Dane
Nick użytkownika
Lena [room6277.blogspot.com]
Publiczny e-mail:
room6277@onet.pl
Imię:
brak
Nazwisko:
brak
Never, never - Hoover Colleen, Fisher Tarryn
Never, never Hoover Colleen, Fisher Tarryn
Książki  | Oprawa miękka
  • 5
Błądzenie po omacku we własnej głowie.
Never Never to jedna z tych książek, która wywiera tym większe wrażenie, im mniej się o niej wie przed rozpoczęciem lektury. Podstawowa informacja, która absolutnie wam wystarczy, brzmi: nastoletni Charlie i Silas pewnego dnia tracą pamięć. Ona nie wie, kim on jest, a on jej nie pamięta. Udaje im się ustalić, że niegdyś byli parą, a kolejne odkrycia są coraz bardziej złowieszcze, prowadząc ich uliczkami Nowego Orleanu… Wplątali się w coś, co sprawiło, że ich umysły wyrzekły się pamięci. Enigmatyczne? Jak dwie z trzech części Never Never. W historie-układanki, które polegają na odkrywaniu i dopasowywaniu poszczególnych elementów, najlepiej wkraczać tak, jak wkraczają do niej bohaterowie – z dużą dozą nieświadomości i w nerwowym oczekiwaniu na to, co się wydarzy. Wtedy, niczym trzeci bohater, jesteśmy możliwie najbliżej tego, by poczuć na własnej skórze to, co czują postacie. A emocji nie brakuje! Podsycane przed dramatyczne zwroty akcji, atmosferę gęstą od niedopowiedzeń oraz z rozmysłem dawkowane informacje, tworzą wir, który wciąga i nie puszcza. Trudno przerwać lekturę Never Never, każdy moment jest zły, bo zawsze jesteśmy na skraju nowego odkrycia, które popycha nas w stronę kolejnego rozdziału. Miałam ochotę rwać włosy z głowy, ilekroć musiałam odłożyć książkę i powrócić do rzeczywistości.
Igranie z (nie)pamięcią nie jest niczym nowym w literaturze i kinematografii, ale to na tyle wdzięczne zagadnienie, że twórcy są w stanie co rusz nas zaskoczyć. Duet Hoover & Fisher rusza z kopyta i nie zwalnia tempa, mieszając perypetie bohaterów z rodzinnymi tajemnicami i podrzucając rozmaite pomysły na to, co im się przydarzyło: czy można to racjonalnie wytłumaczyć, czy może wpływ mają zjawiska paranormalne? Wyparli to jako ofiary czy przestępcy? Co się stało?! CO DALEJ?! Te myśli powracają natrętnie, pobudzając wyobraźnię. Główkujemy razem z Charlie i Silasem, jednocześnie obserwując zachodzące w nich zmiany. Dwie perspektywy pozwalają nam zajrzeć do ich umysłów, które wraz z kolejnymi odkryciami ulegają metamorfozie. Ciekawie wykreowane postacie zyskują świadomość i próbują odnaleźć się pomiędzy dawnym a nowym „ja” i szukają odpowiedzi na pytanie: co oznacza bycie sobą? Czy można „być sobą” na więcej niż jeden sposób? Muszą również zmierzyć się z konsekwencjami czynów popełnionych przez dawnych Charlie i Silasa…
Never Never to nie tylko ekscytująca wyprawa w głąb przeszłości, ale także opowieść o miłości. W tym elemencie chyba najmocniej uwidacznia się ręka Hoover. Można by pomyśleć, że romantyczna historia z dreszczykiem raczej nie ma racji bytu, a jednak takie połączenie świetnie się spisuje. Groza nieświadomości i rozpaczliwy wyścig z czasem przeplatają się z uroczymi scenami podkreślającymi siłę nastoletniego uczucia, co rozczula i urzeka. Wspólne zmagania zbliżają do siebie, a czyhające za zakrętem zagrożenie nadaje wyrazistości wątkowi romantycznemu. Z przymrużeniem oka można powiedzieć, że złowieszcza Tarryn i kochliwa Colleen naprawdę dobrze się spisały.
Niebanalny wpływ na klimat powieści ma miejsce akcji. Nowy Orlean w dużej mierze budzi dość upiorne skojarzenia. Mogę tylko za to winić serial American Horror Story: Coven albo również rozgrywającą się w Luizjanie Klątwę Jessabelle. Autorki są świadome potencjału tkwiącego w popkulturowym obrazie miasta i odwołują się do niego, choć nie opierają się na nim w pełni. Widzimy turystyczny Nowy Orlean, widzimy ten niepokojący, pełen przemykających cieni i chcemy zobaczyć jeszcze więcej. Naprawdę nie miałabym nic przeciwko, gdyby autorki jeszcze dłużej wodziły nas za nosy, bo nieczęsto zdarzają się w najnowszej literaturze młodzieżowej tytuły, które w taki sposób łączą romans z dreszczowcem. Ten dodatkowy czas również przydałby się autorkom do uporządkowania i zamknięcia wszystkich wątków, bo niektóre z nich urwano, choć zapowiadały się naprawdę obiecująco. Dwie części rozbudziły potworny apetyt, a część trzecia, choć sycąca, pozostawiła miejsce na mały deser, którym mogłyby być dwa, góra trzy dodatkowe rozdziały.
Gdy myślę o Never Never, do głowy przychodzą mi trzy słowa: tajemnicza, nieszablonowa, uzależniająca. Jest to jedna z tych powieści, dla których można, ba, nawet trzeba! zarwać noc. Trudno zasnąć, gdy w głowie buzują domysły, a adrenalina krąży we krwi. Never Never to jazda bez trzymanki w kompletnych ciemnościach: nie masz pojęcia dokąd zmierzasz i co się stanie.
Rzucam Ci wyzwanie: przerwij lekturę w połowie książki i nie myśl o losach Charlie i Silasa. Założę się, że nie dasz rady.
