkiego biznesu świadczyłem usługi – podczas żmudnych telekonferencyjnych negocjacji lub dyskretnych spotkań w neutralnych miastach na kontynencie europejskim – tym, którzy twórczo wpływają na ceny ropy, złota, diamentów, bogactw mineralnych i innych towarów, nie mówiąc już o tych, którzy unoszą miliony dolarów sprzed wścibskich oczu akcjonariuszy wszystkich krajów na własne konta w Panamie, Budapeszcie czy Singapurze. Gdy mnie - zapytać, czy ułatwianie takich transakcji nie powodowało u mnie wyrzutów sumienia, odpowiem z całą mocą: „Nie”. Prawdziwy tłumacz kieruje się bowiem świętą zasadą: nie folgować skrupułom. Prawdziwy tłumacz musi ślubować wierność pracodawcy tak, jak żołnierz składa przysięgę na początku służby. Zresztą nie zapominam o potrzebujących tego świata: świadczę nieodpłatne usługi translatorskie w szpitalach, więzieniach i urzędach imigracyjnych. Tym chętniej, że i tak marnie tam płacą.
Jestem zameldowany w Norfolk Mansions przy -Prince of Wales Drive 17, w południowolondyńskiej dzielnicy Battersea. Norfolk Mansions to atrakcyjna nieruchomość, współwłasność mieszkańców, do której należę wraz z mą prawowitą małżonką imieniem Penelope – proszę nigdy nie zdrabniać jej imienia do „Penny” – czołową dziennikarką po studiach w Oksfordzie - i Cambridge, starszą ode mnie o cztery lata. Penelope jest w wieku lat trzydziestu dwóch wschodzącą gwiazdą na firmamencie pewnego masowego brytyjskiego tabloidu, jednego z tych, który kształtuje opinie milionów naszych rodaków. Ojciec Penelope jest jednym z głównych właścicieli wielkiej kancelarii prawnej w City, matka – podporą miejscowego oddziału Partii Konserwatywnej. Pobraliśmy się pięć lat temu z powodu wzajemnego pociągu fizycznego, zakładając, że Penelope zajdzie w ciążę, gdy tylko pozwoli jej na to kariera zawodowa – bo mnie bardzo zależało na stworzeniu stabilnej, konwencjonalnie brytyjskiej rodziny, a więc tata, mama, dzieci i tak dalej. Chwila ta jednak nie nadeszła z powodu jej szybkiego awansu w redakcji i innych jeszcze względów.
Nasz związek trudno uznać za szablonowy. Penelope pochodzi ze stuprocentowo białej rodziny klasy średniej z Surrey; za to Bruno Salvador, zwany Salvo, jest naturalnym synem katolickiego misjonarza z irlandzkiej wsi i kongijskiej wieśniaczki, której imię zaginęło na zawsze w zawierusze dziejów. Urodziłem się – skoro już mowa o szczegółach – za furtą klasztoru karmelitanek w mieście Kisangani, dawniej znanym też pod nazwą Stanleyville; poród odebrały zakonnice, które ślubowały do końca życia nie puścić pary z gęby. Takie okoliczności urodzin są dla wszystkich ludzi – tylko nie dla mnie – śmieszne, surrealistyczne lub po prostu niewiarygodne; dla mnie jednak jest to zwykła, biologiczna rzeczywistość. Dla mnie i dla każdego, kto w wieku lat dziesięciu zasiadał u boku swego świątobliwego ojca w misyjnym domu na soczyście zielonych wyżynach Południowego Kiwu na wschodzie Konga, słuchając jego płaczliwych zwierzeń, czynionych częściowo po francusku (z akcentem normandzkim), częściowo po angielsku (z akcentem ulsterskim). Zwrotnikowa ulewa uderzała jak słoniowy tupot w zielony blaszany dach, łzy płynęły po wynędzniałych od febry policzkach ojca tak szybko, jak gdyby cała natura chciała wspólnie się bawić. Gdy zapytać Europejczyka, gdzie jest Kiwu, pokręci głową i uśmiechnie się, nawet nie wstydząc się swej niewiedzy. Gdy zapytać Afrykanina, odpowie: „W raju”. Bo właśnie rajem jest ta środkowoafrykańska kraina zamglonych jezior i wulkanicznych gór, szmaragdowych pastwisk, prześlicznych sadów i tak dalej.
