Kobieta do zadań specjalnych

Cena:
20,49 zł
21,90 zł
Wysyłamy w 24h
Autor: Czarkowska Iwona
Wydawca: Replika Wydawnictwo
Okładka miękka
Data premiery: 2010-06-28
do góry
Opis

Iwona Czarkowska powraca kolejną. zwariowaną i absolutnie kobiecą powieścią, w której humor i pogoda ducha okazują się być lekarstwem na wszystko.
 
Zuzanna Roszkowska, na co dzień agentka nieruchomości, po godzinach kobieta zdolna do wszystkiego i żona prawie idealna, wyczekuje powrotu męża z Londynu. Doktor Roszkowski wraca jednak tylko po to, by oznajmić żonie, że jego kontrakt został przedłużony. Jakby tego było mało, szef Zuzanny postanawia wysłać ją w półroczną delegację do „Miasteczka Wielkiego”, serca polskiej prowincji, które okazuje się być miejscem, w którym dzieje się więcej niż w niejednej metropolii!
 
Zu będzie musiała się zmierzyć z pewnym uciekającym trupem, pawianami cierpiącymi na depresję, bułgarską agencją towarzyską, sobowtórem Elvisa Presley'a i tajemniczym mężczyzną, który mierzy do niej... z armaty!" Oj, będzie się działo!!!

do góry
Przeczytaj fragment

 

WYSTĘPUJĄ:

Zuzanna Roszkowska – żona prawie idealna („prawie”

robi wielką różnicę)

Michał Roszkowski – lekarz, który nie mówi po bułgarsku

Barbara Nowik – siostra Zuzanny, która nie przejechała

staruszki w żółtym berecie

Józef, Lech i Karol Kowalowie – bracia, którzy nie mają

domu, mają za to karawan

Alina Kowal – żona Leszka Kowala, która nie chciała, ale

musiała rozwieść się z mężem

Andrzej Korlacki – producent filmowy, który próbował

skorumpować komendanta policji

Franciszek Kukuł – komendant policji, który nie dał się

skorumpować Korlackiemu

Emil Rusinek – aspirant, który zgubił żabę ze szkolnego

terrarium

Nina Michalakowa – nauczycielka, która wiedziała, że

Rusinek zgubił żabę

Patryk Sawicki – szofer Korlackiego, który strzelał do Zuzanny

Karol Jagodziński – mężczyzna, który jechał łowić śledzie

nad Zegrzem

Anita Deresz – kobieta, dla której Karol Jagodziński jechał

łowić śledzie nad Zegrzem

Joanna Jarzębska – sąsiadka Roszkowskich, złota medalistka

w podnoszeniu tramwaju

Paweł Gaweł – policjant, który obiecał Michałowi, że

aresztuje jego żonę

Andrzej Mikulski – właściciel agencji nieruchomości

„Cztery Kąty”, którego czwarta żona uciekła na Bali ze

sprzedawcą pamiątek z Zakopanego

 

PROLOG

Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Osoba,

która weszła do środka, nie zapaliła światła. Najwidoczniej

doskonale znała rozkład pomieszczeń, bo poruszała się po

omacku, nie wpadając na meble. W pewnym momencie

sięgnęła po krzesło i postawiła je obok szafy. Potem

wspięła się na nie i przez chwilę czegoś szukała. A może

coś chowała? Nawet uważny obserwator nie mógłby tego

stwierdzić w kompletnych ciemnościach. Nagle krzesło

niebezpiecznie się przechyliło. Ten, kto na nim stał, zachwiał

się, ale na szczęście w ostatniej chwili chwycił się

drzwi od szafy i odzyskał równowagę. Musiał jednak zahaczyć

o coś ubraniem, bo rozległ się trzask rozdzieranej

tkaniny. Przez chwilę tajemniczy gość nie poruszał się.

Prawdopodobnie walczył z uwięzioną częścią garderoby.

Potem ostrożnie zeskoczył i po omacku ruszył do wyjścia.

