| Autor: | Czarkowska Iwona |
| Wydawca: | Replika Wydawnictwo |
| Okładka | miękka |
| Data premiery: | 2010-06-28 |
Iwona Czarkowska powraca kolejną. zwariowaną i absolutnie kobiecą powieścią, w której humor i pogoda ducha okazują się być lekarstwem na wszystko.
Zuzanna Roszkowska, na co dzień agentka nieruchomości, po godzinach kobieta zdolna do wszystkiego i żona prawie idealna, wyczekuje powrotu męża z Londynu. Doktor Roszkowski wraca jednak tylko po to, by oznajmić żonie, że jego kontrakt został przedłużony. Jakby tego było mało, szef Zuzanny postanawia wysłać ją w półroczną delegację do „Miasteczka Wielkiego”, serca polskiej prowincji, które okazuje się być miejscem, w którym dzieje się więcej niż w niejednej metropolii!
Zu będzie musiała się zmierzyć z pewnym uciekającym trupem, pawianami cierpiącymi na depresję, bułgarską agencją towarzyską, sobowtórem Elvisa Presley'a i tajemniczym mężczyzną, który mierzy do niej... z armaty!" Oj, będzie się działo!!!
WYSTĘPUJĄ:
Zuzanna Roszkowska – żona prawie idealna („prawie”
robi wielką różnicę)
Michał Roszkowski – lekarz, który nie mówi po bułgarsku
Barbara Nowik – siostra Zuzanny, która nie przejechała
staruszki w żółtym berecie
Józef, Lech i Karol Kowalowie – bracia, którzy nie mają
domu, mają za to karawan
Alina Kowal – żona Leszka Kowala, która nie chciała, ale
musiała rozwieść się z mężem
Andrzej Korlacki – producent filmowy, który próbował
skorumpować komendanta policji
Franciszek Kukuł – komendant policji, który nie dał się
skorumpować Korlackiemu
Emil Rusinek – aspirant, który zgubił żabę ze szkolnego
terrarium
Nina Michalakowa – nauczycielka, która wiedziała, że
Rusinek zgubił żabę
Patryk Sawicki – szofer Korlackiego, który strzelał do Zuzanny
Karol Jagodziński – mężczyzna, który jechał łowić śledzie
nad Zegrzem
Anita Deresz – kobieta, dla której Karol Jagodziński jechał
łowić śledzie nad Zegrzem
Joanna Jarzębska – sąsiadka Roszkowskich, złota medalistka
w podnoszeniu tramwaju
Paweł Gaweł – policjant, który obiecał Michałowi, że
aresztuje jego żonę
Andrzej Mikulski – właściciel agencji nieruchomości
„Cztery Kąty”, którego czwarta żona uciekła na Bali ze
sprzedawcą pamiątek z Zakopanego
PROLOG
Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Osoba,
która weszła do środka, nie zapaliła światła. Najwidoczniej
doskonale znała rozkład pomieszczeń, bo poruszała się po
omacku, nie wpadając na meble. W pewnym momencie
sięgnęła po krzesło i postawiła je obok szafy. Potem
wspięła się na nie i przez chwilę czegoś szukała. A może
coś chowała? Nawet uważny obserwator nie mógłby tego
stwierdzić w kompletnych ciemnościach. Nagle krzesło
niebezpiecznie się przechyliło. Ten, kto na nim stał, zachwiał
się, ale na szczęście w ostatniej chwili chwycił się
drzwi od szafy i odzyskał równowagę. Musiał jednak zahaczyć
o coś ubraniem, bo rozległ się trzask rozdzieranej
tkaniny. Przez chwilę tajemniczy gość nie poruszał się.
Prawdopodobnie walczył z uwięzioną częścią garderoby.
Potem ostrożnie zeskoczył i po omacku ruszył do wyjścia.
Przy drzwiach zatrzymał się, jakby coś sobie przypomniał.
Wrócił, otworzył lodówkę, zajrzał do środka i pokiwał
z zadowoleniem głową. Po chwili drzwi zamknęły się.
Jeszcze przez chwilę słychać było kroki na korytarzu.
Wreszcie wszystko ucichło. Mieszkańcy domu, pogrążeni
w głębokim śnie, nie mieli pojęcia, że ktoś ich odwiedził…
ROZDZIAŁ I,
WKTÓRYM BLONDYNKI NIE KUPUJĄ
MIESZKAŃ, AAGENCI NIERUCHOMOŚCI
NIE SŁODZĄ KAWY
Zuzanna Roszkowska, przez rodzinę i przyjaciół nazywana
Zu, siedziała przy swoim biurku w agencji nieruchomości
„Cztery Kąty” i kiwała się na krześle. Telefon
milczał, nie było żadnych e-maili. Najwidoczniej kryzys
trzymał się rynku nieruchomości równie mocno jak psia
kupa butów. Z nudów Zu sięgnęła po gazetę leżącą na
sąsiednim biurku. Należało ono do kolegi Jagodzińskiego,
który chwilowo bawił poza firmą.