W siedemdziesiątym, ostatnim roku życia mego ojca najbardziej zaprzątała myśl, czy więcej dusz udało mu się zbawić czy zniewolić. Jak twierdził, katoliccy misjonarze w Afryce nieuchronnie popadali w konflikt między tym, co byli winni życiu, a tym, co byli winni Rzymowi. Choć jego bracia w kapłańskiej posłudze patrzyli na mnie krzywo, byłem dla niego tym, co winien był życiu. Pogrzeb odprawiliśmy w suahili, bo takie było pragnienie zmarłego, ale gdy przyszło mi odmówić nad grobem Pan moim pasterzem, zrobiłem to, używając własnego przekładu na język szi, ten bowiem język, wszechstronny i pełen wigoru, był przez mego ojca ulubiony spośród wszystkich języków wschodniokongijskich.
Nieślubny zięć-mieszaniec nie najlepiej przyjmuje się na społecznej tkance zamożnych sfer towarzyskich hrabstwa Surrey – rodzice Penelope nie stanowili w tym względzie wyjątku. Gdy dorastałem, pocieszałem się, że wyglądam bardziej na opalonego Irlandczyka niż bladego Murzyna, i że włosy mam proste, a nie kręcone – podstawowa sprawa, gdy chodzi o asymilację. Ale nie udało mi się oszukać ani mamy Penelope, ani innych mam w klubie golfowym. Teściowa umierała za strachu, że córka obdarzy ją czarnym wnukiem; można by przypuszczać, że właśnie dlatego Penelope nie kwapiła się do macierzyństwa. Z perspektywy czasu jestem innego zdania – w końcu Penelope wyszła za mnie między innymi po to, by zaszokować matkę i zagrać na nosie młodszej siostrze.

***

– Mogę otworzyć okno? – zawołałem do Freda, mojego białego kierowcy.
Na wygodnym tylnym siedzeniu mondeo rozkoszowałem się graniczącym z euforią poczuciem wolności.
– A pewnie, kolego – odpowiedział jak rasowy proletariusz, ale moje wyczulone ucho natychmiast wychwyciło akcent porządnej angielskiej szkoły prywatnej.
– Wiesz, dokąd jedziemy, Fred? – zapytałem.
– Na sam koniec South Audley Street. – Uznawszy, że moje pytanie jest wyrazem niepokoju z powodu prędkości, choć wcale tak nie było, dodał: – Nie bój się, dowieziemy cię tam w jednym kawałku.
Nie przestraszyłem się, ale zdziwiłem. Moje spotkania z panem Andersonem odbywały się dotąd w głównej siedzibie jego ministerstwa w White¬hall, w obficie wyłożonym dywanami lochu, do którego dochodziło się przez labirynt ceglanych korytarzy, strzeżonych przez pożółkłych, wyposażonych w krótkofalówki portierów. Na ścianach wisiały retuszowane fotografie żony, córek i spanieli pana Andersona, na przemian z oprawnymi w złote ramki dyplomami uznania dla jego drugiej miłości, czyli Gromady Śpiewaczej z Sevenoaks. To właśnie w tym lochu, gdy już przeszedłem z powodzeniem całą serię „próbnych rozmów kwalifikacyjnych”, przeprowadzonych na powierzchni ziemi przez Komisję Spraw Językowych, na które otrzymywałem poufne listowne wezwania, pan Anderson zaznajomił mnie w całej rozciągłości i majestacie z ustawą o tajemnicy państwowej i licznymi związanymi z nią karami i konsekwencjami – najpierw wygłosił kazanie, które niewątpliwie wygłaszał już setki razy, potem dał mi do podpisu wydruk komputerowy z moim imieniem, nazwiskiem, datą i miejscem urodzenia, i wreszcie zwrócił się do mnie:
– Tylko niech ci się za dużo nie wydaje, synu. Bystry z ciebie chłopak, bystrzejszy od innych, jeżeli to, co mi o tobie mówiono, to prawda. Władasz kupą egzotycznych języków i cieszysz się doskonałą reputacją. Taką, że taka świetna firma, jak nasza, nie może cię nie zauważyć.
