Zagubieni, znalezieni, zagubieni

Lato 1998. Brixton
Jean-Marc,
kurier rowerowy w średnim wieku, przeciął ulicę
Brixton Hill i stanął przy wielkim śmietniku. Od razu wydał
mu się obiecujący: spomiędzy kawałków gruzu wystawały
fragmenty mebli, szmat i starych gazet. W dwóch skrzynkach
na warzywa zobaczył pożółkłe fotografie. Bez zastanowienia
załadował je na kurierski rower. Śmieci, gazety, stare monety
i niepotrzebne zdjęcia odgrywały ważną rolę w życiu artystycznym
Jeana-Marca.
Porzucone rekwizyty cudzego życia
złożone w atrakcyjne instalacje przysparzały mu pewnej sławy
w północnym Londynie. Na razie, niestety, nie przysparzały
pieniędzy. Wieczorem obejrzał fotografie. Dziewczynki w białych
sukienkach paradowały przed blaszanymi barakami albo
tańczyły w ludowych strojach. Eleganccy mężczyźni na bankietach.
Domowe prywatki, potańcówki albo wakacje nad morzem.
Na kilku był stempel: JAN MARKIEWICZ, 67 GAYVILLE
ROAD, LONDON SW11, 1953. Europa Wschodnia, powiedział
do siebie artysta konceptualny i zniósł paczki do piwnicy.
W ogóle go nie inspirowały.
2008. New Cross
Nicole była aktorką, ale na razie uczyła w podstawówce. Miała
trzydzieści trzy lata, mieszkała w północnym Londynie, który
ją frustrował. Więzi sąsiedzkie umarły, mówiła, głównie dlatego
że nie znała żadnego sąsiada ze swojej ulicy, z wyjątkiem
Marii, sympatycznej nimfomanki, która, rzecz jasna, nie miała
problemów z towarzystwem. Po południu zapukała z informacją,
że mężczyzna z naprzeciwka planuje przyjęcie dla znajomych
z sąsiedztwa. Gospodarz nazywał się Jean-Marc
i potrafił
słuchać. Więc Nicole opowiedziała mu swoje historie. Na przykład
tę o mamie, która nie umiała zagrzać miejsca, a kolejni
mężowie coraz mniej podobali się Nicole. Mama miała też
nieznośne poczucie wyższości. Kiedy przyjeżdżała do Londynu
w odwiedziny, lubiła na głos komentować wygląd ludzi
w autobusie. Wydawało się jej, że jest bezkarna, bo mówiła po
polsku. Aż któregoś dnia starsza osoba odwróciła
się i odpowiedziała,
żeby przestała, bo jej przykro.
– Matka Polka? – zapytał Jean-Marc
i poczuł się zainspirowany.
Wyniósł zakurzone pudełka. Leżały w piwnicy dziesięć lat
2008. Gęsi
Poczuła zazdrość. Ludzie na fotografiach wyglądali na pełnych
życia i nie sprawiali wrażenia, że człowiek interesuje się
już tylko sobą samym. Na pierwszy rzut oka mieli więc lepszą
niż ona sytuację życiową. Nie miała pojęcia, kim byli, dopóki
na jednej z fotografii nie zobaczyła dwójki dzieci przebranych
do szkolnego przedstawienia, pozujących zapewne z dumnym
tatą. Na pierwszym planie stały gęsi wycięte z drewna i wyposażone
w kółka, żeby mogły sprawniej wjeżdżać na scenę.
Poznała te gęsi. Stały w sali teatralnej polskiego Klubu Orła
w dzielnicy Balham, gdzie mieściła się szkoła sobotnia, do której
dwadzieścia pięć lat temu posłała ją matka. Występowała
w tych samych dekoracjach. Gdy tylko matka wyjechała z Anglii
z następnym mężem, Nicole przestała mówić po polsku
i przebierać się za krakowiankę. Teraz o Polakach codziennie
czytała w gazetach, które grzmiały o barbarzyńskiej hordzie
najeźdźców. Tłum liczył milion emigrantów i straszył drenażem
rynku pracy. Nawet dobrze się złożyło, bo w związku
z tłumem za rogiem w New Cross wyrosła redakcja polskiego
tygodnika, który mógł teraz pomóc Nicole dowiedzieć się
więcej o szczęściarzach z fotografii. Gazeta „Nowy Czas” wy-