Po prostu kosmos
„These Broken Stars” zapowiadane w Polsce jako „W ramionach gwiazd”, to powieść młodzieżowa z elementami space opery i romansu. Kaufman i Spooner wrzucają czytelnika w sam środek międzyplanetarnej podróży – a tak dokładniej to trafiamy na prom Ikar, imponujący, największy statek jaki do tej pory nosiła galaktyka. Na pokładzie przebywa cały przekrój społeczeństwa, od celebrytów i bogaczy, przez polityków i żołnierzy, aż na zwykłych robotnikach kończąc. W tym tłumie znajduje się również Lilac, dziedziczka niewyobrażalnej fortuny i oczko w głowie swojego ojca oraz Tarver, odznaczony medalami żołnierz, który do tej pory tłumił rebelie na odległych planetach. Ich ścieżki krzyżują się przypadkiem na bankiecie i poza tym krótkim spotkaniem nie powinni liczyć na nic więcej. Uprzywilejowana, niemal arystokratyczna pozycja Lilac ma wiele mrocznych stron, które komuś takiemu jak pochodzący z ludu Tarver mogą przynieść zgubę. Przewrotny los sprawia, że te dwie osoby, które pod żadnym pozorem nie mogą być ze sobą, zostają na siebie skazane. Ikar rozbija się na obcej planecie, grzebiąc ciała pasażerów. Lilac i Tarver uchodzą z życiem, ale dla nich to dopiero początek walki. Lilac LaRoux i Tarver Merendsen. Księżniczka i żołnierz. Znamy takie historie; spotykają się dwa światy, a to oczywiście rodzi zakazany romans. Czy te opowieści mogą jeszcze ciekawić? Mogą, jeśli tylko są tak świetnie opisane jak w „W ramionach gwiazd”. Autorki stopniowo rozwijają relację Lilac i Tarvera, która jest mocno powiązana nie tylko z ich obecnymi przeżyciami, ale także z doświadczeniami z przeszłości. Do tego związku można się w pełni przekonać, tak jak z czasem przekonują się do siebie bohaterowie. Sylwetki Lilac i Tarvera również mogą zapowiadać powtórkę z rozrywki. Bogata, rozpieszczona jedynaczka, która w dziczy będzie bała się… złamanego obcasa. Zaprawiony w bojach żołnierz, który natychmiast się w niej zakocha, pomimo paskudnego charakteru. Tyle że to nie jest prawda. Kaufman i Spooner stworzyły interesujących bohaterów, których ukształtowała przeszłość. Żyją z konsekwencjami podjętych decyzji, skrywają tajemnice i wszelkie schematy noszą jak maski. Autorki wyszły od najbardziej typowych sylwetek, jakie tylko można znaleźć w literaturze Young Adult, po czym zaczęły eksperymentować, uwiarygadniając te charaktery, dodając im indywidualnych rys. To dowód na to, że nawet najbardziej wyświechtane elementy powieści młodzieżowych można poddać renowacji. Obawiałam się lektury „W ramionach gwiazd” z jeszcze jednego powodu: romans i para nastolatków przedzierająca się przez pustkowie. To z jakiegoś powodu zasugerowało, że czeka na mnie brnięcie okraszone zachwytami, westchnieniami i miłostkami. Jednak skoro autorki rozprawiły się z moimi poprzednimi obawami, to chyba w tym przypadku nie było inaczej? Rzeczywiście podstawą historii jest podróż, Lilac i Tarver przemierzają planetę w poszukiwaniu ratunku i faktycznie spotkamy po drodze trochę miłostek, ale z drugiej strony – dużo naiwności było w moim myśleniu, że nie da się tego ciekawie opisać. W trakcie podróży mnożą się kolejne pytania dotyczące feralnego lotu, prawdziwej roli bohaterów, ich przeszłości oraz przyszłości i miejsca, w którym się znaleźli. Brnięcie szybko zamienia się w przygodę. Choć tempo akcji może nie należy do najszybszych, a na wszelkie twisty i dramatyczne zwroty trzeba trochę poczekać, to spójny i plastyczny język duetu Kaufman&Spooner, interesujący bohaterowie i wiszący nad nimi niepokój kreują wciągającą opowieść, z którą trudno było mi się rozstać. Wśród moich skojarzeń dotyczących powieści, najsilniejsze jest połączenie „Titanica” Camerona z serialem „The 100” Rothenberga. Nie jest to hasło, które umieściłabym na okładce książki albo wykorzystała w kampanii promocyjnej, bo nie rozciąga się ono na całą historię, ale z pewnością uwypukla pewne elementy. Chyba wszyscy (większość?) zna historię Jacka Dawsona i Rose DeWitt Bukater, których w trakcie tragicznego rejsu połączyło wielkie uczucie. On był artystycznie utalentowanym nikim, ona była piękną, bogatą i nieszczęśliwą arystokratką żyjącą w złotej klatce. Nie powinni się spotkać, a już na pewno nie powinni się pokochać. Ikar staje się dla bohaterów takim Titanikiem. Gdy prom kosmiczny rozbija się na obcej planecie, wkraczamy w klimaty znane właśnie z „The 100”. Nieznane otoczenie skrywające sekrety staje się wyzwaniem dla bohaterów, którzy muszą walczyć o przetrwanie. Nieposkromiona natura staje się tłem dla rozwijających się relacji, ale wszelkie zauroczenia w takich okolicznościach muszą radzić sobie nie tylko ze złamanymi sercami. Jak już mówiłam, ta mieszanka skojarzeń nie rozciąga się na całą historię, bo Kaufman i Spooner idą drogą własnej wizji. Zwlekałam z sięgnięciem po „W ramionach gwiazd”, a nie powinnam. Obawiałam się zderzenia ze wszystkimi drażniącymi elementami literatury młodzieżowej, a znalazłam, cóż, gwiazdę? Pierwszy tom trylogii pióra Amie Kaufman i Meagan Spooner może pretendować do tego tytułu.