– Nie wiesz, kiedy Karol wróci? – krzyknęła w stronę
sekretariatu.
– Pojęcia bladego nie mam – odpowiedziała Anita. –
Mówił, że idzie na spotkanie z dobrze rokującym klientem
i że to może się przeciągnąć. Latał po całym biurze jak opętany,
bo w ostatniej chwili zauważył, że oderwała mu się
kieszeń od marynarki. Musiałam mu przyszyć, co by nie
wypadł przed klientem jak ostatnia fleja.
– E tam! Zaraz przed klientem! – Zu parsknęła śmiechem.
Wiedziała swoje. – Laska, która dzwoniła do niego
rano, mówiła jak blondynka z dużym, profesjonalnie zoperowanym
biustem. A takie nie kupują mieszkań. Ale
może bardzo im przeszkadzają oderwane kieszenie w marynarkach?
– Dlaczego? – zainteresowała się Anita, wyciągając
z szuflady wielkie nożyczki.
– Dlaczego przeszkadzają im oderwane kieszenie? Nie
wiem. Karolka się pytaj.
– Nie. Dlaczego nie kupują mieszkań?
– Nie wiesz? One je sobie biorą razem z cudzymi mężami,
ich luksusowymi samochodami, kontami w bankach,
udziałami w spółkach giełdowych i wakacjami w tropikach
– odpowiedziała Roszkowska i przechyliła się na krześle,
żeby zobaczyć minę Anity.
Na widok wielkich nożyc w rękach koleżanki przemknęło
jej przez myśl, że sekretarka zamierza nimi wykastrować
niewiernego Karolka, z którym spotykała się
od dłuższego czasu, dzielnie walcząc z bardzo liczną
konkurencją. Na szczęście Anita jednym machnięciem
przecięła pół ryzy papieru i wrzuciła nożyce do szuflady.
– Ale przy okazji dostaje im się też przerośnięta prostata,
łysiejąca czaszka i sfatygowana wątroba – powiedziała.
– To kiepskie pocieszenie dla porzuconych przechodzonych
żon. Dobrze, że Michał wraca już z tego swojego
Londynu – westchnęła Zu. – Przechodzona, co prawda,
jeszcze nie jestem, ale zawsze lepiej mieć sytuację pod
kontrolą, a małża na oku.
– Małż nie mydło i się nie wymydli – stwierdziła sekretarka,
po czym schyliła się i wyciągnęła z szafki gilotynę
do papieru.
– Ale co mi przyjdzie z mydła, które będzie leżało
w cudzej mydelniczce? – Zu uśmiechnęła się na myśl
o łazience, w której już wkrótce nie będzie musiała kąpać
się sama. W tym kontekście nawet absurdalnie mały metraż
łazienki stawał się zaletą, sprzyjał bowiem wybitnie zacieśnianiu
więzi małżeńskich.
Anita ryknęła śmiechem…
– Ty stara wariatko! – rzuciła do Zu, gdy wreszcie się
opanowała. – Przez ciebie oplułam sobie monitor. Teraz
muszę go wyczyścić. Ale to nawet dobrze, bo już prawie
nic nie było na nim widać.
– Do usług. Następnym razem sama mogę ci go opluć
– odpowiedziała Zu i przerzuciła kilka stron czasopisma,
które znalazła na biurku Karolka. – Posłuchaj, to fajne.
Piszą, jakie głupie rzeczy ludzie robią w pracy. Pewien pracownik
londyńskiego domu maklerskiego z nudów połączył
ze sobą 22 249 spinaczy biurowych. Tego samego
dnia trafił do Księgi rekordów Guinnessa i został wyrzucony
z pracy oraz obciążony kosztami zatrudnienia pracownika,
którego bank musiał zaangażować do rozłączenia
spinaczy.
– A nie wyszłoby taniej, gdyby kupili nowe? – zainteresowała
się Anita, pucując monitor.
– Może te spinacze były metalowe i chcieli je oddać na
złom? A tam na przykład przyjmują tylko pojedyncze, no,
na sztuki? Ci Angole są szurnięci. Ostatnio u Michała
w szpitalu jeden taki zrobił koszmarną awanturę, że mu
ukradli srebrną łyżeczkę.