Przy drzwiach zatrzymał się, jakby coś sobie przypomniał.

Wrócił, otworzył lodówkę, zajrzał do środka i pokiwał

z zadowoleniem głową. Po chwili drzwi zamknęły się.

Jeszcze przez chwilę słychać było kroki na korytarzu.

Wreszcie wszystko ucichło. Mieszkańcy domu, pogrążeni

w głębokim śnie, nie mieli pojęcia, że ktoś ich odwiedził…

ROZDZIAŁ I,

WKTÓRYM BLONDYNKI NIE KUPUJĄ

MIESZKAŃ, AAGENCI NIERUCHOMOŚCI

NIE SŁODZĄ KAWY

Zuzanna Roszkowska, przez rodzinę i przyjaciół nazywana

Zu, siedziała przy swoim biurku w agencji nieruchomości

„Cztery Kąty” i kiwała się na krześle. Telefon

milczał, nie było żadnych e-maili. Najwidoczniej kryzys

trzymał się rynku nieruchomości równie mocno jak psia

kupa butów. Z nudów Zu sięgnęła po gazetę leżącą na

sąsiednim biurku. Należało ono do kolegi Jagodzińskiego,

który chwilowo bawił poza firmą.

– Nie wiesz, kiedy Karol wróci? – krzyknęła w stronę

sekretariatu.

– Pojęcia bladego nie mam – odpowiedziała Anita. –

Mówił, że idzie na spotkanie z dobrze rokującym klientem

i że to może się przeciągnąć. Latał po całym biurze jak opętany,

bo w ostatniej chwili zauważył, że oderwała mu się

kieszeń od marynarki. Musiałam mu przyszyć, co by nie

wypadł przed klientem jak ostatnia fleja.

– E tam! Zaraz przed klientem! – Zu parsknęła śmiechem.

Wiedziała swoje. – Laska, która dzwoniła do niego

rano, mówiła jak blondynka z dużym, profesjonalnie zoperowanym

biustem. A takie nie kupują mieszkań. Ale

może bardzo im przeszkadzają oderwane kieszenie w marynarkach?

– Dlaczego? – zainteresowała się Anita, wyciągając

z szuflady wielkie nożyczki.

– Dlaczego przeszkadzają im oderwane kieszenie? Nie

wiem. Karolka się pytaj.

– Nie. Dlaczego nie kupują mieszkań?

– Nie wiesz? One je sobie biorą razem z cudzymi mężami,

ich luksusowymi samochodami, kontami w bankach,

udziałami w spółkach giełdowych i wakacjami w tropikach

– odpowiedziała Roszkowska i przechyliła się na krześle,

żeby zobaczyć minę Anity.

Na widok wielkich nożyc w rękach koleżanki przemknęło

jej przez myśl, że sekretarka zamierza nimi wykastrować

niewiernego Karolka, z którym spotykała się

od dłuższego czasu, dzielnie walcząc z bardzo liczną

konkurencją. Na szczęście Anita jednym machnięciem

przecięła pół ryzy papieru i wrzuciła nożyce do szuflady.

– Ale przy okazji dostaje im się też przerośnięta prostata,

łysiejąca czaszka i sfatygowana wątroba – powiedziała.

– To kiepskie pocieszenie dla porzuconych przechodzonych

żon. Dobrze, że Michał wraca już z tego swojego

Londynu – westchnęła Zu. – Przechodzona, co prawda,

jeszcze nie jestem, ale zawsze lepiej mieć sytuację pod

kontrolą, a małża na oku.

– Małż nie mydło i się nie wymydli – stwierdziła sekretarka,

po czym schyliła się i wyciągnęła z szafki gilotynę

do papieru.

– Ale co mi przyjdzie z mydła, które będzie leżało

w cudzej mydelniczce? – Zu uśmiechnęła się na myśl

o łazience, w której już wkrótce nie będzie musiała kąpać

się sama. W tym kontekście nawet absurdalnie mały metraż

łazienki stawał się zaletą, sprzyjał bowiem wybitnie zacieśnianiu

więzi małżeńskich.