Nie byłem pewien, o jaką to świetną firmę mu chodzi, ale przecież już wcześniej poinformował mnie, że jest wysokim urzędnikiem państwowym i że to powinno mi wystarczyć. Nie zapytałem też, które z moich języków uważa za egzotyczne, choć może powinienem był o to zapytać, gdybym był wtedy trochę przytomniejszy, bo czasem szacunek do pewnych ludzi ulatnia się ze mnie bez mojego udziału.
– Ale przez to wcale nie jesteś pępkiem świata, więc niech ci się nie wydaje, że jesteś – ciągnął, nadal odnosząc się do tematu mych kwalifikacji. – Zostajesz asystentem na pół etatu. Niższego stanowiska nie ma. Masz status tajności, ale jesteś na marginesie i pozostaniesz na marginesie, chyba że dostaniesz stały etat. Nie mówię, że na marginesie nie dzieje się nic ciekawego, bo dzieje się. Rozumiesz, co do ciebie mówię, Salvo?
– Chyba tak, proszę pana.
Za często używam zwrotu „proszę pana”. Doskonale o tym wiem. Mówię teraz za często sir, podobnie jak jako dziecko mówiłem za często mzi.
– No to teraz powtórz to, co ci przed chwilą powiedziałem, żebyśmy mieli jasność – zaproponował.
– Że nie mam dać się ponieść. Że nie mam być zbyt… – o mało nie powiedziałem „podniecony”, ale powstrzymałem się w ostatniej chwili. – Zbyt entuzjastyczny.
– Że masz przytłumić w sobie ten rozsadzający cię zapał, synu. Raz na zawsze. Wierzymy w to, co robimy, ale bez nadgorliwości. Masz niezwykły dar, to prawda, ale dla nas odwalać będziesz normalną, nudną robotę, jak dla każdego innego klienta. Różnica polega tylko na tym, że odwalając ją, będziesz myślał o królowej i ojczyźnie, które obaj kochamy tak samo.
Zapewniłem go – cały czas starając się powściągnąć entuzjazm – że miłość do ojczyzny znajduje się na wysokim miejscu listy moich ulubionych rzeczy.
– Owszem, będą inne różnice – mówił dalej. – Po pierwsze, nie będziemy mówili ci za dużo, zanim nie nałożysz słuchawek. Nie będziesz wiedział, kto mówi, do kogo ani gdzie, ani o czym mówią, ani skąd o tym wiemy. Jeżeli tylko się da, nic ci nie powiemy, bo to byłoby niebezpieczne. A gdybyś przypadkiem sam się czegoś domyślił, to dobrze ci radzę, zachowaj to dla siebie. Podpisałeś, Salvo, obowiązuje cię tajemnica państwowa. Spróbuj tylko się wychylić, wylecisz stąd na zbity pysk i do tego z wilczym biletem. A naszego wilczego biletu nie da się pozbyć tak łatwo – dodał z satysfakcją. – A może chcesz podrzeć tę kartkę i zapomnieć, że kiedykolwiek tu byłeś? Ostatnia szansa.
Przełknąłem ślinę.
– Nie, proszę pana. Naprawdę chcę dla pana pracować – powiedziałem najobojętniej, jak mogłem. Uścisnął mi prawicę i uroczyście powitał w, jak to określił, bandzie szlachetnych podsłuchiwaczy.
Od razu przyznam się, że wysiłki pana Andersona, by stłumić mój entuzjazm, okazały się nieskuteczne. Skulony w dźwiękoszczelnej kabinie w pilnie strzeżonym podziemnym bunkrze zwanym Rozmównicą jako jeden z czterdziestu tłumaczy, pod bystrym okiem ugrzecznionego kierownika sekretariatu Barneya, myślałem: I to ma być ta normalna, nudna robota? Dziewczyny w dżinsach przynoszą i odnoszą nam taśmy i transkrypcje, a ja raz podsłuchuję sobie członka Podziemnej Armii Pana z Ugandy, który przez telefon satelitarny w języku aczoli podstępnie zakłada bazę po drugiej stronie granicy, we Wschodnim Kongu; kiedy indziej męczę się, bo w dokach Dar es Salaam panuje nieopisany hałas: skrzypienie dźwigów, krzyki przekupniów, na którym to tle zbrodnicza gromada sympatyków islamskich planuje wwieźć do kraju cały arsenał rakiet przeciwlotniczych jako ciężki sprzęt rolniczy. A tego samego popołudnia jestem jedynym świadkiem – nie naocznym, co prawda, tylko nausznym – targów, jakie trzej skorumpowani oficerowie armii ruandyjskiej toczą z delegacją chińską w sprawie sprzedaży zrabowanych surowców kongijskich. Albo przebijam się przez gwarny ruch uliczny w Nairobi w limuzynie kenijskiego prominenta, który załatwia sobie właśnie potężną łapówkę za to, że pozwoli indyjskiemu wykonawcy położyć na ośmiuset kilometrach nowej drogi nawierzchnię grubości papieru, i to z gwarancją, że droga przetrwa całe dwie pory deszczowe. To nie żadne nudy, proszę pana, to sól ziemi!