– No co ty?
– Naprawdę! Bardzo znany profesor wyciągał mu łyżeczkę
z brzucha. Taką małą. Nigdy nie wiem, do czego są
te małe łyżeczki. Moim zdaniem nadają się tylko do
wydłubywania woskowiny z ucha. Facet pracował jako
majordomus u bogatych Angoli i srebra rodowe im podkradał,
a że kontrolowali, to wybierał tylko takie małe.
I połykał. Wyobraź sobie, po kilku godzinach od operacji
gościu się budzi, no to Michał pyta go standardowo: „Jak
się pan nazywa?”, a gościu patrzy na niego i nagle jak nie
wrzaśnie: „Łyżka!”.
– No i co w tym dziwnego? Ja znam jednego, co się nazywa
Ściera. Na dodatek rodzice dali mu na imię Bruno.
– Bruno Ściera? Dla mnie brzmi odjazdowo. Koledzy
w szkole pewnie krzyczeli za nim Brudna Ściera. Ja za to
ostatnio widziałam szyld dentysty: „Gabinet stomatolo-
giczny Grzegorz Bezrąk”. To jak on te zęby boruje? Nogami?
W każdym razie z karty przy łóżku wynikało, że
facet nie nazywa się wcale Łyżka, więc Michał jeszcze raz
pyta: „Jak się pan nazywa?”. A ten jeszcze głośniej:
„Łyżka!”, i rzuca się na niego. Już chcieli delikwenta pod
namiot tlenowy zapakować, bo może doszło do jakiegoś
niedotlenienia mózgu, ale na szczęście ktoś sobie przypomniał
o tej łyżeczce, co ją klient połknął.
– No i co? Znaleźli? Ten profesor naprawdę ją ukradł?
– Szukali wszędzie i nic. W końcu zaczęli podejrzewać,
że znowu mu ją zaszyli. No to szykują faceta do drugiej
operacji. Michał poleciał pogonić salową, co blok operacyjny
sprzątała. A ona na niego z gębą, że jak ona ma skończyć,
kiedy panowie doktory se tu kawiarnie urządzają!
Niedługo panienki zaczną sprowadzać! No to Michu pyta,
o co chodzi z tą kawiarnią? A ona, że łyżeczki z bufetu się
po operacyjnej walają i ona musi odnosić.
– Przestań! Przez ciebie znowu oplułam monitor! Naprawdę
odniosła tę łyżeczkę do bufetu? Fuj! I znaleźli ją?
– No. Jeden ortopeda akurat mieszał nią kawę. Od kiedy
Michał mi o tym opowiedział, wolę pić gorzką. Może
schudnę. Posłuchaj jeszcze tego… Pracownica francuskiego
merostwa zadrukowała jedną kartkę formatu A4
3549 razy z każdej strony. Fajne, nie? – krzyknęła Zu i wychyliła
się, spoglądając w stronę sekretariatu. Krzesło niebezpiecznie
się zachwiało. Zu próbowała chwycić się
krawędzi biurka, ale minęła się z nią o kilka milimetrów
i z hukiem wylądowała na podłodze. Traf chciał, że w tym
samym momencie otworzyły się drzwi wejściowe i drzwi
od pokoju prezesa.
– O! Masz czarne majtki! – zdziwił się uprzejmie Karolek,
wchodząc do pokoju.
– Co pani robi na podłodze? – zdenerwował się Mikulski,
wychodząc z gabinetu. – Proszę natychmiast wstać! Co
sobie klienci pomyślą?
– Przepraszam, panie prezesie. Już wstaję – powiedziała
Zu i szybko pozbierała się z podłogi. – Ale klienci i tak
ostatnio do nas nie przychodzą.
– To wiem i bez pani. – Prezes nerwowo poprawił nowy
krawat w dinozaury. – Ale nawet jak nie przychodzą, to
moi pracownicy powinni zachowywać się jak profesjonaliści.
Anie tym, no, gołym tyłkiem świecić. To jest agencja
nieruchomości, a nie agencja towarzyska.
– Ona miała majtki, szefie. Czarne! Widziałem! –
Usłużny Karolek pospieszył na pomoc koleżance.
– Przymknij się – syknęła w jego stronę Zu.
– Nie przerywajcie mi! Zapomniałem, o czym mówiłem!
– O świeceniu gołym tyłkiem? – Karolek miał najwidoczniej
za sobą bardzo udane spotkanie, bo życzliwość
dla reszty świata wyciekała z niego wszystkimi porami.
