Jerzy Stuhr: Między strachem Kafki i humorem Szwejka
Mam w ręku książkę, która ukazała się parę miesięcy temu: "Stuhrowie. Historie rodzinne". Przeczytałam wstęp, obejrzałam zdjęcia, a potem zaczęłam czytać i poczułam, oprócz zainteresowania, także ogromny wstyd i zazdrość. Wstyd dlatego, że badania historii własnej rodziny odłożyłam parę lat temu na półkę tłumacząc się brakiem czasu. Ale skoro pan znalazł czas na opracowanie tego materiału, to chyba każdy ma taką możliwość. Natomiast zazdrość poczułam, ponieważ też chciałabym mieć taką książkę o własnej rodzinie. Jak napisać historię swojej rodziny?
Książka ukazała się ponad pół roku temu, nieprzewidująco fantastycznie się sprzedaje, co jest bardzo miłe, a najpiękniejszą recenzję usłyszałem na którymś ze spotkań, których odbyłem sporo, właściwie zjechałem całą Polskę. To były słowa pewnej pani, która powiedziała: „Po przeczytaniu tej książki postanowiłam posegregować zdjęcia rodzinne”. Taka prosta rzecz! To było dla mnie ogromnie satysfakcjonujące, że ktoś pod wpływem mojej książki postanowił sięgnąć do historii swojej rodziny i zacząć od segregowania fotografii. Jestem przekonany, że pani też może to zrobić, zaczynając od bardzo prostych czynności. Zresztą ja też tak zaczynałem.
Ta przygoda zaczęła się właściwie po śmierci mojego ojca, kiedy podczas porządkowania rzeczy po nim otworzyłem jego biurko i zobaczyłem, jak wielką wagę ten człowiek przykładał do rodzinnych drobiazgów. Gdy zobaczyłem pudełeczko, gdzie były zgromadzone wszystkie kartki, które napisałem do mamy i do niego z zagranicy, z moich wojaży. Wszystko było posegregowane. Po co? Nie wiadomo. Może po to, żeby ktoś kiedyś po nie sięgnął...
Do tego pamiętnik mojego dziadka z najcięższego w życiu człowieka okresu - z uwięzienia w Auschwitz, gdzie nie wolno było pisać, a on jednak pisał...
Kiedy zbierze się kilka takich rzeczy, zobaczy, że twoi przodkowie mieli ambicję, żeby coś segregować, zatrzymać... I wielkie szczęście tego miasta, Krakowa, że wszystko się uratowało, nie zginęło. To spowodowało we mnie taki przypływ chęci zatrzymania tego wszystkiego, że odłożyłem lub zminimalizowałem moje sprawy zawodowe i poświęciłem się tylko temu zadaniu.
Dodatkowo jeszcze zmobilizowało mnie to, o czym napisałem we wstępie: całe moje życie zawodowe powodowało, że brakowało mnie w rodzinie. Tymi opowieściami, które przelałem na papier, byłem karmiony przez całe dzieciństwo: babcia i rodzice opowiadali o mojej rodzinie. I tych opowieści moim dzieciom, z racji tego, że mało z nimi przebywałem, już nie przekazałem. Pomyślałem sobie, że przynajmniej to napiszę, żeby wszystko, co pamiętam o mojej rodzinie, pozostało. Tymczasem okazało się, że ludzie wdzięcznie to czytają.
Przypuszczam, że jednym z najcenniejszych odkryć podczas pisania tej książki było to, że dzieci bardzo silnie odbierały każdą chwilę pańskiej obecności w domu i właśnie w tej książce piszą, że nie mają żalu z powodu pańskich częstych wyjazdów.
Moja córka wręcz połknęła tego bakcyla. W tej chwili zna nasze domowe archiwum lepiej niż ja. To ona robiła oprawę graficzną...
... łącznie z drzewem genealogicznym...
Wszystko opracowała właśnie ona. Wydawnictwo zgodziło się i córka przygotowała książkę jako dyplomowana graficzka Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.
Syn miał dziwne wzrastanie, zresztą jego karierę śledzą państwo poniekąd: to był chłopczyk wychowany w teatrze, więc „skażenie” tym zawodem odebrał od samego dzieciństwa. Jak przyjeżdżałem do domu, teatr wykorzystywał mnie do grania. Grałem codziennie, całe wieczory spędzałem w teatrze, a syn szedł ze mną. W Teatrze Starym w Krakowie, szczęśliwie w jego najpiękniejszym okresie, miał swoje miejsce - kocyk przygotowany na balkonie - i wszystkie spektakle nie tyle poznawał, ale uczył się ich na pamięć! Potrafił w domu odgrywać całego „Rewizora” Gogola czy „Zbrodnię i karę”. Dość ponure tematy to dziecko odgrywało, pastwiąc się oczywiście na siostrze.