Ale nikomu nie okazuję już tego błysku w oku. Nawet Penelope. Gdybyś tylko wiedziała! – myślałem sobie za każdym razem, gdy traktowała mnie jak psa albo gdy jeździła na weekendowe konferencje, na które nie jeździł chyba nikt poza nią, i potem wracała, milcząca i bardzo zadowolona ze swojego konferowania. Gdybyś wiedziała, że twój pozbawiony ambicji mąż-utrzymanek jest na żołdzie wywiadu brytyjskiego!
Ale nie uległem pokusie. Co mi tam doraźne uznanie – ja wypełniam patriotyczny obowiązek. Dla Anglii.
Fred zatrzymał się przy krawężniku i przechylił się do mnie przez fotel. Rozmowa szpiega ze szpiegiem.
– To tu, kolego – mruknął, wskazując głową, ale nie palcem, na wypadek, gdyby ktoś nas obserwował. – Numer 22b, zielone drzwi. Pierwszy od góry przycisk na domofonie. Nazwisko Harlow, tak jak to miasto. Jak ktoś się odezwie, powiedz, że masz paczkę dla Harry’ego.
– Będzie tam Barney? – zapytałem, bo poczułem tremę na myśl o spotkaniu z panem Andersonem sam na sam.
– Barney? A kto to jest Barney?
Przeklinając się w duchu za zadawanie niepotrzebnych pytań, wydostałem się na krawężnik. W bramie było sześć słabo oświetlonych przycisków. Górny miał wyblakły napis „Harlow” – „tak jak to miasto”. Gdy podniosłem dłoń, by zadzwonić, w głowie ścierały mi się dwa obrazy. Pierwszym była głowa Penelope na wysokości rozporka Jurnego Fergusa i jej piersi, wyglądające z nowego żakietu. Drugim – szeroko otwarte, nie śmiące mrugnąć oczy Hannah i jej usta, otwarte w niemej pieśni radości, gdy wyciskała ze mnie ostatnie krople życia na wersalce w swej zakonnej celi.
– Paczka dla Harry’ego – odezwałem się i zobaczyłem, że sezam się otwiera.
Jak dotąd nie opisałem jeszcze wyglądu pana Andersona. Podobnie jak brat Michael, pan Anderson jest stuprocentowym mężczyzną; wysoki, niedźwiedziowaty, rysy twarzy jak lawa, każdy ruch to prawdziwe wydarzenie. Podobnie jak brat Michael jest ojcem dla swych podopiecznych. Można przyjąć, że dobiega sześćdziesiątki, choć na to nie wygląda – z drugiej strony nie wygląda też ani na to, że jeszcze wczoraj był czarującym młodzieńcem, ani na to, że jutro wyciągnie nogi. Jest uosobieniem prawości. To Anglik w każdym calu. Ma moralne uzasadnienie każdego czynu – nawet gdy chodzi tylko o przejście na drugi koniec sali. Można całą wieczność czekać na jeden jego uśmiech, ale gdy już się pojawi, jest się jak w niebie.
Dla mnie jednak cała prawda o każdym człowieku tkwi w jego głosie. Głos pana Andersona ma miarowe tempo, jak to u śpiewaka, doskonale wyważone pauzy, zawsze dla efektu, i dobrze znane tony z wrzosowisk północy. Wielokrotnie mówił mi, że w swej Gromadzie Śpiewaczej w Se¬venoaks jest pierwszym barytonem. Za młodu kusiła go kariera muzyczna, ale bardziej od muzyki ukochał Firmę. Głos pana Andersona zdominował moje wrażenia i teraz, gdy przekroczyłem próg. Miałem niejasną świadomość, że ze środka dobiegają i inne dźwięki, że znajdują się tam też inne osoby. Ale mój wzrok natychmiast skupił się na wyprostowanej sylwetce pana Andersona, który rozmawiał przez telefon komórkowy.