Anita ryknęła śmiechem…

– Ty stara wariatko! – rzuciła do Zu, gdy wreszcie się

opanowała. – Przez ciebie oplułam sobie monitor. Teraz

muszę go wyczyścić. Ale to nawet dobrze, bo już prawie

nic nie było na nim widać.

– Do usług. Następnym razem sama mogę ci go opluć

– odpowiedziała Zu i przerzuciła kilka stron czasopisma,

które znalazła na biurku Karolka. – Posłuchaj, to fajne.

Piszą, jakie głupie rzeczy ludzie robią w pracy. Pewien pracownik

londyńskiego domu maklerskiego z nudów połączył

ze sobą 22 249 spinaczy biurowych. Tego samego

dnia trafił do Księgi rekordów Guinnessa i został wyrzucony

z pracy oraz obciążony kosztami zatrudnienia pracownika,

którego bank musiał zaangażować do rozłączenia

spinaczy.

– A nie wyszłoby taniej, gdyby kupili nowe? – zainteresowała

się Anita, pucując monitor.

– Może te spinacze były metalowe i chcieli je oddać na

złom? A tam na przykład przyjmują tylko pojedyncze, no,

na sztuki? Ci Angole są szurnięci. Ostatnio u Michała

w szpitalu jeden taki zrobił koszmarną awanturę, że mu

ukradli srebrną łyżeczkę.

– No co ty?

– Naprawdę! Bardzo znany profesor wyciągał mu łyżeczkę

z brzucha. Taką małą. Nigdy nie wiem, do czego są

te małe łyżeczki. Moim zdaniem nadają się tylko do

wydłubywania woskowiny z ucha. Facet pracował jako

majordomus u bogatych Angoli i srebra rodowe im podkradał,

a że kontrolowali, to wybierał tylko takie małe.

I połykał. Wyobraź sobie, po kilku godzinach od operacji

gościu się budzi, no to Michał pyta go standardowo: „Jak

się pan nazywa?”, a gościu patrzy na niego i nagle jak nie

wrzaśnie: „Łyżka!”.

– No i co w tym dziwnego? Ja znam jednego, co się nazywa

Ściera. Na dodatek rodzice dali mu na imię Bruno.

– Bruno Ściera? Dla mnie brzmi odjazdowo. Koledzy

w szkole pewnie krzyczeli za nim Brudna Ściera. Ja za to

ostatnio widziałam szyld dentysty: „Gabinet stomatolo-

giczny Grzegorz Bezrąk”. To jak on te zęby boruje? Nogami?

W każdym razie z karty przy łóżku wynikało, że

facet nie nazywa się wcale Łyżka, więc Michał jeszcze raz

pyta: „Jak się pan nazywa?”. A ten jeszcze głośniej:

„Łyżka!”, i rzuca się na niego. Już chcieli delikwenta pod

namiot tlenowy zapakować, bo może doszło do jakiegoś

niedotlenienia mózgu, ale na szczęście ktoś sobie przypomniał

o tej łyżeczce, co ją klient połknął.

– No i co? Znaleźli? Ten profesor naprawdę ją ukradł?

– Szukali wszędzie i nic. W końcu zaczęli podejrzewać,

że znowu mu ją zaszyli. No to szykują faceta do drugiej

operacji. Michał poleciał pogonić salową, co blok operacyjny

sprzątała. A ona na niego z gębą, że jak ona ma skończyć,

kiedy panowie doktory se tu kawiarnie urządzają!

Niedługo panienki zaczną sprowadzać! No to Michu pyta,

o co chodzi z tą kawiarnią? A ona, że łyżeczki z bufetu się

po operacyjnej walają i ona musi odnosić.

– Przestań! Przez ciebie znowu oplułam monitor! Naprawdę

odniosła tę łyżeczkę do bufetu? Fuj! I znaleźli ją?