Później odreagował to w kabarecie?
Tak, później jakoś mu to wyszło na zdrowie, ale to było jego wychowanie. Kiedy zwrócił się w kierunku aktorstwa, nie miałem stresu, wiedziałem, że ma możliwości i że jest do tego po prostu dobrze przygotowany. Tak to bywa, że ten zawód przechodzi z pokolenia na pokolenie.
Podsunął Pan ciekawy trop osobom, które chciałyby opracować historię własnej rodziny: skorzystać z pomocy rodziny właśnie.
Okazuje się, że dzieci są bardzo wdzięcznym materiałem, łapią to i są zdolne pomóc. A nam pomógł jeszcze przypadek. Zgodziliśmy się kiedyś, zanim pojawiła się idea, aby tę książkę zrobić - dobrze mówię, nawet nie napisać, a zrobić, bo więcej czasu zabierało wyszukiwanie, dopytywanie się itd. niż samo pisanie...
... sięgnął Pan na przykład po spis ludności, żeby się dowiedzieć, ile sług było w domu pradziadków.
O właśnie, i w tym pomogli mi ludzie. Kiedyś zgodziliśmy się wziąć udział w programie telewizyjnym, w którym szukano rodzinnych korzeni, nazywał się chyba „Sekrety rodzinne”. Po paru programach to padło, ale myśmy się załapali i przydzielono nam kilku zawodowych genealogów, którzy w fachowo zajęli się naszą rodziną, tzn. zaczęli szukać po parafiach, po spisach ludności i tak dalej. I to oni znaleźli miejscowości w Austrii, gdzie urodzili się moja prababcia i mój pradziadek. Wiedziałem, że było to gdzieś pod Wiedniem, ale ze śmiercią dziadka wiedza o tych miejscach umarła. Natomiast genealodzy je znaleźli i to był moment, kiedy zdałem sobie sprawę, że mamy mnóstwo wiadomości. Tyle nowych rzeczy! Kiedy pojechałem do tych dwóch wiosek przy granicy czesko-austriackiej, w jednej z nich chciano mnie nawet zrobić honorowym obywatelem. Paradoks chciał, że przez całe lata pracując w Italii przejeżdżałem przez te miejscowości, nie wiedząc, że są tam moje korzenie. Kiedy to się okazało, zobaczyłem, skąd pochodzę, skąd pochodzi mój temperament i moje poczucie humoru. Że cała moja osobowość jest rozpięta między eschatologicznym strachem Franza Kafki i kretynizmem wojaka Szwejka. (śmiech publiczności i gromkie oklaski)
W miejscowości, z której pochodził pradziadek, wyszliśmy na spacer do winnic i zobaczyliśmy zamek w Mikołowie. Dosłownie granica austriacko-czeska, którą przekraczam. I wtedy pomyślałem sobie: „Tak, jestem stąd”. Dlatego łączy się we mnie egzystencjalny strach z humorem Szwejka i nie widzę w tym sprzeczności. Ludzi z innych kręgów kulturowych zadziwia czasem to, jak potrafimy połączyć strach i śmieszność jednocześnie, na przykład w sztukach Witkacego. Są one śmieszne, ale i strasznie tragiczne. Jak uczyłem ludzi na całym świecie ludzi na przykład na materiale z Witkacego, to nie mogli zrozumieć i pytali, czy to jest takie jak Strindberg albo niemiecki ekspresjonizm. A ja wyjaśniałem: „To i jeszcze humor!” To się nazywa pochodzeniem z Mitteleuropy. Właśnie ta kraina rozpostarta pomiędzy Krakowem, Pragą i Wiedniem aż po Triest jest moją krainą. I z tego trzeba czerpać. Dopiero książka dokładnie mi uzmysłowiła, że to jest moje pochodzenie. Taki powinienem być i to jest mój bagaż i materiał do każdego życia: prywatnego i twórczego.
Nie zapomnę opowieści o tym, jak jedna z pańskich krewniaczek otrzymała od starającego się o nią kawalera dziurawe skarpetki do pocerowania. Chciał w ten sposób przetestować, czy jest dobrą gospodynią.
Tak było!
Jak Pan docierał do takich opowieści sprzed ponad stu lat?