Amber - McHugh Gail
Amber McHugh Gail
Książki  | Oprawa miękka
  • 4
Fatalne zauroczenia
[http://room6277.blogspot.ie/2016/01/amber-gail-mchugh-przedpremierowo.html]

Dziś będzie o fatalnym zauroczeniu; fatalnym - od pierwszego wejrzenia, zauroczeniu – dzięki drugiej szansie. Przytrafia się to nie tylko bohaterom, ale także przytrafiło się mnie. Chyba stworzę nowe powiedzenie, stanowiące parafrazę popularnego porzekadła – nie oceniaj książki po wstępie. Początek jest chyba najsłabszym elementem powieści; sztampowa opowiastka o dziewczynie z przeszłością i dwójką przystojniaków. Ona, Amber, ucieka od demonów przeszłości i spotyka ich: pierwszy, Brock, jest uwodzicielskim sportowcem, który nie może opędzić się od dziewczyn; drugi, Ryder, to wytatuowany zły chłopiec, który ma nieziemski tupet. Dodajmy do tego spoliczkowanie kogoś jako element gry wstępnej i studenckie imprezy, a nakreślimy wstęp „Amber”. Opis przygotował grunt pod typowy romans. Ale nie dajcie się zmylić - to trio ma własną wizję, którą realizuje, nawiązując do filmu „Savages: Ponad bezprawiem”.
Choć wykonanie nie powala na kolana, to i tak doceniam starania autorki, która wyszła od typowych sylwetek postaci z erotyków, po czym zaczęła wypracowywać własne charaktery. Sportowiec-uwodziciel, seksowny zły chłopak i dziewczyna z przeszłością to stereotypy, z których czerpie, mieszając je z własnymi pomysłami na przedstawienie Amber, Rydera i Brocka. Każde z nich ma swój pazur, każde jest poturbowane przez los. Część tych stereotypowych cech niesamowicie drażni, to prawda, i gdyby tylko autorka zdecydowała się na stworzenie ich od podstaw, powieść zdecydowanie by na tym zyskała. Trójkąt miłosny i wplątani w niego bohaterowie „ze skazą” to najwyraźniej dobre rozwiązanie. Sprawdziło się to chociażby u Tarryn Fisher, która stworzyła piekielnie wciągającą, kapitalną trylogię „Love Me with Lies” i osiągnęło całkiem niezły wynik u Gail McHugh. Co prawda McHugh zależało na erotyczno-sensacyjnym ujęciu takiej historii, niż na psychologicznych gierkach pomiędzy postaciami i wejrzeniu w ich umysły, ale tak samo jak koleżanka po piórze czerpie z nierozsądnych decyzji, egoizmu i zaślepiającego pożądania. Każdy z bohaterów ma w sobie dawkę toksyczności, trawi go jakaś obsesja, która staje się jego siłą napędową. Uczucia wręcz ich oszałamiają. Nic dziwnego, że ta burza emocji szybko kieruje historię na mroczne tereny. W tym punkcie romans studencki przechodzi metamorfozę i oprócz mocnej erotyki zaczyna oferować posmak sensacji. „Amber” powoli ześlizguje się na linię pomiędzy romantic suspense i dark erotica, tak naprawdę nie należąc do żadnego z tych gatunków. Swobodnie żongluje cechami poszczególnych kategorii, budując historię na pograniczu. Miesza seks i niebezpieczeństwo, dotykając również tematu dorastania i szukania siebie, portretując losy typowych amerykańskich studentów. Wpływy New Adult widać szczególnie w prywatnych perypetiach każdego z bohaterów: są młodymi ludźmi, którzy zmagają się z trudną przeszłością, chorobami bliskich czy rozbitymi rodzinami. Jednak przede wszystkim jest to stuprocentowy erotyk. A nawet kontrowersyjny erotyk-erotyk. „Momenty” są rozbudowane i bogate w detale, dotykając tematu, który dla wielu osób stanowi tabu. Jest odważnie i namiętnie, McHugh nie owija w bawełnę i nawet potrafi zawstydzić. Nie ukrywam, powieść jest trochę przegadana. Niektóre dialogi są niepotrzebnie podniosłe, niektóre czynności mogłyby być krócej opisane. Autorka „popłynęła” z historią i ze słowami. Cięcia, nawet niezbyt drastyczne, usprawniłyby tempo powieści, które do połowy toczy się leniwie. McHugh mogłaby każdą scenę rozbudowywać bez końca, a przecież nie o to chodzi. Druga połowa nabiera prędkości, bo gdy już poznaliśmy bohaterów, ich historie i powiązania pomiędzy nimi, możemy przejść do konsekwencji ich decyzji, które uruchamiają lawinę. Od tego punktu powieść wciąga coraz mocniej, zapraszając do przemyślanej gry – pomyśl o granicy, jaka istnieje i znajdź sposób, by ją przekroczyć. Początki są dość niewinne, ale w końcu docieramy do linii, zza której nie będzie można wrócić. Ciekawość zaczyna działać jak narkotyk i chcemy coraz więcej, aż docieramy do zakończenia i pozostaje nam tylko czekać na drugi tom.
„Amber” łączy uwielbiane przez czytelniczki elementy romansów, erotyków i New Adult. Ognisty flirt, odważne sceny erotyczne, nieustająca burza emocji, miłość przyćmiewająca rozsądek i bohaterowie zmagający się ze swoimi demonami – to jednak nie wszystko. Dylematy uczuciowe graniczą z ciemnymi zakamarkami umysłów, śmiertelne niebezpieczeństwo wkrada się do wyznań miłosnych, składając się na wciągającą historię, która staje się przestrogą przed igraniem z ogniem; to od niewinnego iskrzenia zapłonął świat Amber, Rydera i Brocka. Kto pozostanie na jego popiołach? Gail McHugh w swojej najnowszej powieści, pretendującej do tytułu najgorętszego erotyka tego roku, przesuwa wszystkie granice, popychając bohaterów na skraj szaleństwa. Kochając mocniej i zachłanniej, pozwalają się uwodzić mrocznym sekretom i są gotowi zrobić wszystko.
Wszystko.