wydrukowała
kilka zdjęć i apel do potomków fotografa. Pan F.,
kupując kiełbasę w dzielnicy Ealing, rozpoznał zdjęcie małej
Teresy Stołągiewicz w za dużych majtkach i jej siostry Aleksandry
siedzącej w blaszanej wanience. Zrobił je świętej pamięci
Janek Markiewicz, kolega, fotograf z Kensingtonu, tata
dziewczynek z fotografii.
1913. Jan Markiewicz
Studiował prawo we Lwowie, byłby zdolnym urzędnikiem.
W 1938 roku Bank Gospodarstwa Krajowego w Warszawie
zaproponował mu pracę dietariusza i zaraz przyznał podwyżkę.
Niestety, 4 września następnego roku go zmobilizowano
i skierowano do piechoty, walczył w 6. Pułku Dywizji
Strzelców Pieszych. Oddział wycofał się na południe i został
internowany w Rumunii. Jan Markiewicz przez Francję
i Szwajcarię dotarł do Southampton i Londynu. Zamieszkał
z pięcioma kolegami z wojska w wynajętym pokoju. Poszedł
na potańcówkę, gdzie zobaczył Krystynę, którą pamiętał ze
Lwowa. Właśnie przyjechała z matką z obozu w Tanganice.
Zakochał się i szybko ożenił. Czterech braci Krystyny też trafiło
do Londynu, jeden, poliglota, do brytyjskich służb specjalnych,
więc wcześniej niż innych stać go było na kupno domu.
Na Gayville Road ściągnął całą rodzinę. Ponieważ dyplom
prawniczy nic już nie znaczył, Jan został fotografem. Polacy
żenili się wtedy na potęgę, rodziły się dzieci, dorośli chcieli
się bawić, emigracyjni politycy obchodzili uroczyste rocznice.
Wszyscy potrzebowali pamiątkowych fotografii, więc Jan szybko
odniósł sukces. Lubili go generał Władysław Anders, głowa
polskiej emigracji, oraz malarz Feliks Topolski, którego obrazy
też fotografował. W 1964 roku w ramach wdzięczności za
zdjęcia generał awansował go do stopnia kapitana. Większość
polskich rodzin miała wtedy „markiewicze” nad kominkiem,
ale on nie przywiązywał do nich wagi, zapominał je i gubił.
W 1949 roku urodziła mu się córka Aleksandra, niecałe dwa
lata później Teresa.
2011. Teresa i Aleksandra
Na starym zdjęciu Teresa tańczy w stroju krakowskim w polskiej
szkole sobotniej przy Nightingale Lane. Na innym podnosi
ją do góry sam Tomasz Arciszewski, premier rządu na
uchodźstwie, założyciel szkoły. Aleksandrę w wannie szoruje
babcia Małgorzata.
Siostry zostały nauczycielkami, mówią śpiewnie, podpierając
się angielszczyzną. Tak więc: rodzice z godnością zaczęli
angielskie życie. Ich Lwowa już zresztą nie było. Tata nie mówił,
czy jest szczęśliwy, czy nie. A one nigdy nie pytały. Rodzice
żyli cicho, wśród przyjaciół z Polski. Było ich pięciu: Karpeta,
Kolenda, Markiewicz, Mossakowski, Wilk. Umarli w kolejności
alfabetycznej. Po niedzielnej mszy szli do kawiarni i rozmawiali
o polityce. O bad guys w Moskwie zazwyczaj. Mama
była towarzyska i jej nie wystarczały pokościelne spotkania
z polityką w tle. Chciała tańczyć, a ojciec te wszystkie polonijne
potańcówki obfotografowywał i się nudził. Na obiad jedli zupy,
barszcz i pierogi, i w tym różnili się od Anglików. Wyróżniało
ich nazwisko, ale kiedy do Anglii zjechali czarnoskórzy z Karaibów,
nawet nazwisko nie robiło już wrażenia. Więc spokój
i harmonia.
Z wyjątkiem roku 1965. W lipcu nad dachami domów
w dzielnicy
zaczęły nagle latać helikoptery, a po podwórkach
biegali policjanci. Wieczorem w telewizji powiedzieli, że z więzienia
w Wandsworth, cztery ulice od ich domu, uciekł Ronnie
Biggs. U Markiewiczów szukali bohatera napadu stulecia*!