Tym bardziej, że przecież moja rodzina nie była bardzo liczna. Takie historie nie rozprzestrzeniały się przez ciotki i wujków, bo w rodzinie było wielu jedynaków. Sam zresztą byłem jedynakiem, podobnie jak moja mama i tata również, więc nie mam wujków. Właściwie mam mało krewnych, za to jest dalsza rodzina, z którą staram się utrzymywać więzy poprzez to, że informujemy się o różnych rzeczach.
Akurat anegdota, którą pani przypomniała, była zapisana, ale wiele tylko zasłyszałem. Do tego miałem sporo wątpliwości, bo inaczej opowiadała je babcia, a trochę inaczej moja mama. Jak to zebrać i na ile posunąć się w książce do fabularyzacji? To był główny temat, który omawiałem z panią redaktor Pawlicką, która pomagała mi opanować całe tony materiału. Mnie ciągnęło do fabuły, bo człowieka ciągnie, jak pisze scenariusze filmowe. Wszystko widzi się poprzez swoją wizję i chciałoby się przetworzyć. Ale trzeba się zatrzymać, bo fakty są faktami, więc wybierałem taką drogę, która nie pozwalała puszczać za bardzo wodzów wyobraźni. W pierwszej części, dotyczącej XIX wieku, jest tego więcej. Potem, im bliżej dnia dzisiejszego, tym bardziej wycofywałem się z fabularyzacji.
Zastanawiałam się, skąd Pan wziął opisy służby w domu pana pradziadków, którzy sprowadzili się do Krakowa. O jednej ze służących pisze Pan na przykład: „Dzieliła pokój z Agnieszką Palką spod Myślenic, niezbyt rozgarniętą dziewczyną. Za to poczciwą i bardzo czystą. Czy to w domu, czy w restauracji potrafiła wszystko wyglancować tak, że aż lśniło. Jej przeciwieństwem była Regina Michalik, trzecia współlokatorka w żeńskim pokoju służby. Ta z kolei w pracach domowych lenia miała za skórą, ale potrafiła wszystko załatwić. Choć najmłodsza z całej służby, targować umiała się do upadłego”.
A jaka jest prawda? Wiedziałem tylko tyle, że we trzy mieszkały w pokoju, bo to było opisane w dokumentach, i że najwięcej rachunków na przykład za rzodkiewkę było podpisanych przez tę trzecią. Czyli musiała być najaktywniejszą z nich (śmiech publiczności). Reszta jest już tym, co aptekarze nazywają massa tabulettae.
To było logiczne myślenie scenarzysty, co i jak mogło się zdarzyć w latach 80. XIX wieku w Krakowie - przecież wtedy na Plantach wszystko się kończyło, było jeszcze tylko parę ulic po boku. Wyspiański mieszkał na Krowoderskiej, a do Alej kończyło się całe miasto. W związku z tym jeśli moi pradziadowie mieszkali tuż przy Plantach, gdzie wynajmowali dworek, w którym mieściła się redakcja „Czasu”, słynnego pisma krakowskiego, to jedyną drogą na Rynek była ulica Sławkowska. Przy ulicy Sławkowskiej znajdował się sklep meblowy pana Iglickiego, który stał się moim pradziadem od strony mamy ojca. Przecież pani Stuhrowa musiała codziennie koło tego sklepu przechodzić. A sklep był wizytówką Krakowa na tamte czasy. Nie mogła nie wejść i nie pooglądać mebli i różnych bibelotów, które tam się znajdowały. Tak mogła zadzierzgnąć się znajomość pomiędzy panią Stuhrową a panem Iglickim, który został moim pradziadkiem, bo jego córka wyszła za syna pani Stuhrowej.
Do tego, dodajmy, jest jeszcze fantastyczne tło: kawał historii Krakowa...
I tu bardzo pomogła mi pani redaktor Pawlicka, która wyszukiwała informacje o historii miasta paralelne do historii mojej rodziny. Pomyślałem sobie tak: skoro przez całe życie oddaję hołd mojemu miastu, spłacam moje długi wobec tego miasta, to dobrze by było, żeby oprócz historii mojej rodziny znalazły się w tej książce informacje, co działo się wtedy w Krakowie. Miasto niezwykle się wtedy rozwijało, to był nieprawdopodobny boom. Właściwie to jedyna motywacja, którą znalazłem, dla przeprowadzki moich pradziadków do Krakowa. Na początku, kiedy nie znałem jeszcze historii, sądziłem, że były to powody ekonomiczne, że po prostu było tam taniej niż na przykład w Wiedniu czy w Brnie. Były przecież bliższe miasta, choćby Ołomuniec, gdzie mogli się osiedlić. A oni przyjechali do Krakowa, na obrzeża cesarstwa. A potem dowiedziałem się, że przyjechali, zatrudnili służbę, wynajęli kamienicę i restaurację, czyli musieli przyjechać z pieniędzmi! Więc nie chodziło o to, że byli biedni i zaczynali życie tam, gdzie było taniej. Mieli pieniądze i jedyną odpowiedź na pytanie „Dlaczego Kraków?” znalazłem szperając w wiadomościach o tym, co działo się wtedy w mieście. Że Austriacy zmienili koryto Wisły, obudowali Wawel budynkami administracji...