Ostatni dzień roku - Misiołek Katarzyna
Ostatni dzień roku Misiołek Katarzyna
Książki  | Oprawa miękka
  • 3
Ci, którzy pozostali
[ http://room6277.blogspot.ie/2016/01/ostatni-dzien-roku-katarzyna-misioek.html ]

„Ostatni dzień roku” to smutek. Bohaterowie są spowici w jego opary, zaciągają się melancholią, próbując zdusić pustkę, która pozostała po zaginięciu Moniki. Każde z nich na swój sposób radzi sobie z trudną sytuacją, przez co mamy wgląd w całą paletę zachowań: od desperackich poszukiwań, przez udawaną normalność złożoną z zaprzeczeń, aż po dzielenie się ze wszystkimi swoimi przeżyciami. Katarzyna Misiołek eksploruje postawy osób stojących w obliczu nie-żałoby, nie-tragedii, nie-traumy, które przecież jest żałobą, tragedią i traumą. Nie wiedzą, co mają czuć, bo przecież zaginiona to nie znaczy martwa, zaginiona za minutę może zapukać do drzwi i przecież życie musi toczyć się dalej. Takie wieczne odwlekanie w uwierzenie, które łatwo zrozumieć – dla nich zaginiona żyje tak długo, jak długo w to wierzą. Te postawy, obok wielkiej niewiadomej związanej z Moniką, stanowią siłę napędową powieści. Pochłaniamy kolejne rozdziały, bo chcemy wiedzieć, co stało się ze starszą z sióstr i jak autorka zakończyła historię. Zatapiamy się w smutku, bezradności i frustracji bohaterów, utożsamiając się z którymś z nich.

Magda, układając na nowo życie zaginionej siostry, rwie własne na strzępy. Szamocze się z codziennością, a czytelnik szamocze się z oceną bohaterki. Wiele z jej decyzji i zachowań można zrozumieć, ale wiele to nie znaczy wszystkie. Zaginięcie ukochanej siostry, rodzinne tajemnice i związana z tym utrata poczucia bezpieczeństwa może tłumaczyć chęć wywrócenia swojego życia do góry nogami. Wtedy już nic nie było pewne; runęły wszelkie podstawy, na których się opierała, więc co jej pozostało? Jednak nie mogłam zignorować wrażenia, że niektóre z sytuacji, głównie te związane z Magdą, niepotrzebnie ubarwiono; w pewnym momencie na kartach powieści zaczęły ze sobą rywalizować dwa dramaty – Moniki i Magdy. Nagromadzenie kłopotów, tajemnic i zwrotów akcji postawiło przed autorką niełatwe zadanie i nie jestem pewna, czy w pełni sobie z tym poradziła. Niektóre zagadnienia są opisane nader wyczerpująco, pisarka zagląda do umysłów bohaterów i śledzi ich perypetie krok po kroku; inne z kolei są sygnalizowane i dość szybko porzucane, choć zwiastują ważne zmiany, które jednak nie nadchodzą. Drobiazgowość jednej płaszczyzny w niektórych momentach niebezpiecznie ociera się o nudę, z kolei druga jest pobieżna i brakuje pomiędzy nimi złotego środka.

„Ostatni dzień roku” nie tyle działa na wyobraźnię, co wręcz ją atakuje. Temat zaginięć towarzyszy nam niemal każdego dnia, czasem pojawiając się w kontekście medialnych śledztw. Widzimy na ekranie twarze kolejnych zaginionych, słyszymy kolejne hipotezy, może nawet poznajemy fragmenty losów. Stając się obserwatorem cudzego dramatu, mimowolnie zaczynamy myśleć o własnych bliskich. Jak człowiek może tak po prostu… zniknąć bez śladu? Katarzyna Misiołek zbudowała na tym pytaniu poruszającą historię, dotykając czułych strun każdego człowieka. Trudna opowieść rodziny złączonej przez bolesne tajemnice i tragedię, która może przydarzyć się każdemu, ale nikomu nie mieści się to w głowie.
Magia świąt zaklęta w opowiadaniach

Do tej pory nie byłam przekonana do świątecznych filmów i powieści. Jasne, są one poniekąd nieodłącznymi elementami zimowej atmosfery, no i kto przynajmniej raz w życiu nie oglądał perypetii Kevina samego w domu? Jednak z drugiej strony traktuję je jako takie „wymuszacze”, które rozcieńczają bożonarodzeniowy urok w kałużach po pierwszym śniegu. Mamy tak zwaną magię świąt i mamy też zalew dekoracji i wszelkiej maści gadżetów, które obrzydzają nam atmosferę już na kilka miesięcy przed właściwą celebracją. Nie dla mnie czekoladowe mikołajki, „Last Christmas” Wham! i ozdoby choinkowe w październiku. Staram się jak mogę, by nie wpaść do tego komercyjnego falstartu. Podchodziłam ostrożnie do „Podaruj mi miłość”, bo obawiałam się mdłej poświaty lampek odbijającej się w śnieżnej brei, figurek wygrywających skrzeczące melodyjki i sklepowej wyprzedaży obsypujących się od brokatu bombek i łańcuchów. Czyli wszystkiego, co miksuje tandetę z wymuszaniem atmosfery świąt na dwa miesiące w przód.

I niemal gwiazdkowym prezentem jest dla mnie fakt, że tak naprawdę za sprawą „Podaruj mi miłość” dostałam… skrzypienie świeżego śniegu pod nogami, aromat gorącej czekolady i wspólne oglądanie roziskrzonych dekoracji po zmroku. A także zapach dopiero co przystrojonego drzewka, gwar rozmów przy stole i nocną ciszę zaraz potem. Takie ciepło w środku zimy, zbudowane z chwil spędzonych z najważniejszymi osobami. Chyba zdecydowanie muszę zacząć pokładać więcej wiary w świąteczne historie.

To właśnie więzi, budowane po raz pierwszy bądź też odnawiane po dawnych nieporozumieniach, stanową podporę antologii. Każde opowiadanie jest niczym śnieżna kula, którą autorzy potrząsają, by zamieszać w losach nastoletnich bohaterów. Niektórzy dosłownie rozumieją magię świąt, inni interpretują ją na własny, nietuzinkowy sposób, przez co przechodzimy od obyczajowości do realizmu magicznego, na fantastyce skończywszy. Jest miejsce na tradycyjną historię miłosną, na rozkwitającą przyjaźń, na podszytą odrobiną mroku baśń i na wszystkie historie pomiędzy, które splatają je ze sobą. Niektórych autorów poznałam wcześniej, a inni stanowili dla mnie kompletną niespodziankę. Z zadowoleniem przyjęłam fakt, że wiele z tych pierwszych spotkań stało się miłością od pierwszego wejrzenia. Może nie do każdego tekstu wrócę, ale z pewnością większość z nich potowarzyszy mi ponownie w świątecznym okresie. Zawarta w nich magia jest najbliższa temu, co możemy poczuć, gdy myślimy o uroku kryjącym się w świętach.

