produkt niedostępny
Autor:
Wydawca: Wydawnictwo Czarne
Okładka: miękka
Data premiery: 2011-11-04
Inne wydania: Cena:
okładka miękka
  • Opis
  • do góry

    Opis

    W 2008 roku w Brixton młody włoski artysta znalazł na śmietniku trzy tysiące czarno-białych fotografii. Bez podpisów, bez dat, niewiadomego autorstwa. Wygląd fotografowanych osób wskazywał, że zdjęcia zostały zrobione w latach pięćdziesiątych XX wieku. Były tam damy w strojach wieczorowych, urzędnicy w garniturach, panny młode, księża, dzieci, aktorzy amatorskiej sceny. Tak oto zaczyna się niezwykła opowieść o polskich emigrantach, rozbitkach z otoczenia Władysława Andersa, dla których nie było miejsca w nowej Polsce. O ludziach, dla których życie na obczyźnie było bolesnym zderzeniem ze zhierarchizowanym społeczeństwem brytyjskim i z brytyjskimi władzami. O wielkiej polityce, która mieszała się z osobistymi dramatami. O drobiazgowych przygotowaniach do III wojny światowej. O trudnościach życia codziennego. O samotności i nieudanych małżeństwach polsko-polskich i polsko-brytyjskich. O permanentnym konflikcie: politycznym, międzypokoleniowym, religijnym. O planach osadzenia na polskim tronie brytyjskiego księcia. O rozczarowaniu w 1989 roku.