– No. Jeden ortopeda akurat mieszał nią kawę. Od kiedy

Michał mi o tym opowiedział, wolę pić gorzką. Może

schudnę. Posłuchaj jeszcze tego… Pracownica francuskiego

merostwa zadrukowała jedną kartkę formatu A4

3549 razy z każdej strony. Fajne, nie? – krzyknęła Zu i wychyliła

się, spoglądając w stronę sekretariatu. Krzesło niebezpiecznie

się zachwiało. Zu próbowała chwycić się

krawędzi biurka, ale minęła się z nią o kilka milimetrów

i z hukiem wylądowała na podłodze. Traf chciał, że w tym

samym momencie otworzyły się drzwi wejściowe i drzwi

od pokoju prezesa.

– O! Masz czarne majtki! – zdziwił się uprzejmie Karolek,

wchodząc do pokoju.

– Co pani robi na podłodze? – zdenerwował się Mikulski,

wychodząc z gabinetu. – Proszę natychmiast wstać! Co

sobie klienci pomyślą?

– Przepraszam, panie prezesie. Już wstaję – powiedziała

Zu i szybko pozbierała się z podłogi. – Ale klienci i tak

ostatnio do nas nie przychodzą.

– To wiem i bez pani. – Prezes nerwowo poprawił nowy

krawat w dinozaury. – Ale nawet jak nie przychodzą, to

moi pracownicy powinni zachowywać się jak profesjonaliści.

Anie tym, no, gołym tyłkiem świecić. To jest agencja

nieruchomości, a nie agencja towarzyska.

– Ona miała majtki, szefie. Czarne! Widziałem! –

Usłużny Karolek pospieszył na pomoc koleżance.

– Przymknij się – syknęła w jego stronę Zu.

– Nie przerywajcie mi! Zapomniałem, o czym mówiłem!

– O świeceniu gołym tyłkiem? – Karolek miał najwidoczniej

za sobą bardzo udane spotkanie, bo życzliwość

dla reszty świata wyciekała z niego wszystkimi porami.

Spieszył z pomocą wszystkim, którzy byli w potrzebie,

przynajmniej jego zdaniem.

– O kryzysie mówiłem! Ty, Karol, mógłbyś czasami

myśleć o czymś innym niż… – Mikulski zrobił znaczącą

pauzę i spojrzał ciężkim wzrokiem na swojego pracownika.

– Musimy się wziąć do roboty, bo jeszcze dwa takie miesiące

i trzeba będzie zamknąć firmę. Potrzebni są nowi

klienci. Dużo nowych klientów! A wy co robicie?

Zuzanna myślała, że znowu usłyszy kilka cierpkich

słów na temat swoich ekshibicjonistycznych popisów, bo

prezes oskarżycielsko wyciągnął palec w jej stronę. Ale

nie!

– A ty, Roszkowska, gubisz wszystkie umowy wstępne

na sprzedaż lokali przy Paradoksu. Przez ciebie ludzie nie

mogą podpisać kwitów u notariusza i wprowadzić się do

swoich mieszkań. No i co masz do powiedzenia?

Zu bez problemu potrafiła wypowiedzieć się na rozmaite

tematy. Jako żona lekarza mogłaby na przykład wyjaśnić

Mikulskiemu, dlaczego usuwanie kamieni żółcio-

wych laparoskopem jest lepsze niż tradycyjna operacja.

Albo opisać rodzaje szwów chirurgicznych. Niestety, gdzie

się podziały dokumenty dotyczące nowego domu przy

ulicy Paradoksu już niekoniecznie. Dostała je od szefa

w zeszłym tygodniu. Dałaby sobie rękę uciąć, że schowała

je do szuflady w biurku. Ale na wszelki wypadek tylko

jedną.

– No właśnie – skomentował jej milczenie Mikulski. –

Zaraz zaczną do mnie dzwonić ludzie, którzy kupili

tam mieszkania, i będą się dopytywać, kiedy dostaną klucze?