– Zaraz tu będzie, Jack, dziękuję – usłyszałem. Chyba jeszcze nie zorientował się, że stoję o trzy kroki od niego. – Wyślemy go tak szybko, jak się da, Jack, ale nie szybciej. – Pauza. – Dokładnie. Sinclair. – Jego rozmówca nie nazywał się Sinclair. – Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, Jack. – Teraz już patrzył wprost na mnie, choć jeszcze nie dawał znaku, że zauważył moją obecność. – Nie, nie jest nowy. Robił już dla nas to i owo. Możesz mi wierzyć, lepszego nie znajdziesz. Wszystkie języki w małym palcu, profesjonalista, lojalny aż do przesady.
Czy to naprawdę chodzi o mnie: „profesjonalista, lojalny aż do przesady?” Ale opanowałem się. Zgasiłem blask w oku.
– Tylko pamiętaj, Jack, ubezpieczenie ty mu płacisz, nie my. I bardzo proszę, ma być pełna polisa, nagłe zachorowania, repatriacja pierwszym możliwym transportem. My się nie wyłączamy, Jack, będziecie potrzebować, to wam pomożemy. O, chyba już jest. To ty, Salvo?
Wyłączył telefon.
– A teraz uważaj, synu. Musisz bardzo szybko wydorośleć. Bridget da ci ubranie. Piękny ten smoking, szkoda, że musisz go zdjąć. Czyli co, wszystko żonce opowiedziałeś? Że dostałeś tajne zadanie wagi państwowej?
– Ani słowa, proszę pana – odparłem stanowczo. – Miałem nic nie mówić, to nic nie powiedziałem. A smoking kupiłem specjalnie na tę okazję – dodałem, bo Hannah czy nie Hannah, musiałem utrzymać pana Andersona w przekonaniu o mym szczęśliwym pożyciu małżeńskim, oczywiście do czasu, gdy przyjdzie czas, by poinformować go o zmianie sytuacji.
Kobieta, którą nazwał Bridget, stanęła przede mną i przytykając do ust polakierowany paznokieć, obejrzała mnie od stóp do głów. Miała perłowe kolczyki i designerskie dżinsy, i kołysała biodrami w rytm własnych myśli.
– Jaki masz wymiar w pasie, Salvo? Na oko powiedziałabym, że trzydzieści dwa.
– Tak naprawdę trzydzieści.
– A na długość?
– Ostatnim razem, jak patrzyłem, było trzydzieści dwa – odparłem, dostosowując się do jej żartobliwego stylu.
– A numer koszuli?
– Trzydzieści osiem.
Zniknęła w korytarzu. Zdumiała mnie nagła ochota, jaką na nią poczułem, ale zaraz zrozumiałem, że to nawrót pociągu do Hannah.
– Synu, dla odmiany mamy teraz dla ciebie trochę ruchu – oznajmił uroczyście pan Anderson. – Tym razem nie będziesz siedział w wygodnej kabince i bezpiecznie podsłuchiwał z daleka. Tym razem poznasz złych ludzi osobiście i przy okazji pomożesz ojczyźnie. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko występowaniu pod przybranym nazwiskiem? Podobno każdy chce w pewnym momencie życia zostać kimś innym.
– Nie mam nic przeciwko temu, proszę pana. Jeżeli uważa pan, że to konieczne, proszę bardzo. Przed kim tym razem musimy uratować świat? – zapytałem, bo chciałem skryć ogarniające mnie podniecenie pod nonszalancją, ale ku mojemu zdziwieniu pan Anderson potraktował to pytanie bardzo poważnie.
– Czy miałbyś obiekcje, gdybyś wiedział, że będziesz musiał trochę ubrudzić sobie ręce dla słusznej sprawy?
– Myślałem, że już sobie ubrudziłem. No, w pewien sposób – poprawiłem się szybko.