  • Przeczytaj fragment
  • do góry

    Przeczytaj fragment

    Zagubieni, znalezieni, zagubieni

    Lato 1998. Brixton
    Jean-Marc,
    kurier rowerowy w średnim wieku, przeciął ulicę
    Brixton Hill i stanął przy wielkim śmietniku. Od razu wydał
    mu się obiecujący: spomiędzy kawałków gruzu wystawały
    fragmenty mebli, szmat i starych gazet. W dwóch skrzynkach
    na warzywa zobaczył pożółkłe fotografie. Bez zastanowienia
    załadował je na kurierski rower. Śmieci, gazety, stare monety
    i niepotrzebne zdjęcia odgrywały ważną rolę w życiu artystycznym
    Jeana-Marca.
    Porzucone rekwizyty cudzego życia
    złożone w atrakcyjne instalacje przysparzały mu pewnej sławy
    w północnym Londynie. Na razie, niestety, nie przysparzały
    pieniędzy. Wieczorem obejrzał fotografie. Dziewczynki w białych
    sukienkach paradowały przed blaszanymi barakami albo
    tańczyły w ludowych strojach. Eleganccy mężczyźni na bankietach.
    Domowe prywatki, potańcówki albo wakacje nad morzem.
    Na kilku był stempel: JAN MARKIEWICZ, 67 GAYVILLE
    ROAD, LONDON SW11, 1953. Europa Wschodnia, powiedział
    do siebie artysta konceptualny i zniósł paczki do piwnicy.
    W ogóle go nie inspirowały.
    2008. New Cross
    Nicole była aktorką, ale na razie uczyła w podstawówce. Miała
    trzydzieści trzy lata, mieszkała w północnym Londynie, który
    ją frustrował. Więzi sąsiedzkie umarły, mówiła, głównie dlatego
    że nie znała żadnego sąsiada ze swojej ulicy, z wyjątkiem
    Marii, sympatycznej nimfomanki, która, rzecz jasna, nie miała
    problemów z towarzystwem. Po południu zapukała z informacją,
    że mężczyzna z naprzeciwka planuje przyjęcie dla znajomych
    z sąsiedztwa. Gospodarz nazywał się Jean-Marc
    i potrafił
    słuchać. Więc Nicole opowiedziała mu swoje historie. Na przykład
    tę o mamie, która nie umiała zagrzać miejsca, a kolejni
    mężowie coraz mniej podobali się Nicole. Mama miała też
    nieznośne poczucie wyższości. Kiedy przyjeżdżała do Londynu
    w odwiedziny, lubiła na głos komentować wygląd ludzi
    w autobusie. Wydawało się jej, że jest bezkarna, bo mówiła po
    polsku. Aż któregoś dnia starsza osoba odwróciła
    się i odpowiedziała,
    żeby przestała, bo jej przykro.
    – Matka Polka? – zapytał Jean-Marc
    i poczuł się zainspirowany.
    Wyniósł zakurzone pudełka. Leżały w piwnicy dziesięć lat
    2008. Gęsi
    Poczuła zazdrość. Ludzie na fotografiach wyglądali na pełnych
    życia i nie sprawiali wrażenia, że człowiek interesuje się
    już tylko sobą samym. Na pierwszy rzut oka mieli więc lepszą
    niż ona sytuację życiową. Nie miała pojęcia, kim byli, dopóki
    na jednej z fotografii nie zobaczyła dwójki dzieci przebranych
    do szkolnego przedstawienia, pozujących zapewne z dumnym
    tatą. Na pierwszym planie stały gęsi wycięte z drewna i wyposażone
    w kółka, żeby mogły sprawniej wjeżdżać na scenę.
    Poznała te gęsi. Stały w sali teatralnej polskiego Klubu Orła
    w dzielnicy Balham, gdzie mieściła się szkoła sobotnia, do której
    dwadzieścia pięć lat temu posłała ją matka. Występowała
    w tych samych dekoracjach. Gdy tylko matka wyjechała z Anglii
    z następnym mężem, Nicole przestała mówić po polsku
    i przebierać się za krakowiankę. Teraz o Polakach codziennie
    czytała w gazetach, które grzmiały o barbarzyńskiej hordzie
    najeźdźców. Tłum liczył milion emigrantów i straszył drenażem
    rynku pracy. Nawet dobrze się złożyło, bo w związku
    z tłumem za rogiem w New Cross wyrosła redakcja polskiego
    tygodnika, który mógł teraz pomóc Nicole dowiedzieć się
    więcej o szczęściarzach z fotografii. Gazeta „Nowy Czas” wy-
    wydrukowała
    kilka zdjęć i apel do potomków fotografa. Pan F.,
    kupując kiełbasę w dzielnicy Ealing, rozpoznał zdjęcie małej
    Teresy Stołągiewicz w za dużych majtkach i jej siostry Aleksandry
    siedzącej w blaszanej wanience. Zrobił je świętej pamięci
    Janek Markiewicz, kolega, fotograf z Kensingtonu, tata
    dziewczynek z fotografii.
    1913. Jan Markiewicz
    Studiował prawo we Lwowie, byłby zdolnym urzędnikiem.
    W 1938 roku Bank Gospodarstwa Krajowego w Warszawie
    zaproponował mu pracę dietariusza i zaraz przyznał podwyżkę.
    Niestety, 4 września następnego roku go zmobilizowano
    i skierowano do piechoty, walczył w 6. Pułku Dywizji
    Strzelców Pieszych. Oddział wycofał się na południe i został
    internowany w Rumunii. Jan Markiewicz przez Francję
    i Szwajcarię dotarł do Southampton i Londynu. Zamieszkał
    z pięcioma kolegami z wojska w wynajętym pokoju. Poszedł
    na potańcówkę, gdzie zobaczył Krystynę, którą pamiętał ze
    Lwowa. Właśnie przyjechała z matką z obozu w Tanganice.
    Zakochał się i szybko ożenił. Czterech braci Krystyny też trafiło
    do Londynu, jeden, poliglota, do brytyjskich służb specjalnych,
    więc wcześniej niż innych stać go było na kupno domu.
    Na Gayville Road ściągnął całą rodzinę. Ponieważ dyplom
    prawniczy nic już nie znaczył, Jan został fotografem. Polacy
    żenili się wtedy na potęgę, rodziły się dzieci, dorośli chcieli
    się bawić, emigracyjni politycy obchodzili uroczyste rocznice.
    Wszyscy potrzebowali pamiątkowych fotografii, więc Jan szybko
    odniósł sukces. Lubili go generał Władysław Anders, głowa
    polskiej emigracji, oraz malarz Feliks Topolski, którego obrazy
    też fotografował. W 1964 roku w ramach wdzięczności za