Spieszył z pomocą wszystkim, którzy byli w potrzebie,
przynajmniej jego zdaniem.
– O kryzysie mówiłem! Ty, Karol, mógłbyś czasami
myśleć o czymś innym niż… – Mikulski zrobił znaczącą
pauzę i spojrzał ciężkim wzrokiem na swojego pracownika.
– Musimy się wziąć do roboty, bo jeszcze dwa takie miesiące
i trzeba będzie zamknąć firmę. Potrzebni są nowi
klienci. Dużo nowych klientów! A wy co robicie?
Zuzanna myślała, że znowu usłyszy kilka cierpkich
słów na temat swoich ekshibicjonistycznych popisów, bo
prezes oskarżycielsko wyciągnął palec w jej stronę. Ale
nie!
– A ty, Roszkowska, gubisz wszystkie umowy wstępne
na sprzedaż lokali przy Paradoksu. Przez ciebie ludzie nie
mogą podpisać kwitów u notariusza i wprowadzić się do
swoich mieszkań. No i co masz do powiedzenia?
Zu bez problemu potrafiła wypowiedzieć się na rozmaite
tematy. Jako żona lekarza mogłaby na przykład wyjaśnić
Mikulskiemu, dlaczego usuwanie kamieni żółcio-
wych laparoskopem jest lepsze niż tradycyjna operacja.
Albo opisać rodzaje szwów chirurgicznych. Niestety, gdzie
się podziały dokumenty dotyczące nowego domu przy
ulicy Paradoksu już niekoniecznie. Dostała je od szefa
w zeszłym tygodniu. Dałaby sobie rękę uciąć, że schowała
je do szuflady w biurku. Ale na wszelki wypadek tylko
jedną.
– No właśnie – skomentował jej milczenie Mikulski. –
Zaraz zaczną do mnie dzwonić ludzie, którzy kupili
tam mieszkania, i będą się dopytywać, kiedy dostaną klucze?
I co ja mam im powiedzieć? No, jak sądzisz, Roszkowska?
– Żeby zadzwonili później? – próbowała zgadnąć Zu. –
Przecież w końcu uda mi się znaleźć te kwity. Właśnie
miałam się zabrać do szukania.
Mikulski westchnął i spojrzał na nią ciężkim wzrokiem.
– Ty już lepiej niczego nie szukaj. Tym zajmą się Karol
i Anita. A dla ciebie mam…
– Wypowiedzenie? – Zu poczuła, jak nogi się pod nią
uginają, i rozejrzała się w poszukiwaniu krzesła. Niestety,
jedyne wolne miało złamaną nogę po tym, jak się przewróciło.
Oparła się więc o biurko i czekała…
– Nie! Zadanie specjalne. Pojedziesz w delegację!
–W delegację? – Zu odetchnęła z ulgą. Kara nie będzie
jednak tak uciążliwa, jak się można było spodziewać. Kolejny
raz jej się upiecze. – Na trzy dni? To mogę, bez problemu.
Tylko muszę wrócić pod koniec przyszłego
tygodnia, bo mam wizytę u dentysty.
– Jakie trzy dni? Czy ja mówiłem coś o trzech dniach?
Wyjazd jest na pół roku! Podaj mi atlas samochodowy.
– Europy? – zapytała z nadzieją Zu. W końcu jeśli ma
być zesłana do jakiejś dziury, to niech to będzie dziura
w słonecznej Hiszpanii albo w Grecji. Ostatecznie może
być w Chorwacji.
15
– Nie, no skąd! Polski oczywiście!
– To ja mam! –Anita ruszyła do sekretariatu i po chwili
wróciła z atlasem samochodowym pod pachą. Podając go
szefowi, rzuciła: – Kieszeń się panu urwała.
– Faktycznie! Nie zauważyłem wcześniej. Zeszyj to
z łaski swojej. – Mikulski zdjął marynarkę i rzucił ją sekretarce,
a potem zaczął wertować atlas. Po dłuższej chwili
postukał długopisem w środek strony: – Tu!
– Co tu? – Zu przyjrzała się i stwierdziła stanowczo: –
Tu nic nie ma, prezesie.
– Jak to nie ma? A to? – Mikulski pochylił się nad atlasem
i postukał jeszcze raz.
Zu przytknęła nos do miejsca, które pokazywał szef.
– To jakiś paproch jest albo mucha napstrzyła. – Spróbowała
zeskrobać paznokciem malutką czarną plamkę.
– Nie – stwierdził stanowczo szef. – Żaden paproch,
a Miasteczko Wielkie.