Ale i tak za późno. Pan Anderson zmarszczył brwi. Bardzo cenił sobie etykę działania Rozmównicy, więc podanie jej w wątpliwość, i to przeze mnie, na pewno nie przypadło mu do gustu.
– Salvo, do tej pory wykonywałeś niezbędne, ale czysto obronne zadania na rzecz naszego walczącego kraju. Dziś za to przeniesiesz działania na terytorium wroga. Twoje zadanie nie będzie obronne, tylko… – przez chwilę szukał właściwego słowa. – Tylko aktywne. Czy mam rację, że wyczuwam w tobie niechęć do tej zmiany?
– Ależ skąd, proszę pana. Przecież sam pan powiedział, że to w słusznej sprawie. Zrobię to z przyjemnością.
– Muszę cię jednak uprzedzić, że od chwili, gdy opuścisz ten budynek, rząd Jej Królewskiej Mości nic o tobie nie wie. Jeżeli powinie ci się noga, jeżeli, jak to się mówi, zostaniesz spalony, wyprzemy się ciebie bez skrupułów. Dotarło, synu? Bo coś mi dziś wyglądasz, jakbyś nie wiedział, z czego żyjesz.
– Trafiony, zatopiony, proszę pana – zażartowałem, choć może z pewnym opóźnieniem. – Jakie języki się przydadzą? Jakieś specjalistyczne słownictwo? Może powinienem polecieć do Battersea po jakieś materiały?
Ten pomysł całkiem mu się nie spodobał.
– Dziękuję, Salvo, ale to już decyzja twoich tymczasowych mocodawców. Nie znamy i nie chcemy znać szczegółów ich planu. – Nagle znów się ożywił. – Salvo, nie znasz przypadkiem jakiegoś Briana Sinclaira? – zapytał oskarżycielskim tonem. – Tylko dobrze się zastanów. Sinclair, Brian Sinclair? Tak czy nie?
Zapewniłem go, że nie.
– Bardzo dobrze. Bo od tej chwili i przez następne dwie doby będziesz się nazywał Brian Sinclair. Zwróć uwagę na szczęśliwą zbieżność inicjałów. Gdy wybiera się nazwisko operacyjne, najważniejsze to trzymać się ¬rzeczywistości ¬najbliżej, jak tylko pozwalają warunki operacji. Nie jesteś już Bruno Salvador, jesteś Brian Sinclair, tłumacz wychowany w Afryce Środkowej. Zostałeś wynajęty przez międzynarodowy syndykat zarejestrowany na Wyspach Normandzkich, który postawił sobie za cel promowanie najnowszych technik rolniczych w krajach Trzeciego Świata. Powiedz, czy masz względem tego jakiekolwiek obiekcje.
Nie upadłem na duchu, ale też niespecjalnie się podniosłem. Jego niepokój zaczął udzielać się i mnie.
– Czy ja ich znam, proszę pana?
– Kogo, synu?
– Ten rolniczy syndykat. Bo jeżeli ja nazywam się Sinclair, to on pewnie też ma jakąś nazwę?
Nie widziałem wyrazu twarzy pana Andersona, bo siedział tyłem do światła.
– Salvo, my rozmawiamy o anonimowym syndykacie. Byłoby nielogiczne, gdyby miał nazwę.
– Ale jego dyrekcja ma jakieś nazwiska?
– Twój chwilowy pracodawca nie ma nazwiska, podobnie jak Syndykat nie ma nazwy – ofuknął mnie pan Anderson, ale zaraz się uspokoił. – Tobą zajmować się będzie niejaki Maxie. Nie wiem tylko, czy już ci za dużo nie powiedziałem. Bardzo proszę, pod żadnym pozorem nie zdradź, że usłyszałeś to imię ode mnie.
– To nazwisko czy imię, proszę pana? – zapytałem. – Bo skoro mam się narażać…
– Wystarczy po prostu Maxie, Salvo. Dość tego. We wszelkich sprawach związanych z tą nadzwyczajną operacją jesteś odpowiedzialny przed Maxiem, chyba że otrzymasz inne polecenie.
– Czy mogę mu ufać, proszę pana?
Szarpnął podbródkiem w górę. W pierwszej chwili na pewno chciał powiedzieć, że każda osoba, o której mówi, musi być z definicji godna zaufania. Ale potem popatrzył na mnie i złagodniał.