    zdjęcia generał awansował go do stopnia kapitana. Większość
    polskich rodzin miała wtedy „markiewicze” nad kominkiem,
    ale on nie przywiązywał do nich wagi, zapominał je i gubił.
    W 1949 roku urodziła mu się córka Aleksandra, niecałe dwa
    lata później Teresa.
    2011. Teresa i Aleksandra
    Na starym zdjęciu Teresa tańczy w stroju krakowskim w polskiej
    szkole sobotniej przy Nightingale Lane. Na innym podnosi
    ją do góry sam Tomasz Arciszewski, premier rządu na
    uchodźstwie, założyciel szkoły. Aleksandrę w wannie szoruje
    babcia Małgorzata.
    Siostry zostały nauczycielkami, mówią śpiewnie, podpierając
    się angielszczyzną. Tak więc: rodzice z godnością zaczęli
    angielskie życie. Ich Lwowa już zresztą nie było. Tata nie mówił,
    czy jest szczęśliwy, czy nie. A one nigdy nie pytały. Rodzice
    żyli cicho, wśród przyjaciół z Polski. Było ich pięciu: Karpeta,
    Kolenda, Markiewicz, Mossakowski, Wilk. Umarli w kolejności
    alfabetycznej. Po niedzielnej mszy szli do kawiarni i rozmawiali
    o polityce. O bad guys w Moskwie zazwyczaj. Mama
    była towarzyska i jej nie wystarczały pokościelne spotkania
    z polityką w tle. Chciała tańczyć, a ojciec te wszystkie polonijne
    potańcówki obfotografowywał i się nudził. Na obiad jedli zupy,
    barszcz i pierogi, i w tym różnili się od Anglików. Wyróżniało
    ich nazwisko, ale kiedy do Anglii zjechali czarnoskórzy z Karaibów,
    nawet nazwisko nie robiło już wrażenia. Więc spokój
    i harmonia.
    Z wyjątkiem roku 1965. W lipcu nad dachami domów
    w dzielnicy
    zaczęły nagle latać helikoptery, a po podwórkach
    biegali policjanci. Wieczorem w telewizji powiedzieli, że z więzienia
    w Wandsworth, cztery ulice od ich domu, uciekł Ronnie
    Biggs. U Markiewiczów szukali bohatera napadu stulecia*!
    W grudniu siostry zaczepił patrol policji, gdy szły w nocy na
    piechotę do zachodniej dzielnicy Hammersmith. Chciały stanąć
    w kolejce po bilety na koncert Beatlesów. Czuć było w powietrzu,
    że to będzie ostatnia trasa Beatlesów w Anglii. Nawet
    policjanci zrozumieli powagę sytuacji.
    Mąż Teresy, nauczycielki w prywatnej szkole dla dziewcząt,
    jest Polakiem i nazywa się Andrew Stołągiewicz. Jego rodzice
    nie lubili polskich spotkań klubowych. Zrazili się do generałów,
    którzy w klubach towarzyskich odtwarzali przedwojenne koterie.
    Tata Andrzeja był przed wojną dyrektorem biura Warszawskiego
    Stoczni Gdańskiej, a w Londynie nie dostał stypendium
    na naukę języka. Dostał je znajomy wojskowego. Tata został
    malarzem pokojowym i do końca życia odczuwał żal. Dwójka
    dorosłych dzieci Andrew i Teresy to Andrew junior i Natalie.
    Czasem mają pretensje, że rodzice nie uczyli ich polskiego.
    Niestety w Ascot, gdzie mieszkają, nie ma szkoły sobotniej.
    Były mąż Aleksandry Ressort, która uczy w prestiżowej London
    Oratory School, był Francuzem. Cztery lata wytrzymała
    z nim we Francji, a potem wróciła z córką Stephanie, która
    teraz zaczęła karierę w Australii. Obie żałują, że zostawiły
    sobie francuskie nazwisko.
    Tata Markiewicz umarł w 1990 roku. Przed śmiercią prawie
    się nie ruszał. Ostatnie cztery lata doglądała go pani Zosia
    z Polski. Wyjadała banany z patery w salonie, w Polsce jeszcze
    ich nie było. Kiedy wracała do siebie, pod Warszawę, zabrała
    reklamówkę tropikalnych owoców. Przecież gdyby poprosiła,
    kupiliby jej w prezencie.
    Odnalezione zdjęcia zmobilizowały ich wreszcie do zajrzenia
    do rodzinnych kartonów z pamiątkami, które kurzyły się
    od przeprowadzki na Sudbroke Road. Były tam polskie dokumenty,
    które trudno im było czytać. Aleksandra wyjęła zaświadczenie
    o rejestracji numer A221347. Zgodnie z rozkazem
    o obcokrajowcach z 1920 roku musiał je okazywać władzom
    każdy zdemobilizowany nieangielski żołnierz. Do tekturowej
    książeczki urzędnicy wpisywali nazwiska świeżo poślubionych
    żon, nowo narodzone dzieci oraz adresy kolejnych miejsc pracy.
    Za każdym razem zdemobilizowany musiał prosić o zgodę.
    Pierwszy wpis w książeczce Markiewicza to potwierdzona
    przez policję metropolitarną informacja o ślubie z Krystyną
    Godowską w 1948 roku, drugi wpis – przeprowadzka na
    Gayville Road. Trzeci wpis – to zgoda policyjna na pracę w zakładzie
    fotograficznym Stockwell Photo Service Ltd. przy ulicy
    St. Michael numer 2. Datowana na lipiec 1950 roku. Ulica
    St. Michael to miejsce, gdzie Jean-Marc
    znalazł zdjęcia. Tato
    nigdy o tej pracy nie mówił.
    Chris
    Chris jest z zawodu doradcą personalnym i najmłodszym dzieckiem
    Jana Markiewicza. Pomaga wypalonym bankierom i firmom
    na zakręcie. Dobrze rozumie tatę. Jeszcze przed emeryturą
    upominał ich, żeby nie trzymali pamiątek. Nie lubił
    łzawego roztkliwiania.
    Chrisa Markiewicza nie ma na zdjęciach, bo urodził się
    w 1956 roku. Zdjęć z tamtego okresu nie znaleziono jeszcze
    na żadnym śmietniku.
    PS
    Nicole skopiowała niektóre zdjęcia u Jeana-Marca
    i ma je do
    dziś w swym domowym archiwum. Niektóre udostępniła na
    potrzeby tej książki. Oryginały zabrał artysta. Nie odpowiada
    na żadne anonse. Nicole zastanawia się, czy kiedyś będą dla
    niego inspiracją.
    Odnalezione zdjęcia Markiewicza oglądała przez przypadek
    para bardzo starych turystów z Ameryki. Nicole zauważyła, jak
    bezwiednie chwycili się za ręce.
    (...)