W grudniu siostry zaczepił patrol policji, gdy szły w nocy na
piechotę do zachodniej dzielnicy Hammersmith. Chciały stanąć
w kolejce po bilety na koncert Beatlesów. Czuć było w powietrzu,
że to będzie ostatnia trasa Beatlesów w Anglii. Nawet
policjanci zrozumieli powagę sytuacji.
Mąż Teresy, nauczycielki w prywatnej szkole dla dziewcząt,
jest Polakiem i nazywa się Andrew Stołągiewicz. Jego rodzice
nie lubili polskich spotkań klubowych. Zrazili się do generałów,
którzy w klubach towarzyskich odtwarzali przedwojenne koterie.
Tata Andrzeja był przed wojną dyrektorem biura Warszawskiego
Stoczni Gdańskiej, a w Londynie nie dostał stypendium
na naukę języka. Dostał je znajomy wojskowego. Tata został
malarzem pokojowym i do końca życia odczuwał żal. Dwójka
dorosłych dzieci Andrew i Teresy to Andrew junior i Natalie.
Czasem mają pretensje, że rodzice nie uczyli ich polskiego.
Niestety w Ascot, gdzie mieszkają, nie ma szkoły sobotniej.
Były mąż Aleksandry Ressort, która uczy w prestiżowej London
Oratory School, był Francuzem. Cztery lata wytrzymała
z nim we Francji, a potem wróciła z córką Stephanie, która
teraz zaczęła karierę w Australii. Obie żałują, że zostawiły
sobie francuskie nazwisko.
Tata Markiewicz umarł w 1990 roku. Przed śmiercią prawie
się nie ruszał. Ostatnie cztery lata doglądała go pani Zosia
z Polski. Wyjadała banany z patery w salonie, w Polsce jeszcze
ich nie było. Kiedy wracała do siebie, pod Warszawę, zabrała
reklamówkę tropikalnych owoców. Przecież gdyby poprosiła,
kupiliby jej w prezencie.
Odnalezione zdjęcia zmobilizowały ich wreszcie do zajrzenia
do rodzinnych kartonów z pamiątkami, które kurzyły się
od przeprowadzki na Sudbroke Road. Były tam polskie dokumenty,
które trudno im było czytać. Aleksandra wyjęła zaświadczenie
o rejestracji numer A221347. Zgodnie z rozkazem
o obcokrajowcach z 1920 roku musiał je okazywać władzom
każdy zdemobilizowany nieangielski żołnierz. Do tekturowej
książeczki urzędnicy wpisywali nazwiska świeżo poślubionych
żon, nowo narodzone dzieci oraz adresy kolejnych miejsc pracy.
Za każdym razem zdemobilizowany musiał prosić o zgodę.
Pierwszy wpis w książeczce Markiewicza to potwierdzona
przez policję metropolitarną informacja o ślubie z Krystyną
Godowską w 1948 roku, drugi wpis – przeprowadzka na
Gayville Road. Trzeci wpis – to zgoda policyjna na pracę w zakładzie
fotograficznym Stockwell Photo Service Ltd. przy ulicy
St. Michael numer 2. Datowana na lipiec 1950 roku. Ulica
St. Michael to miejsce, gdzie Jean-Marc
znalazł zdjęcia. Tato
nigdy o tej pracy nie mówił.
Chris
Chris jest z zawodu doradcą personalnym i najmłodszym dzieckiem
Jana Markiewicza. Pomaga wypalonym bankierom i firmom
na zakręcie. Dobrze rozumie tatę. Jeszcze przed emeryturą
upominał ich, żeby nie trzymali pamiątek. Nie lubił
łzawego roztkliwiania.
Chrisa Markiewicza nie ma na zdjęciach, bo urodził się
w 1956 roku. Zdjęć z tamtego okresu nie znaleziono jeszcze
na żadnym śmietniku.
PS
Nicole skopiowała niektóre zdjęcia u Jeana-Marca
i ma je do
dziś w swym domowym archiwum. Niektóre udostępniła na
potrzeby tej książki. Oryginały zabrał artysta. Nie odpowiada
na żadne anonse. Nicole zastanawia się, czy kiedyś będą dla
niego inspiracją.
Odnalezione zdjęcia Markiewicza oglądała przez przypadek
para bardzo starych turystów z Ameryki. Nicole zauważyła, jak
bezwiednie chwycili się za ręce.
(...)