– Na podstawie posiadanych informacji uważam, że możesz spokojnie pokładać w Maxiem najwyższą ufność. Z tego, co mi mówiono, to geniusz w swojej dziedzinie. Podobnie jak ty w swojej, Salvo. Podobnie jak ty.
– Dziękuję panu. – Ale moje profesjonalne ucho wychwyciło w jego głosie lekkie wahanie: – A komu podlega Maxie? Podczas tej nadzwyczajnej operacji, chyba że otrzyma inne polecenie? – Tu spojrzał na mnie tak surowo, że sformułowałem pytanie inaczej: – No bo przecież wszyscy komuś podlegamy, prawda? Nawet pan.
Przyparty do muru, pan Anderson ma zwyczaj pochylać głowę do przodu, jak zwierzę gotujące się do ataku.
– Z tego, co wiem, jest jeszcze jakiś Philip – odparł niechętnie – choć, z tego, co wiem, czasem woli, by nazywać go z francuska Philippe. – Pomimo swego wielojęzycznego powołania pan Anderson zawsze uważał, że wszystkim powinien wystarczyć angielski. – Ty jesteś pod Maxiem, a Maxie jest pod Philipem. Zadowolony?
– A czy Philip ma jakiś stopień, proszę pana?
Tym razem odpowiedź była szybka i stanowcza:
– Nie, nie ma. Philip jest konsultantem. Nie ma stopnia, nie jest członkiem żadnej z oficjalnych służb. Bridget, daj panu Sinclairowi jego karty wizytowe.
Bridget wręczyła mi plastikową torebkę. Wyjąłem z niej cienką wizytówkę. Brian S. Sinclair, tłumacz - dyplomowany, adres: skrytka pocztowa w Brixton, nieznany mi numer telefonu, faksu i e-mail.
– Co oznacza to S?
– Co tylko chcesz – odpowiedział wspaniałomyślnie pan Anderson. – Wybierz sobie jakieś imię, tylko się go potem trzymaj.
– Ale poza tym jestem tą samą osobą.
Moja natarczywość wystawiała cierpliwość pana Andersona na najcięższą próbę.
– Jesteś tą samą osobą, Salvo, tylko że przeniesioną w inne okoliczności. Skoro jesteś żonaty, dalej bądź żonaty. Jeżeli masz w Bournemouth ukochaną babcię, możesz ją dalej mieć z naszym błogosławieństwem. Sam pan Sinclair będzie nie do wyśledzenia, a po zakończeniu operacji okaże się, że nigdy nie istniał. Chyba już nie da się mówić jaśniej, prawda? To całkiem normalna sytuacja, synu, tylko dla ciebie akurat nowa.
Urwał. Spojrzałem mu w oczy i uświadomiłem sobie, że nie widzi przed sobą Salva, wyrwanego z przyjęcia światowca, ale śniadego chłopca z misji, w za szerokich spodniach i coraz bardziej cisnących butach, wszystko z Armii Zbawienia. Widok ten najwyraźniej go wzruszył.
– Salvo.
– Słucham, proszę pana.
– Musisz być twardy, synu. Jak to się zacznie, będziesz musiał żyć w nieprawdzie.
– Już mi pan mówił. Nie przeszkadza mi to. Jestem gotowy. (…)

Do kolekcji

Klienci, którzy kupili ten produkt, wybierali również

Książki
Cena: 17,49 zł
Książki
Cena: 54,49 zł
Książki
Cena: 22,49 zł
Książki
Cena: 32,49 zł
Książki
Cena: 41,49 zł

Empiklopedia

Carre John Le
Carre John Le
Właściwie David John Moore Cornwell - autor realistycznych powieści szpiegowskich.Studiował na Uniwersytecie w Bernie, czego reminiscencje można znaleźć w powieści Szpieg... >>>

Recenzje użytkowników

Brak recenzji użytkowników
.

Szczegółowe dane produktu

Wydawca: Wydawnictwo Amber
Ilość stron: 248
Numer Wydania: 0
ISBN: 978-83-241-2754-2
EAN: 9788324127542
Indeks: 69600760
Tłumaczenie: RYBICKI JAN (TŁ)
Słowa kluczowe
brak tagów dla tego produktu
.