    do góry

    Recenzje

    Napisz recenzję Przeczytaj wszystkie 2
  • Recenzje Napisz recenzję
  • Ekspert empiku poleca
    Czy ta recenzja była przydatna?
    tak nie
    Ekspert Empiku 05 lipca 2013
    To kolejne, uzupełnione wydanie książki, w której opisane historie dotyczą głównie polskiej elity żyjącej w czasie II wojny światowej w Anglii. Autorka w oryginalny sposób rozpoczyna swoje reportaże i zamieszcza nawet poradnik dla emigrantów (zachowany z tamtych czasów). Winnicka nie koloryzuje i nie wybiela Polaków, lecz spisuje prawdę, która wzrusza, a czasami boli i chwyta za serce. Jak się żyło Polakom w obcym kraju? Czym się tam zajmowali? Czy założyli rodziny i odnaleźli szczęście? Na te i inne pytania autorka odpowiada w swojej książce, którą czyta się dosłownie jednym tchem. Warto.
    Wojciech Iwaszczuk, Empik Białystok
    Generałowie, którzy zmywali naczynia
    • 5
    Czy ta recenzja była przydatna?
    tak nie
    alex_laskowska 15 stycznia 2012
    Przeczytałam jednym tchem. Książka doskonale obrazuje tęsknote za krajem oraz beznadzieje zycia powojennej emigracji i generałów, którzy walczyli o Polskę, a później zmywali naczynia w angielskich hotelach, żeby przeżyć. Rozdział poświęcony historii skarbu państwa na emgiracji to przykra prawda o polskiej mentalności, która nie pozwala nam dojść do porozumienia dla dobra narodu, w kraju, czy poza nim...
    zwiń
    Zamknij
    Dziękujemy za dodanie recenzji
    Podziel się na Facebooku
    Londyńczycy - Winnicka Ewa
    Londyńczycy
    W 2008 roku w Brixton młody włoski artysta znalazł na śmietniku trzy tysiące czarno-białych fotografii. Bez podpisów, bez dat, niewiadomego autorstwa. Wygląd fotografowanych osób wskazywał, że zdjęcia zostały zrobione w latach pięćdziesiątych XX wieku. Były tam damy w strojach wieczorowych, ...
    Zamknij
    Napisz recenzję i oceń produkt
    Oceń produkt:
    Tytuł: * pole wymagane
     
    Recenzja: ** minimum 50 znaków
     
    W przypadku naruszenia Regulaminu Twój wpis zostanie usunięty.
    * pole wymagane
    ** minimum 50 znaków
    Napisz recenzję i wygraj 100 zł na zakupy w empik.com! Szczegóły konkursu, regulamin oraz zwycięzców z poprzedniego miesiąca znajdziesz TUTAJ.
  • Dane szczegółowe:
  • do góry

    Dane szczegółowe:

    Tytuł: Londyńczycy
    Autor:
    Wydawca: Wydawnictwo Czarne
    Numer wydania: I
    Data premiery: 2011-11-04
    Język wydania: polski
    Język oryginału: polski
    Ilość stron: 208
    Rok wydania: 2011
    Forma: książka
    Indeks: 10767658