Perwerseistka, literaci psuje i matki Polki piszące. Czwarty dzień Apostrofu 2017

Co ma w głowie Masłowska, nie wie nawet sama Masłowska (w przeciwieństwie do badaczy kultury), Twardoch bywa sentymentalny, a pisarze powinni być psujami – publiczność obecna na spotkaniach 18 maja, czyli w czwartym dniu Międzynarodowego Festiwalu Literatury, dowiadywała się rzeczy niebywałych, a na spektaklu Klancyka improwizującego na temat „Sławy” Korwin-Piotrowskiej – nawet jak na tę grupę wyjątkowo absurdalnych. Koncert zespołu Sylwii Chutnik PMS w Warszawie i spotkanie z Wojciechem Kuczokiem w Poznaniu odbyły się na świeżym powietrzu, bo Apostrof przywołał wreszcie prawdziwą wiosnę.

 

Fascynacja kulturą niesmaczną

Dorota Masłowska na premierę książki „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu” przybyła w towarzystwie mistrza obrazu i małomówności Macieja Chorążego, którego grafiki zilustrowały zbiór felietonów publikowanych wcześniej w internetowym „Dwutygodniku”. – Te teksty to perwerseje, a ty jesteś perwerseistką – postawiła diagnozę kulturoznawczyni Justyna Jaworska, prowadząca spotkanie w Teatrze Powszechnym.

Teksty zamieszczone w najnowszej książce Masłowskiej wynikają z niezdrowej fascynacji kulturą, którą sama autorka określała zamiennie jako niesmaczną i okropną. Z drugiej strony jednak przyznała, że wchodząc w interakcje z tymi straszliwymi zjawiskami popkultury miała wrażenie dotykania czegoś znajdującego się bardzo głęboko wewnątrz samej siebie. – Chciałabym oglądać to jako ktoś, kto chodzi do kina, opery i teatru, ale to jest moja rzeczywistość, kultura bloków, z których przecież pochodzę – oceniła pisarka, a prowadząca zwróciła uwagę na wykorzystanie narzędzi antropologicznych w trakcie tych kulturowych badań, nazywając Masłowską „Malinowskim blokowisk”.

Jaworska przyznała się też, że jej znajome grono badaczy kultury zastanawiało się po premierze „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną”, co Masłowska ma w głowie. Doszli do wniosku, że są to dyktafon i mikser. – I nic więcej?! – zdziwiła się widowiskowo Masłowska, a kulturoznawczyni szybko pocieszyła ją, że musi być tam również radar wychwytujący głupotę. Nie udało jej się jednak wydobyć z pisarki wyznania, jak bardzo cierpi dokonując wyłapywania wykwitów idiotyzmu. Masłowska wyjaśniła, że obserwowanie rzeczywistości, szczególnie tej zwyczajnej, na przykład w tramwaju, jest interesujące, a nawet ekscytujące, znacznie ciekawsze niż zajmowanie się na przykład targami śniadaniowymi, które autorka „perwersejów” nazwała „nudnym teatrem”. Doktor Jaworskiej nie udało się również skłonienie Macieja Chorążego do wypowiedzi dłuższej niż jednozdaniowa (najdłuższa brzmiała „Lubię bardzo dużo różnych rzeczy”). Na szczęście część tych różności, a dokładnie niektóre prace wizualne artysty, można było zobaczyć na telebimie.

Kim tak naprawdę jesteś, pisarzu?

– Najkrócej – jestem z pogranicza – odpowiedziała na pytanie zawarte w podtytule, a zadane przez Szczepana Twardocha podczas dyskusji „Do kogo należy polska literatura?”, ukraińska pisarka polskiego pochodzenia Żanna Słoniowska. – Jestem i nie jestem Polką, a piszę po polsku, bo tak mi się podoba – podsumowała swoją autoprezentację

– Jestem z PRL-u i to mnie określa – przedstawił się historycznie Witold Szabłowski, Polak i Mazowszanin z dziada pradziada, a później podał też namiary geograficzne. – Czuję się człowiekiem Wschodu. Jestem zza Buga, chociaż ten obszar rozciąga się aż po Turcję – skonstatował z pewnym zaskoczeniem i chętnie przypisał do tego regionu także Sycylię i Portugalię. – Wschód to świat, w którym jest jeden wielki bajzel, ale jego mieszkaniec dobrze wie, jak kierować w tym bajzlu swoją łodzią.