... wprowadzili elektryczność...
Właśnie! Po prostu to miasto było wtedy w wielkim boomie i warto było w nim mieszkać.
I jeszcze jedna rzecz, najważniejsza: przez całe życie przemierzam świat, w moim zawodzie to normalne, i spotkałem za granicą naprawdę imponującą liczbę ludzi. Wielu garnie się do mnie na spotkaniach poza Polską i są to ludzie w różnym wieku, młodzi i starsi, z różnych okresów emigracji: 1968 roku, 1980, a także ostatnia emigracja zarobkowa. Często wyczuwam na spotkaniach, że w powietrzu wisi pytanie: „Co robić? Zostać? Wrócić?” Takie typowo polskie rozdarcie. Przez całe lata grałem w sztuce Sławomira Mrożka „Emigranci” ze świętej pamięci Jerzym Bińczyckim. Teraz reżyseruję „Emigrantów” we Włoszech i jestem tym bardzo wzruszony. Przyjechałem do Kazimierza po kolejnym etapie prób, a w październiku będzie premiera. Czyli znam to rozdarcie.
O młodych ludziach dzisiaj za granicą trudno powiedzieć, że to emigranci. No są, z różnych powodów, najczęściej sami oficjalnie ich wysyłamy w ramach studenckich programów Socrates Erasmus, sam organizowałem takie wyjazdy w szkole teatralnej. Ale widzę, że ten mój kochany Socrates i Erasmus ma już dziewczynę Angielkę i kombinuje, czy tego Socratesa nie zamienić na jakiś inny status. Widzę w jego oczach pytanie o radę. Nie umiałbym udzielić takiej porady, ale swoją książką starałem się powiedzieć jedno: moja rodzina była w bardzo podobnej sytuacji. I tak sobie myślę, choć może to, co powiem, nie jest zbyt popularne: nieważne, skąd przychodzisz. Nieważne nawet, gdzie są twoje korzenie. Ważna jest lojalność do kraju, który cię przyjął, dał ci pracę i pozwolił ci żyć. I dał ci uprawnienia. Jednym z najważniejszych dokumentów w życiu mojego pradziada było tak zwane „poświadczenie swojszczyzny”. Musiał oczywiście wykazać się dobrami materialnymi, lojalnością, pracą etc., ale tym poświadczeniem po ponad dziesięciu latach zrównano go z prawami obywateli Polski. To był święty dokument w mojej rodzinie! I największy sukces mojego pradziadka. A także to, że został radnym miasta Podgórze, które dzisiaj jest dzielnicą Krakowa leżącą obok Kazimierza.
I to chciałem pokazać: jestem lojalny w stosunku do krainy, która mnie przyjęła, gdzie spotkałem się z życzliwością, gdzie dano mi pracować, gdzie dano mi odnosić sukcesy. O! To jest w jakimś sensie moje poczucie patriotyzmu i tego nauczyłem się od moich pradziadków.
Zapis fragmentów spotkania z Jerzym Stuhrem w plenerowym salonie empiku podczas Festiwalu Filmu i Sztuki "Dwa Brzegi" w Kazimierzu Dolnym. Rozmawiała Magdalena Walusiak.
-
Brak komentarzy
-
-

2008-11-12, 09:00
Jerzego Stuhra portret rodzinny
Książka Jerzego Stuhra „Stuhrowie. Historie rodzinne” ukaże się 20 listopada nakładem Wydawnictwa Literackiego. Dzięki tej publikacji czytelnik po raz pierwszy będzie mógł wejść w prywatny świat znanej krakowskiej rodziny. Wybitny aktor rozpoczyna swą opowieść w roku 1879, kiedy to jego pradziadkowie - Leopold i Anna Stuhrowie opuszczają rodzinny Schrattenberg i w poszukiwaniu swojego miejsca na... Więcej
-

2009-07-29, 10:17
Plenerowy empik na festiwalu Dwa Brzegi
Zapraszamy do plenerowego empiku w Kazimierzu n/Wisłą, gdzie widzowie i goście Dwóch Brzegów będą mogli skorzystać ze starannie dobranej Więcej





Strona główna