Przyznaję, jestem zaskoczona tym, jak bardzo „Podaruj mi miłość” przypadło mi do gustu. Choć poziom opowiadań czasem pnie się, by potem opaść i znów wdrapywać się na górę, to zawierają one w sobie tyle magii, że pozytywnie i świątecznie nastrojona, w ramach prezentu przymykam oko na kilka niedociągnięć. Świetna lektura na zimowy dzień – w tym przypadku „Podaruj mi miłość” bliżej do cukierniczego rarytasu niż taniego mikołajka z wyrobu czekoladopodobnego.

[więcej na temat: http://room6277.blogspot.ie/2015/10/podaruj-mi-miosc-12-swiatecznych.html]
Cudze jabłka

Produkt wycofany ze sprzedaży

  • 4
Co pozostaje w życiu, gdy znikają pieniądze, zaś cała reszta była odkładana „na potem”?
W razie zgryzot – zwróć się do natury? Można dojść do takiego wniosku, czytając powieści obyczajowe. Historie osób, które decydują się na przeprowadzkę do małego miasteczka czy na wieś, są bardzo popularne i nietrudno zauważyć zależność: życie bliżej natury zmienia się na lepsze, zaś wielkie miasta sprzyjają pośpiechowi i unieszczęśliwiają bohaterów. Czyżby dystans mierzony w kilometrach pozwalał również nabrać dystansu do własnego życia? Nie inaczej jest w „Cudzych jabłkach”, choć dla Ewy i jej rodziny zmiana otoczenia nie od razu jest lekiem na całe zło. Ba, traktują przeprowadzkę jako kolejny gwóźdź do trumny i powód do kłótni. Marek, mąż Ewy i Pola, jej córka, ciągle mocno związani z miastem, czują się na wsi jak na wygnaniu, tymczasem Ewa… Zaczyna wsłuchiwać się w głos, który niegdyś został zagłuszony przez wielkomiejski zgiełk i szum pieniędzy. Wszystko zaczęło się od sielanki. Duży dom w modnej dzielnicy, najlepsza, prywatna szkoła w mieście dla córki, przesiadywanie w eleganckich restauracjach, zagraniczne wakacje dla całej rodziny, drogie ubrania i kosmetyki oraz zero zmartwień czy starczy „do pierwszego”. Życie Dragonów było godne pozazdroszczenia. Było, bo gdy nowa inwestycja Marka nie wypaliła, a o długi upomniał się komornik, z bogactwa nic nie pozostało. Odeszła kolorowa codzienność. Pogarszająca się jakoś życia, stres i kłopoty finansowe sprawiają, że małżeństwo Ewy i Marka zostaje wystawione na próbę. Czy w tym nieszczęściu zdołają odnaleźć choćby okruch szczęścia?„Cudze jabłka” mają potencjał, by być o wiele lepszą książką; lepszą, nie tylko dobrą obyczajówką – to w gruncie rzeczy komplement, bo historia kryje w sobie wiele interesujących zagadnień, które zdecydowanie powinny być pogłębione i rozbudowane. W obecnej formie budzą niedosyt i wrażenie, że niektóre elementy zostały pobieżnie opisane. W pozornie lekką, łatwą i przyjemną powieść wpleciono wątki dotykające konsumpcjonizmu oraz szaleńczej pogoni za pieniądzem. Autorka zastanawia się, czy i kiedy człowiek przekracza granicę, która oddziela spełnianie marzeń i potrzebę godnego życia od wyścigu szczurów i chorobliwej potrzeby gromadzenia. Co pozostaje w życiu, gdy znikają pieniądze, zaś cała reszta była odkładana „na potem”? Dla Ewy i Marka przewartościowanie zostaje wymuszone przez bolesne zderzenie z rzeczywistością – nowa perspektywa może być inspirująca, albo może wszystko zrujnować. Bezsprzecznie pomysł na historię jest rewelacyjny i daje do myślenia, choć wiele refleksji czytelnik musi sam dołożyć do lektury. Pomimo problemów, z którymi borykają się bohaterowie, powieść ma w sobie mnóstwo optymizmu i oferuje garść zdrowego rozsądku, dotykając aktualnego i przecież niezbyt wesołego zagadnienia. Nie ma w sobie bajkowości, która zadziwiająco często cechuje powieści obyczajowe, ale z drugiej strony nie pogrąża się w czarnej rozpaczy. Choć powiedzenie „zawsze może być gorzej" kojarzy się raczej ze śmiechem przez łzy, równie może stanowić ono punkt wyjścia do dostrzeżenia, co już mamy w życiu dobrego. Ewa może wam powiedzieć coś o zmianie perspektywy - niegdyś miejsce, w którym się znalazła, kojarzyło jej się z najgorszym scenariuszem. Później okazało się, że... akurat tego scenariusza nie doczytała do końca, bo na kolejnych stronach czekało coś dobrego. Doświadczenie scenarzystki uwidacznia się w zręcznym splataniu ludzkich losów. Autorka „ma oko” do obserwacji ludzi, ich zachowań i nawyków, dzięki czemu postacie są zróżnicowane i realistyczne. Ich perypetie mogą być naszymi perypetiami. Powiedziałabym nawet, że bohaterowie drugoplanowi w „Cudzych jabłkach” zasługują na to, by obszerniej opisać ich losy oraz zachodzące pomiędzy nimi interakcje, szczególnie myślę tutaj o przyjaciółkach Ewy. Każda z nich ma swoje sekrety i odmienny stosunek do pieniądza i miłości, a ten pojedynek rozumu z sercem mógłby dołożyć ważną cegiełkę do opisywanego tematu. Jeśli jesteśmy już przy losach postaci, to warto wspomnieć o tym, że wątek związku Ewy i Marka rozpoczął się świetnie. Krótkie wspomnienia z młodości z powodzeniem mogłyby stanowić kanwę osobnej powieści dla młodych dorosłych. Brakowało mi za to uważniejszego wejrzenia w relację doświadczonego już małżeństwa. Ich relacja jest niejako podporą powieści, dlatego chętnie poznałabym więcej wspomnień, więcej refleksji odnośnie samego związku. Historie z cyklu „od pucybuta do milionera” często kryją w sobie przesłanie, że to w pieniądzach kryje się szczęście. „Cudze jabłka” postanowiły pójść pod prąd i sprawdzić, co pozostaje z życia, gdy zostaje ono oddarte z materialnego bogactwa. Czy da się znaleźć złoty środek bez posiadania złotej biżuterii? W swojej najnowszej powieści, Agnieszka Krakowiak-Kondracka zastanawia się, czy można wyznaczyć granicę pomiędzy pragnieniami a chciwością i czy żądając zbyt wiele, można stracić w życiu rzeczy najcenniejsze. „Cudze jabłka” to interesująca powieść obyczajowa, która zawiera w sobie spory ładunek optymizmu i przede wszystkim skłania do refleksji.