– Jestem z Warszawy i wielości miejsc nieistniejących: świata polskich Żydów i wielokulturowej Rzeczpospolitej, którą się dziś mitologizuje – wyliczał Piotr Paziński. – Jestem z przeszłości. A jeśli chodzi o język, to jestem z polszczyzny – podsumował.

Z polszczyzny jest również Szczepan Twardoch, ale głównie jako pisarz. Jego prywatnym i najbardziej intymnym językiem, bo rozmawiał nim z dziadkami, jest śląszczyzna, której brzmienie kojąco działa na jego duszę i ciało. – Słysząc śląszczyznę czuję się zaopiekowany. Pewnie dzięki temu psychosomatycznemu związkowi z językiem nigdy nie uda mi się wyprowadzić ze Śląska – powiedział Twardoch budząc swoim czułym wyznaniem zaskoczenie Szabłowskiego, który przyznał z zazdrością, że nie czuje takiego związku z żadnym językiem, a do polszczyzny ma stosunek czysto zadaniowy, jak chłop do konia.

Tak, spotkanie poświęcone temu, do kogo literatura polska należy, w ogromnym stopniu poświęcone było językowi, wielojęzyczności i temu, co wielojęzyczność daje pisarzowi i literaturze. Czy ojczyzną pisarza jest jego język? Na pewno tak, zgodził się Twardoch, ale z kolei drugi język może stwarzać nową perspektywę i dawać nowe możliwości, jak pokazuje przykład Josepha Conrada.

Paziński, który jest nie tylko pisarzem, ale też tłumaczem, bardzo tęskni za polszczyzną, którą utraciliśmy z powodów historycznych, po II wojnie światowej – polszczyzną wieloetniczną, z wielojęzycznymi naleciałościami, jak to się dzieje na przykład w nowojorskiej angielszczyźnie. Najważniejsze, jego zdaniem, by język był żywy. – Róbmy rozbijacką robotę, taki trochę sabotaż, który pozwala kulturze nie zgnuśnieć – zaapelował do pisarzy, by byli psujami języka. – Co pozostaje komuś, kto nie jest psujem? Bycie pisarzem tożsamości albo wspólnoty.

Granie, śpiewanie i leżakowanie z uczciwą dawką rozmowy

W innych miastach Polski też nie brakowało 18 maja spotkań autorskich. Graham Masterton opowiadał w Krakowie o swojej najnowszej powieści „Pogrzebani”, Charlotte Link o „Oszukanej” w Gdańsku, Magdalena Witkiewicz rozmawiała z liczną grupą czytelniczek w Katowicach o powieści „Czereśnie zawsze muszą być dwie”, Jakub Żulczyk o „Wzgórzu Psów” we Wrocławiu, a Wojciech Kuczok o „Czarnej” w Poznaniu, gdzie wraz z publicznością spędzał miłe popołudnie w ogródku na leżakach, rozmawiając też o niepisaniu poezji, pisaniu literatury faktu, a także o… ślaszczyźnie.

Zespół PMS zaśpiewał w słonecznym Ogrodzie Powszechnym hymn Matki Polki Piszącej (z gościnnym udziałem Natalii Fiedorczuk i Anny Dziewit-Meller), a Klancyk improwizował na temat najnowszej książki Karoliny Korwin-Piotrowskiej „Sława”.

Kto nie zdążył wczoraj na spektakl Klancyka, może próbować dziś, jutro i pojutrze (w teatrze Powszechnym w Warszawie), program jest zresztą tak bogaty, że trudno z czegoś zrezygnować, a trzeba, bo w tym samym czasie w różnych miejscach dzieje się dużo, ciekawie i mądrze, więc tylko hasłowo przypomnę: Żulczyk, Kuczok, Masterton i „Pogrzebani”, Link i „Oszukana”, Lunde i „Historia pszczół”, Lagercrantz i „Millennium” (tak!), Klancyk i Orbitowski (ha!), Pablopavo i Ludziki (ach!), Silent Disco z… Chutnik i Nogasiem (hm?), a wreszcie dyskusja „Głosy z dystansu” z udziałem m.in. Wioletty Grzegorzewskiej, Brygidy Helbig i Grażyny Plebanek oraz prowadzącej Justyny Sobolewskiej.

Zapraszamy!

 

Strona Apostrofu z programem Festiwalu

 

Magdalena Walusiak

Zobacz także

Komentarze