katalog produktów
2009-07-02, 12:23

Wybierz się w podróż do "Hotelu Transylvania"

"Hotel Transylvania" Chelsei Quinn Yarbro jest pierwszym tomem cyklu o tajemniczym hrabim – wampirze Saint-Germain.

 

Paryż, rok 1743. Hrabiego Saint-Germain otacza atmosfera tajemniczości. Jest zawsze ubrany na czarno, przystojny i niedostępny.
W tej napisanej z pasją powieści Saint-Germain ratuje przed zakusami satanistycznego kręgu piękną młodą kobietę, którą wprowadza do swego niedostępnego dla innych świata. Wartkie tempo, nagłe zwroty akcji, mroczne sekrety alchemików, znakomicie odmalowany obraz stolicy Francji połowy XVIII wieku oraz przepełniona erotyzmem aura tajemniczego świata wampirów sprawiają, że  nie sposób się od tej lektury oderwać.

 

Chelsea Quinn Yarbro jest jedną z najbardziej znanych autorek horrorów. Wielokrotnie nominowana do prestiżowych nagród Edgar, World Fantasty i Bram Stoker. Jako pierwsza kobieta była przewodniczącą Horror Writers Association. Sławę zyskała dzięki cyklowi o hrabim-wampirze Saint-Germain, stawianemu na równi z "Kronikami wampirów" Anne Rice.

 

W przygotowaniu kolejne tomy cyklu: "Pałac" i "Krwawe igrzyska".




Przeczytaj fragment książki "Hotel Transylvania":

 

Znany był jako hrabia de Saint-Germain i chociaż używał też innych imion, niewielu w Paryżu potrafiłoby sobie przypomnieć najsławniejsze nawet z nich, jako że szacowny dwór Ludwika XV mało interesował się tym, co działo się poza granicami Francji i przed wstąpieniem na tron jego pradziada – Króla Słońce. Istniały zatem i takie zakątki Francji, których nie znał błyszczący dwór, jak chociażby ta nędzna uliczka, w którą skierował właśnie swe kroki. Jego intensywnie ciemne oczy wypatrywały teraz stert nieczystości, wypełniających noc prawie namacalnym zapachem, które trzeba było omijać. Dzielnice nędzy w nocnej porze, jak daleko Saint-Germain sięgał pamięcią, były takie same na całym świecie.

 

Cichy, dokuczliwy odgłos płynącej wody szumiał mu w uszach. Był jak nieustanne brzęczenie owada i przypominał o bliskości Sekwany.
Z cieni patrzyły na niego jarzące się czerwono oczy szczurów, a spowodowane jego przejściem jazgotanie gryzoni skłoniło Saint-Germaina do obnażenia zębów w niepokojącym grymasie. Nigdy nie nauczył się ich lubić, chociaż często zdarzało się, że musiał znosić ich towarzystwo. Na następnym skrzyżowaniu zatrzymał się, niepewny, którą obrać drogę. Nic nie przypominało mającej biec kręto ku rzece alei. Wbił wzrok w ciemność i ruszył wąską uliczką. Ponad nim chyliły się ku sobie, niemal stykały, stare, ciężkie brzemieniem wieków domy. Stąpając jeszcze ostrożniej, natrafił na nieociosane kamienie, które służyły tutaj za chodnik.

Przed sobą dojrzał blask latarni i cofnął się do wykusza bramy, by poczekać, aż przejdzie strażnik. Zagryzł niecierpliwie wargi. Były inne drogi, którymi mógłby przejść niezauważony przez straże, lecz korzystanie z nich było dość niedogodne i prowadziło czasem do odkryć szczególnego rodzaju. Dwukrotnie już przynajmniej w swojej karierze naraził się impulsywnym postępkiem na niepotrzebny rozgłos. Zatem czekał.
Gdy strażnik przeszedł, ruszył dalej. Na nogach miał czarne buty na wysokim obcasie, lecz szedł cicho, a jego mocno zbudowane ciało poruszało się z gracją rzadką u ludzi w tym wieku.
W końcu dotarł do miejsca, o którym mu mówiono — Zajazdu pod Czerwonym Wilkiem. Szczelniej osłonił swój ozdobny strój długim płaszczem z czarnego aksamitu. Był na tyle ostrożny, by zostawić w domu co cenniejsze przedmioty, z wyjątkiem wpiętego w koronkę na szyi nieskazitelnego rubinu. Wiedział, że tak owinięty płaszczem i z nieupudrowanymi włosami bezpiecznie może iść między tych, którzy czekali nań w mrocznej oberży. Drobną dłonią o smukłych palcach odsunął rygle i wszedł do wnętrza. Gdy drzwi się otwarły, dziewięciu zebranych w brudnym szynku mężczyzn podniosło głowy. Paru z nich cofnęło się z lękiem, jakby ich sumienia nie były zbyt czyste.