Wyłącz stres. Włącz kolory – choć na chwilę
Jest wiele technik pomagających w zrelaksowaniu się i wyciszeniu. Obecnie ogromną popularność na całym świecie zdobywają kolorowanki dla dorosłych. Rozbudowane i bardziej szczegółowe niż ich dziecięce odpowiedniki, często stanowią reprodukcje słynnych obrazów i grafik. Pozornie bezmyślne wypełnianie białych plam pomaga nie tylko przenieść się do czasów dzieciństwa, ale i wyciszyć gonitwę myśli. Kolorowanki czerpią odrobinę z założeń arteterapii i poprzez niewymagające dużych zdolności malowanie i rysowanie, pozwalają się zrelaksować. Stanowią one również rodzaj oderwania się od świata wirtualno-elektronicznego. W dobie Internetu, ekranów dotykowych, telewizji, tabletów, smartfonów i rozmaitych aplikacji, powrót do świata papieru, kredek i pisaków to niemalże powiew świeżości i prostoty, której na co dzień zazwyczaj nam brakuje.

Tom „esy-floresy” składa się z dwóch części: pierwsza to bogate w detale, czarno-białe rysunki na białym bądź kolorowym tle, często składające się z falistych linii i figur geometrycznych. Możemy natknąć się na wymagające pokolorowania wzory zwierząt, roślin, krajobrazów, ornamentów bądź przedmiotów. Druga część to w większości pozbawione wzorów szablony, które musimy uzupełnić sami – dla ułatwienia autorzy zasugerowali szlaczki i symbole, których możemy użyć np. przy ozdabianiu rysunku wazonu.

Papier jest dość gruby i sztywny, więc nawet przy stosowaniu pisaków nie zauważyłam, by kolory przebijały na następną stronę. Każda kartka posiada perforację, dzięki czemu nie trzeba nosić ze sobą całej książki, tylko można wyrwać jedną z kolorowanek, bez szkody dla całego tomu.
Ta recenzja przydała się 1 raz
Dopóki nie zgasną gwiazdy - Patykiewicz Piotr
Dopóki nie zgasną gwiazdy Patykiewicz Piotr
Książki  | Oprawa miękka
  • 4
"Nadchodzi zima"
Po raz kolejny nadszedł koniec świata. I znowu ten koniec wcale nie jest końcem. Fikcja jest bezlitosna, poddając ludzkość okrutnym próbom i wpychając ją w ramiona rozmaitych katastrof, ale jednocześnie nie zabiera tego światełka na końcu tunelu i pozwala przetrwać – choć czasem tylko nielicznym. Niewielu ma odwagę na całkowitą eksterminację istnień, z kolei wielu nie może się oprzeć tworzeniu kolejnych scenariuszy naszej niepełnej zagłady. Powieści i filmy na skraju apokalipsy mają się świetnie, a następne tytuły wymagają od twórcy rosnącej pomysłowości i bogatej wyobraźni. Niestety, nie wszyscy potrafią odnaleźć się w tym „po raz kolejny” i „znowu”. Powiało chłodem? To dobrze, bo trzeba jakoś przygotować klimat pod recenzowaną powieść. Żeby później nie było, że nieprzygotowani rzuciliście się do lektury i skończyliście z odmrożeniami.
Jeśli po chłodnym wstępie obawialiście się, że poruszony „po raz kolejny” temat postapokaliptycznego świata nie przyniósł nic nowego, teraz was uspokoję – przyniósł i to wiele. W „Dopóki nie zgasną gwiazdy” na pierwszy plan wysuwa się właśnie fantazja autora. Co prawda nie zdecydował się on na stworzenie nowych rozległych krain czy królestw, ale zamiast tego skupił się na jednym, małym zakątku świata i zbudował go praktycznie od podstaw. Dzięki temu podróż głównego bohatera jest osadzona w konkretnych realiach. Funkcjonowanie osady, hierarchia społeczna, system religijny i historia Upadku oraz związane z nimi potwory składają się z elementów, które już wcześniej widzieliśmy – ale jako jednostki porozrzucane tu i ówdzie, w różnych światach i różnych historiach, nie zaś jako elementy, które zazębiają się, tworząc zwarty obraz nowej rzeczywistości. Nie spodziewałam się, że to wszystko tak dobrze razem zagra, tworząc pomysłową i barwną opowieść. Dzięki temu historia płynnie przechodzi od nauki do mistycyzmu, od przyziemnej walki o przetrwanie do tej duchowej. Czasy Stare i Czasy Nowe wzajemnie wyszarpują sobie bohaterów, którzy na różne sposoby próbują ocalić swoje ciała i dusze. Upadek i religia inspirują różne zgromadzenia do zupełnie innych działań, które poznajemy w trakcie lektury - rodzi się coś na kształt survivalu religijnego. Jednak i tak największą ze świętości są… książki.