Londyńczycy

(okładka miękka)

Autor:
Wydawca: Wydawnictwo Czarne
Data premiery: 2011-11-04
Inne wydania: Cena:
okładka miękka

Produkt niedostępny

lub

  • Opis
  • do góry

    Opis

    W 2008 roku w Brixton młody włoski artysta znalazł na śmietniku trzy tysiące czarno-białych fotografii. Bez podpisów, bez dat, niewiadomego autorstwa. Wygląd fotografowanych osób wskazywał, że zdjęcia zostały zrobione w latach pięćdziesiątych XX wieku. Były tam damy w strojach wieczorowych, urzędnicy w garniturach, panny młode, księża, dzieci, aktorzy amatorskiej sceny. Tak oto zaczyna się niezwykła opowieść o polskich emigrantach, rozbitkach z otoczenia Władysława Andersa, dla których nie było miejsca w nowej Polsce. O ludziach, dla których życie na obczyźnie było bolesnym zderzeniem ze zhierarchizowanym społeczeństwem brytyjskim i z brytyjskimi władzami. O wielkiej polityce, która mieszała się z osobistymi dramatami. O drobiazgowych przygotowaniach do III wojny światowej. O trudnościach życia codziennego. O samotności i nieudanych małżeństwach polsko-polskich i polsko-brytyjskich. O permanentnym konflikcie: politycznym, międzypokoleniowym, religijnym. O planach osadzenia na polskim tronie brytyjskiego księcia. O rozczarowaniu w 1989 roku.

  • Dane szczegółowe
  • do góry

    Dane szczegółowe

    Tytuł: Londyńczycy
    Seria: Reportaż
    Autor:
    Wydawca: Wydawnictwo Czarne
    Numer wydania: I
    Data premiery: 2011-11-04
    Język wydania: polski
    Język oryginału: polski
    Ilość stron: 208
    Rok wydania: 2011
    Forma: książka
    Indeks: 10767658
    do góry

    Recenzje

  • Recenzje Napisz recenzję
  • Średnia ocena: 5

    • 5
    5 gwiazdek
    1
    4 gwiazdki
    0
    3 gwiazdki
    0
    2 gwiazdki
    0
    1 gwiazdka
    0
    Kup, zrecenzuj i wygraj
    Napisz recenzję
    Dodano: 2 recenzje.
    Dodano 05.07.2013
    Ekspert empiku poleca
    To kolejne, uzupełnione wydanie książki, w której opisane historie dotyczą głównie polskiej elity żyjącej w czasie II wojny światowej w Anglii. Autorka w oryginalny sposób rozpoczyna swoje reportaże i zamieszcza nawet poradnik dla emigrantów (zachowany z tamtych czasów). Winnicka nie koloryzuje i nie wybiela Polaków, lecz spisuje prawdę, która wzrusza, a czasami boli i chwyta za serce. Jak się żyło Polakom w obcym kraju? Czym się tam zajmowali? Czy założyli rodziny i odnaleźli szczęście? Na te i inne pytania autorka odpowiada w swojej książce, którą czyta się dosłownie jednym tchem. Warto.
    Wojciech Iwaszczuk, Empik Białystok
    Czy ta recenzja była przydatna? tak (0) nie (0)
    Dodano 15.01.2012
    • 5
    5/5
    Generałowie, którzy zmywali naczynia
    Przeczytałam jednym tchem. Książka doskonale obrazuje tęsknote za krajem oraz beznadzieje zycia powojennej emigracji i generałów, którzy walczyli o Polskę, a później zmywali naczynia w angielskich hotelach, żeby przeżyć. Rozdział poświęcony historii skarbu państwa na emgiracji to przykra prawda o polskiej mentalności, która nie pozwala nam dojść do porozumienia dla dobra narodu, w kraju, czy poza nim...
    Czy ta recenzja była przydatna? tak (0) nie (0)
    Zamknij
    Dziękujemy za dodanie recenzji
    Podziel się na Facebooku
    Londyńczycy - Winnicka Ewa
    Właśnie zrecenzowałem: Londyńczycy
    W 2008 roku w Brixton młody włoski artysta znalazł na śmietniku trzy tysiące czarno-białych fotografii. Bez podpisów, bez dat, niewiadomego autorstwa. Wygląd fotografowanych osób wskazywał, że zdjęcia zostały zrobione w latach pięćdziesiątych XX wieku. Były tam damy w strojach wieczorowych, ...
    Zamknij
    Napisz recenzję i oceń produkt
    Oceń produkt:
    Tytuł: * pole wymagane
     
    Recenzja: ** minimum 50 znaków
     
    W przypadku naruszenia Regulaminu Twój wpis zostanie usunięty.
    * pole wymagane
    ** minimum 50 znaków
    Jeśli masz pytania lub problem odwiedź nasze strony pomocy lub skorzystaj z formularza kontaktowego
    Jeśli chcesz zgłosić błąd lub wyrazić opinię na temat produktu skontaktuj się z nami