I co ja mam im powiedzieć? No, jak sądzisz, Roszkowska?

– Żeby zadzwonili później? – próbowała zgadnąć Zu. –

Przecież w końcu uda mi się znaleźć te kwity. Właśnie

miałam się zabrać do szukania.

Mikulski westchnął i spojrzał na nią ciężkim wzrokiem.

– Ty już lepiej niczego nie szukaj. Tym zajmą się Karol

i Anita. A dla ciebie mam…

– Wypowiedzenie? – Zu poczuła, jak nogi się pod nią

uginają, i rozejrzała się w poszukiwaniu krzesła. Niestety,

jedyne wolne miało złamaną nogę po tym, jak się przewróciło.

Oparła się więc o biurko i czekała…

– Nie! Zadanie specjalne. Pojedziesz w delegację!

–W delegację? – Zu odetchnęła z ulgą. Kara nie będzie

jednak tak uciążliwa, jak się można było spodziewać. Kolejny

raz jej się upiecze. – Na trzy dni? To mogę, bez problemu.

Tylko muszę wrócić pod koniec przyszłego

tygodnia, bo mam wizytę u dentysty.

– Jakie trzy dni? Czy ja mówiłem coś o trzech dniach?

Wyjazd jest na pół roku! Podaj mi atlas samochodowy.

– Europy? – zapytała z nadzieją Zu. W końcu jeśli ma

być zesłana do jakiejś dziury, to niech to będzie dziura

w słonecznej Hiszpanii albo w Grecji. Ostatecznie może

być w Chorwacji.

15

– Nie, no skąd! Polski oczywiście!

– To ja mam! –Anita ruszyła do sekretariatu i po chwili

wróciła z atlasem samochodowym pod pachą. Podając go

szefowi, rzuciła: – Kieszeń się panu urwała.

– Faktycznie! Nie zauważyłem wcześniej. Zeszyj to

z łaski swojej. – Mikulski zdjął marynarkę i rzucił ją sekretarce,

a potem zaczął wertować atlas. Po dłuższej chwili

postukał długopisem w środek strony: – Tu!

– Co tu? – Zu przyjrzała się i stwierdziła stanowczo: –

Tu nic nie ma, prezesie.

– Jak to nie ma? A to? – Mikulski pochylił się nad atlasem

i postukał jeszcze raz.

Zu przytknęła nos do miejsca, które pokazywał szef.

– To jakiś paproch jest albo mucha napstrzyła. – Spróbowała

zeskrobać paznokciem malutką czarną plamkę.

– Nie – stwierdził stanowczo szef. – Żaden paproch,

a Miasteczko Wielkie.

– Jakie wielkie, szefie? Przecież z legendy wynika, że

oni tam mają pięć domów na krzyż! To czym my tam będziemy

handlować?

– Paprochami? – zachichotał rozkoszny Karolek.

– Przymknij się, Karolku, z łaski swojej, bo ci zaraz

lutnę – warknęła Zu.

– Uspokójcie się. Miejscowość nazywa się Miasteczko

Wielkie. I wcale nie pięć. To całkiem spore miasto. Mieszkałem

tam kiedyś, to wiem. Po drugie, za kilka lat, za pieniądze

z Unii Europejskiej mają w pobliżu zbudować

zaporę, sztuczne jezioro i wtedy ceny gruntów podskoczą.

A my sobie kupimy co nieco wcześniej i poczekamy na

boom. Jedziesz tam, żeby przygotować dla mnie wykaz

interesujących działek. Rozejrzysz się, zrobisz notatki, nawiążesz

znajomości. Tylko nikomu ani słowa, że jesteś

z agencji nieruchomości, bo jak się rozniesie, to wszyscy

zwietrzą kasę i nikt nam nie sprzeda nawet rozlatującego

się wychodka.

– To co mam im mówić, jak będą pytać, po co tak łażę,

wszędzie zaglądam i węszę?