W „Dopóki nie zgasną gwiazdy” kryją się elementy powieści przygodowej oraz inicjacyjnej, literatury postapo i młodzieżówki. Motyw drogi splata się z dorastaniem głównego bohatera na tle postapokaliptycznego krajobrazu. Kacper przez cały czas się rozwija – kolejne wydarzenia testują jego wytrzymałość i wręcz zmuszają go do pożegnania się z dzieciństwem. Dojrzewanie idzie w parze z rosnącą świadomością dotyczącą otaczającego go świata. Jakby tego było mało, w historii nie brakuje również zwrotów akcji. Kacper jest rzucany z miejsca na miejsce; eksploruje kolejne lokacje, po drodze przeżywając mnóstwo przygód, rozwiązując zagadki, wpadając w kłopoty, walcząc i wcielając się w nowe role. Przy takiej dynamice nie sposób się znudzić. Ponieważ poznajemy świat oczami głównego bohatera, tak samo jak on nie jesteśmy wszechwiedzący i przyswajamy wiedzę stopniowo. Odwiedzając kolejne miejsca i wypełniając białe plamy na mapie, Kacper odsłania również kolejne sekrety wplecione w historię. Czym tak naprawdę był Upadek? Skąd wzięły się stwory i czy naprawdę trzeba się ich obawiać? Czy ludzkość zdoła przetrwać, a jeśli tak, to w jaki sposób? Które wyznanie jest tym słusznym? Każdy z bohaterów posiada okruch wiedzy i własną wersję opowieści, w którą święcie wierzy. Kacper zbiera na trasie swojej podróży poszczególne okruchy i układa jedną historię, którą staje się „Dopóki nie zgasną gwiazdy”. Autor dawkuje informacje, przedstawia kolejne perspektywy związane z tym samym wydarzeniem i do końca powieści nie jesteśmy niczego pewni.
Mówiąc o „Dopóki nie zgasną gwiazdy”, nie można zapomnieć o klimacie. Tajemnice splatają się z ciągłym niepokojem, w oślepiającą biel śniegu wgryza się ciemność, a wszystko otacza przezywający mróz. Pojawiają się fragmenty „z dreszczykiem”, które aż za bardzo działają na wyobraźnię, nadając nowe znaczenie walce o przetrwanie.
Nadchodzi zima, a wraz z nią pomysłowa i klimatyczna historia, nieszablonowa, przyprawiona mrokiem mitologia i przygoda ścigająca się z przetrwaniem. „Dopóki nie zgasną gwiazdy” to wciągająca powieść, która udowadnia, że w kwestii fantazjowania na temat końca świata nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa. I dobrze, bo jak widać na tym przykładzie, zasoby wyobraźni są niewyczerpane.
7 razy dziś - Oliver Lauren
7 razy dziś Oliver Lauren
Książki  | Oprawa miękka
  • 5
Siedem wersji życia, wiele decyzji
Wiemy, że jedna decyzja może wiele zmienić. Czasem fantazjujemy na temat „co by było, gdyby…?” i wymyślamy nieistniejące konsekwencje niepodjętych decyzji. Myślimy przede wszystkim o sobie i swoim życiu, ale tak naprawdę nasza decyzja wpływa nie tylko na nasz los. Tkwiąc w sieci powiązań z innymi, możemy nieświadomie sprawić, że konsekwencje dotkną grupę osób, która na co dzień nie ma z nami zbyt wiele wspólnego.
Sam Kingston na własnej skórze poznaje siłę decyzji i konsekwencji. Po zwyczajnym dniu w szkole udaje się na imprezę, po czym ginie w wypadku. I budzi się tego samego dnia. Początkowo myśli, że to tylko zły sen, ale czy złe sny pozwalają przewidywać najbliższą przyszłość? Gdy splot wydarzeń znów prowadzi do pechowej imprezy, dziewczyna zaczyna dopuszczać do siebie myśl, że ten upiorny scenariusz znów powtórzy się jutro. Jutro, którym będzie dziś. Uwięziona w pętli, próbuje zrozumieć, co tak naprawdę jej się przydarzyło. Podejmuje nowe decyzje, bada ścieżki, które zignorowała w pierwszej wersji życia. Zaczyna realizować własne „co by było, gdyby…?”, dzięki czemu zyskuje nowe spojrzenie na środowisko, które rzekomo znała jak własną kieszeń.
W opowieści Sam pojawiają się stałe elementy, które wyznaczają rytm upływającego dnia, ale pomiędzy nimi za każdym razem rozgrywają się nowe wersje wydarzeń. Autorka rozwija różne scenariusze, choć w większości biorą w nich udział te same osoby. Dzięki temu powstała bardzo ciekawa historia, ukazująca siłę naszych decyzji i tego, jak możemy wpłynąć na sytuację innych.
Sam zwraca się do czytelników z myślą „spróbuj mnie nie osądzać. Pamiętaj, jesteśmy tacy sami, ty i ja.” Po zastanowieniu trzeba przyznać, że bohaterka ma rację. Pomijając różnice w usposobieniu, ile razy sprzeczaliśmy się z kimś bliskim o drobiazgi? Ile razy słowa wypowiedziane pod wpływem emocji, były bolesne? Ile razy nie pomyśleliśmy o tym, by postawić się na miejscu drugiej osoby? Zdarza nam się działać pod wpływem impulsu, jednak nie mamy szansy, by przyjrzeć się swoim działaniom z różnych perspektyw. Zazwyczaj po prostu idziemy dalej, Sam za to otrzymała taką szansę. Czasem chcielibyśmy cofnąć czas; niektórzy mają szczęście i naprawiają swoje błędy w przyszłości, a inni po tragedii zdają sobie sprawę, że już za późno na pewne słowa i że nigdy nie będą mogli tego zmienić. To sprawia, że „7 razy dziś” jest poruszającą lekturą, bo dotyka tych niespokojnych myśli, które mamy chyba wszyscy.
Przede wszystkim Oliver dobrze poradziła sobie z kreacją głównej bohaterki. Nie narzuciła Sam metamorfozy absolutnej, co byłoby niepotrzebne i nienaturalne. Początkowo dziewczyna jest złośliwa, zapatrzona w siebie i rozpuszczona – ta postawa jest niczym maska, ale już wtedy mamy przebłyski tego, kim tak naprawdę jest pod tą pozą. Pisarka uchwyciła rysy charakterystyczne dorastającej dziewczyny, która z jednej strony chce dopasować się do rówieśników, a z drugiej, pod tym całym burzliwym czasem dojrzewania, skrywa swoje dawne cechy. Sam zaczyna się zmieniać wraz z upływem kolejnych dni, ale nie jest to błyskawiczne przeistoczenie w grzeczną dziewczynkę. Musimy bowiem pamiętać, że mamy do czynienia z akcją rozgrywającą się w ciągu tygodnia, który jest zapętlonym jednym dniem. W obrębie tego czasu Sam raczej zyskuje świadomość dotyczącą swojego postępowania, nabiera dystansu do chwil, które w pierwszej wersji dnia były skutkiem impulsywnych działań. To nie tyle ją zmienia, co pomaga jej w wydobyciu cech, które kiedyś zepchnęła w głąb siebie.