– Jakie wielkie, szefie? Przecież z legendy wynika, że
oni tam mają pięć domów na krzyż! To czym my tam będziemy
handlować?
– Paprochami? – zachichotał rozkoszny Karolek.
– Przymknij się, Karolku, z łaski swojej, bo ci zaraz
lutnę – warknęła Zu.
– Uspokójcie się. Miejscowość nazywa się Miasteczko
Wielkie. I wcale nie pięć. To całkiem spore miasto. Mieszkałem
tam kiedyś, to wiem. Po drugie, za kilka lat, za pieniądze
z Unii Europejskiej mają w pobliżu zbudować
zaporę, sztuczne jezioro i wtedy ceny gruntów podskoczą.
A my sobie kupimy co nieco wcześniej i poczekamy na
boom. Jedziesz tam, żeby przygotować dla mnie wykaz
interesujących działek. Rozejrzysz się, zrobisz notatki, nawiążesz
znajomości. Tylko nikomu ani słowa, że jesteś
z agencji nieruchomości, bo jak się rozniesie, to wszyscy
zwietrzą kasę i nikt nam nie sprzeda nawet rozlatującego
się wychodka.
– To co mam im mówić, jak będą pytać, po co tak łażę,
wszędzie zaglądam i węszę?
Mikulski miał najwidoczniej wszystko przemyślane, bo
natychmiast odpowiedział:
– Powiesz, że jesteś pisarką i zbierasz materiały do
książki o ich miejscowości. Jak ludzie usłyszą, że będzie
o nich w książce, to sami do ciebie przylecą. O sobie powiedzą,
na sąsiadów doniosą, władzę oplują. A ty raz na
tydzień zbierzesz wszystko do kupy i przyślesz mailem do
biura.
– Eee… – skrzywił się Karolek. – Kto teraz czyta
książki. Lepiej niech powie, że jest z telewizji i będzie film
kręcić.
– Doskonały pomysł, Karolu – pochwalił pracownika
Mikulski. – Naprawdę!
– To może niech kolega Jagodziński jedzie węszyć
w tej Dziurze Wielkiej? – zaproponowała Zu z czarującym
uśmiechem. – Zawsze mówi, że kobiety biorą go za dziennikarza
z TVN-u. No wiecie, tego co…
– Nie! – krzyknęli równocześnie Anita i Mikulski.
– Dlaczego nie? Ja mogę – zadeklarował się Karolek.
– Nie, bo on zamiast zajmować się inwentaryzacją gruntów
i nieruchomości, będzie latał za babami! – odpowiedział
Mikulski. – Mnie nie interesuje, ile w tej wsi jest
brunetek, blondynek i rudych. I jaką bieliznę każda z nich
nosi. Ja chcę wiedzieć, ile tam jest chałup do kupienia,
i to najlepiej starych, bo łatwiej uzyskamy zgodę na zburzenie.
– Starych? Ja tam wolę młode – skrzywił się Karolek.
– I właśnie dlatego pojedzie Zuzanna. A ty poszukasz
dokumentów z Paradoksu. Jak się nie znajdą do końca
przyszłego tygodnia, to dołączysz do Zuzanny. Nie martw
się, Roszkowska, nie będziesz się tam kręcić po omacku.
Mam w tej miejscowości znajomego. Skontaktujesz się
z nim po przyjeździe, to cię wprowadzi w temat. – Sięgnął
po kartkę, zapisał na niej numer i wręczył ją Zuzannie. –
No to wszystko załatwione. Mogę jutro lecieć na urlop na
Bali. A teraz, Anita, przynieś mi herbatę. Aha, i tę sałatkę
śledziową, którą wczoraj przyniosłem – dodał zadowolony
i zniknął w swoim gabinecie.
Zu trzymała przez chwilę świstek w ręce, wreszcie westchnęła
i schowała go do notatnika. A notatnik do biurka.
Tego samego, które wcześniej pochłonęło dokumenty dotyczące
domu przy ulicy Paradoksu…
– Może tę kartkę też zeżre? – pomyślała z nadzieją.
| Tytuł: | Kobieta do zadań specjalnych |
| Autor: | Czarkowska Iwona |
| Wydawca: | Replika Wydawnictwo |
| Numer wydania: | I |
| Data premiery: | 2010-06-28 |
| Język wydania: | polski |
| Język oryginału: | polski |
| Ilość stron: | 232 |
| Rok wydania: | 2010 |
| Forma: | książka |
| Wymiary: | 200 x 120 |
| Indeks: | 65900772 |