Mikulski miał najwidoczniej wszystko przemyślane, bo

natychmiast odpowiedział:

– Powiesz, że jesteś pisarką i zbierasz materiały do

książki o ich miejscowości. Jak ludzie usłyszą, że będzie

o nich w książce, to sami do ciebie przylecą. O sobie powiedzą,

na sąsiadów doniosą, władzę oplują. A ty raz na

tydzień zbierzesz wszystko do kupy i przyślesz mailem do

biura.

– Eee… – skrzywił się Karolek. – Kto teraz czyta

książki. Lepiej niech powie, że jest z telewizji i będzie film

kręcić.

– Doskonały pomysł, Karolu – pochwalił pracownika

Mikulski. – Naprawdę!

– To może niech kolega Jagodziński jedzie węszyć

w tej Dziurze Wielkiej? – zaproponowała Zu z czarującym

uśmiechem. – Zawsze mówi, że kobiety biorą go za dziennikarza

z TVN-u. No wiecie, tego co…

– Nie! – krzyknęli równocześnie Anita i Mikulski.

– Dlaczego nie? Ja mogę – zadeklarował się Karolek.

– Nie, bo on zamiast zajmować się inwentaryzacją gruntów

i nieruchomości, będzie latał za babami! – odpowiedział

Mikulski. – Mnie nie interesuje, ile w tej wsi jest

brunetek, blondynek i rudych. I jaką bieliznę każda z nich

nosi. Ja chcę wiedzieć, ile tam jest chałup do kupienia,

i to najlepiej starych, bo łatwiej uzyskamy zgodę na zburzenie.

– Starych? Ja tam wolę młode – skrzywił się Karolek.

– I właśnie dlatego pojedzie Zuzanna. A ty poszukasz

dokumentów z Paradoksu. Jak się nie znajdą do końca

przyszłego tygodnia, to dołączysz do Zuzanny. Nie martw

się, Roszkowska, nie będziesz się tam kręcić po omacku.

Mam w tej miejscowości znajomego. Skontaktujesz się

z nim po przyjeździe, to cię wprowadzi w temat. – Sięgnął

po kartkę, zapisał na niej numer i wręczył ją Zuzannie. –

No to wszystko załatwione. Mogę jutro lecieć na urlop na

Bali. A teraz, Anita, przynieś mi herbatę. Aha, i tę sałatkę

śledziową, którą wczoraj przyniosłem – dodał zadowolony

i zniknął w swoim gabinecie.

Zu trzymała przez chwilę świstek w ręce, wreszcie westchnęła

i schowała go do notatnika. A notatnik do biurka.

Tego samego, które wcześniej pochłonęło dokumenty dotyczące

domu przy ulicy Paradoksu…

– Może tę kartkę też zeżre? – pomyślała z nadzieją.

 

do góry
Bądź pierwszy i dodaj recenzję
Zamknij
Dziękujemy za dodanie recenzji
Zamknij
Dodaj recenzję
Tytuł:
 
Recenzja:
W przypadku naruszenia Regulaminu Twój wpis zostanie usunięty.
 
Nick
 
do góry
Forum
Bądź pierwszy i dodaj nowy wątek
Zamknij
Dziękujemy za dodanie nowego wątku
Zamknij
Dodaj temat na forum
Tytuł:
 
Wątek:
W przypadku naruszenia Regulaminu Twój wpis zostanie usunięty.
 
Nick
 
do góry
Dane szczegółowe
Tytuł: Kobieta do zadań specjalnych
Autor: Czarkowska Iwona
Wydawca: Replika Wydawnictwo
Numer wydania: I
Data premiery: 2010-06-28
Język wydania: polski
Język oryginału: polski
Ilość stron: 232
Rok wydania: 2010
Forma: książka
Wymiary: 200 x 120
Indeks: 65900772
do góry
Tagi Kobieta do zadań specjalnych
Ten produkt nie został jeszcze otagowany. Bądź pierwszy.