Skóra mi cierpnie na myśl o przyjaciółkach Sam, bo choć ich nie polubiłam, to przyznaję, że nawet jest mi ich żal i jestem w stanie wykrzesać trochę sympatii, gdy o nich myślę. Są bohaterkami, które budzą w czytelniku sprzeczności – z jednej strony ich zachowanie drażni i złości, ale gdy poznajemy wszystkie sekrety, zaczynamy rozumieć, dlaczego tak postępują. To przede wszystkim potwornie zagubione nastolatki. Postawa Lindsay, Elody i Ally wynikała z prywatnych problemów, które starały się w ten sposób nieudolnie maskować. W szkole (przetrwania) słabości są bezlitośnie wykorzystywane i tylko hałaśliwe, rozrywkowe usposobienie pomaga wspiąć się na szczyt towarzyskiej drabiny. Dla nich rachunek był prosty – jeśli nie pójdą po trupach do celu, one same staną się tymi trupami.
„7 razy dziś” to frapująca, bardziej gorzka niż słodka powieść przeznaczona dla nastolatków. Lauren Oliver zadebiutowała w dobrym stylu, jednocześnie dając do myślenia młodym osobom. Często powtarzamy sobie: „żyj tak, by niczego nie żałować”, ale często nie poddajemy refleksji prawdziwego znaczenia tych słów. Nie dotyczą one wyłącznie szalonych, fundujących zastrzyki adrenaliny planów, czasem chodzi o zwykle, codzienne życie, w którym nie zawsze myślimy o konsekwencjach, impulsywnie podejmujemy decyzje czy mówimy coś zanim zdołamy zastanowić się nad własnymi słowami. „7 razy dziś” to tytuł obowiązkowy dla fanów Oliver oraz czytelników ceniących sobie literaturę młodzieżową, która zmusza do zastanowienia.
Maybe someday - Hoover Colleen
Maybe someday Hoover Colleen
Książki  | Oprawa miękka
  • 5
Historia o pewnym dniu i pewnej miłości...
Colleen Hoover ma u mnie wielkiego plusa za to, że wśród eksploatowanych do bólu motywów New Adult, stara się stworzyć coś nowego i nie polega wyłącznie na recyklingu cudzych pomysłów. Tworzy własne historie, choć zdarza jej się tu i ówdzie dorzucić momenty, które chyba już gdzieś widzieliśmy… Cóż, to tak, jak z komediami romantycznymi – jest w nich kilka wyświechtanych scen, które jednak wszyscy kochamy.
W przypadku tej powieści niebagatelną rolę odgrywa muzyka. Najważniejsze wyznania tworzone są w formie piosenek i mówią o tym, o czym bohaterowie obawiają się powiedzieć wprost. Sam muzyczny wątek może i nie robiłby takiego wrażenia, no bo ilu chłopaków z gitarą przemieliło już New Adult, gdyby nie fakt, że główny bohater odbiera muzykę w sposób, o jakim większość z nas w ogóle nie myśli. Byłam autentycznie zaskoczona postacią Ridge’a oraz tym, że autorka podjęła się takiego tematu, który wymaga i wrażliwości, i, nie ma co ukrywać – wiedzy. Nie przypominam sobie, bym wcześniej spotkała takiego bohatera, a już na pewno nie ma takiego drugiego Ridge’a w całym New Adult. Naprawdę. Fascynujące było poznawanie jego spojrzenia na muzykę.
Jeśli jestem już przy postaciach, to nie mogę pominąć Sydney, która jest… prawdziwym wulkanem emocji. Jeśli się wścieka – to lepiej nie być przyczyną jej wściekłości, bo można stracić zęby. Jeśli jest smutna – to łzy leją się co kilka linijek. Ma dziewczyna temperament, co udowadnia już na pierwszych stronach powieści. Interesująca jest obserwacja tego wulkanu w towarzystwie Ridge’a, tego, jak się przy nim wycisza i jak łagodnieje pod wpływem muzyki. Choć bywała narwana, to muszę przyznać, że ją polubiłam. Mimo wszystko ma dość oleju w głowie i jest wrażliwa na cudzą krzywdę, choć zdarza się, że jej dobrze cechy zagłusza zbytnio cięty język. Ich relacja jest spokojna, wyważona. Więź stworzona z muzyki zaczyna wybrzmiewać uczuciami, które coraz głośniej słychać. Burzliwie robi się dopiero pod koniec.
To, co można zauważyć w Maybe someday to fakt, że Hoover z książki na książkę pisze coraz lepiej. Przez historię, którą opowiada, płynie się praktycznie bez wysiłku. Lekkie pióro autorki kreuje sylwetki bohaterów, buduje lokacje i skupia się na niuansach relacji pomiędzy poszczególnymi postaciami. Drugi punkt to wyczuwalna dojrzałość – nie ma tutaj wrzeszczącego ,,dopiero cię zobaczyłam, a już cię kocham!” i związanego z tym nienaturalnego zachowania bohaterów; można powiedzieć, że w Maybe someday autorka poskromiła swojego pecha do początków powieści. Najwidoczniej postawienie na dorosłych zamiast na nastolatków, wyszło jej na zdrowie.
Maybe someday potwierdza to, co już wszyscy wiedzą: Colleen Hoover rozgościła się w New Adult na dobre i nie zamierza oddawać korony nikomu. Rzesza jej fanek rośnie z dnia na dzień i wcale mnie to nie dziwi, bo choć jej książki nie są idealne, to jednak mają najwięcej do zaoferowania, jeśli chodzi o tę kategorię powieści.
Historia Sydney i Ridge’a jest nierozerwalnie spleciona z muzyką; niektóre melodie będą brzmiały znajomo, inne z kolei delikatnie poruszą czułe struny w waszych sercach. Ta piosenka o niełatwej miłości zachwyci zarówno romantyczki, jak i osoby, które lubią twardo stąpać po ziemi. Colleen Hoover doskonale wie, jak tworzyć nietuzinkowe pary i poruszające historie.