 

Saint-Germain pozdrowił ich, zamykając drzwi.
— Dobry wieczór, bracia — powiedział, kłaniając się z lekka.
— Pan jest księciem Rakoczym z Transylwanii? — spytał po chwili jeden z nich, śmielszy widać od pozostałych.
Saint-Germain skłonił się ponownie.
— Mam ten zaszczyt.
Pomyślał, że to nazwisko jest jego własnym, podobnie jak Saint-Germain czy Balletti. Używał go przez wiele lat w Italii, na Węgrzech, w Rumunii, Austrii i saskim mieście Dreźnie.
— Przypuszczam, że jesteście Gildią? — spytał nieco zniechęcony.
Czarownicy byli zwykle niepewnym elementem i ci tutaj nie stanowili wyjątku. Paru miało twarze inteligentne, z oczami tęskniącymi za wiedzą, która dla nich stała się bóstwem. Lecz pozostali... Saint-Germain westchnął. Pozostali byli tacy, jak się spodziewał. Przebiegli ludzie działający bez oglądania się na literę prawa, rozdający trucizny i przeprowadzający aborty na rzecz tych, którzy godzili się z szantażem i płacili. Ludzie, którym spryt zastępował umiejętności, a chciwość była ich pasją.
— Nie byliśmy pewni, czy zechcesz przyjść, panie — powiedział jeden z czarowników. — Robi się późno.
Saint-Germain wszedł głębiej do pokoju.
— Przybyłem o umówionym czasie. Zegary nie wybiły jeszcze północy. — Z pobliskiego kościoła wybrzmiało właśnie szóste z dwunastu uderzeń zwiastujących środek nocy, uroczyście ostrzegając, że nadeszła godzina duchów. — Tak naprawdę — dodał Saint-Germain sucho — to jestem wcześniej.
— Najgłębsza noc — mruknął jeden, nieomal się żegnając, po czym zwrócił się do Saint-Germaina, wykrzywiając twarz w parodii dobrej woli. — Poinformowano nas, że możesz nam pomóc, panie, w sprawie klejnotów.
Saint-Germain westchnął.
— Wy, Francuzi, tak bezpośrednio objawiacie swą zachłanność.

 

Dwóch z mężczyzn zesztywniało, a paru innych uśmiechnęło się przymilnie. Ten, który spytał o klejnoty, wzruszył ramionami i czekał na odpowiedź.
— Niech będzie. — Saint-Germain przeszedł na środek pokoju i zajął miejsce u szczytu ubogo zastawionego stołu. — Przekażę wam sekret klejnotów, lecz pod pewnymi warunkami.
— Jakimi warunkami? — spytał czarownik, widać najbardziej zainteresowany kamieniami.
— Wyświadczenia mi pewnych przysług. Zrobicie to, i to jak najszybciej. Gdy zadania te zostaną wykonane, wówczas wyjawię przed wami sekret klejnotów.
— A gdy przysługa zostanie wyświadczona — zaszydził ten sam — to pojawią się kolejne warunki i jeszcze następne, i w końcu pan zniknie, a nam zostanie tylko płótno w kieszeni na opłacenie naszych prac. — Odwrócił się.
— Powiedziałem wam: jesteście chciwi — przypomniał Saint-Germain.

 

Do rozmowy włączył się jeden z grona tych, których hrabia ocenił jako spragnionych wiedzy.
— Ja przyjmę pańskie warunki — powiedział. — To prawda, że może nas pan oszukać, lecz skłonny jestem wykorzystać szansę.
Saint-Germain zmierzył go spokojnie wzrokiem.
— Jak się nazywasz? — zapytał, a jego pięknie nakreślone brwi lekko się uniosły.
— Jestem Beverly Sattin — odpowiedział mężczyzna po chwili, trochę niespokojnie, jako że czarownicy nie podawali zwykle swoich prawdziwych imion.
— Anglik? — spytał Saint-Germain w tymże języku.
— Tak. Od wielu lat mieszkam we Francji. Jeśli wolno mi powiedzieć, to czekałem na taką okazję od dawna. Wasza wysokość?
— Skinął głową w sposób świadczący o znajomości wytwornych manier.
— Gdzie się kształciłeś, Sattin?
— Magdalene College, Oksford — odparł. — Zostałem wydalony w dwudziestym dziewiątym za praktyki niezgodne z religią. Byłem wtedy na drugim roku.
Pozostali czarownicy ożywili się, a ten spośród nich najbardziej zainteresowany klejnotami wszedł im w słowo.
— Nie rozumiem tego, o czym mówicie — poskarżył się i nakazał oberżyście, by na nowo napełnił kielichy winem.
— Było to z mojej strony nieuprzejme, wykluczać was, panowie, z rozmowy — powiedział Saint-Germain z powagą, lekko z cudzoziemska akcentowanym francuskim.

 

Oberżysta krążył tymczasem wokół stołu: jego okrągła twarz lśniła od potu, widać było zdenerwowanie. Spojrzał ukradkiem na Saint-Germaina, podnosząc kolejny kielich i napełniając go. Hrabia uniósł drobną, wytworną dłoń.
— Nie piję wina — powiedział, odprawiając oberżystę.
Ten skłonił się tak głęboko, jak tylko pozwalała mu na to masa cielska, i oddalił się pośpiesznie, zadowolony, że uwolnił się od towarzystwa tych złowróżbnie wyglądających mężczyzn.
Gdy gospodarz odszedł, Saint-Germain sięgnął do jednej z wielu kieszeni swego czarnego płaszcza i pod czujnym spojrzeniem czarowników wyciągnął zeń skórzany woreczek z wytłoczonymi symbolami. Widząc, że przykuł bez reszty ich uwagę, powiedział:
— Domagacie się ode mnie świadectwa prawdy. Właśnie je wam przedstawiam.
Otworzył sakiewkę i wyrzucił na stół tuzin wielkich diamentów. Żaden z czarowników nie pozostał nieczuły na widok wspaniałych klejnotów. Ten, który pożądał ich najbardziej, wyciągnął rękę, lecz zaraz cofnął ją z lękiem.
— Proszę — przyzwolił Saint-Germain. — Weźcie je. Sprawdźcie. Upewnijcie się, że są prawdziwe. Potem wysłuchajcie mnie.
Rozparł się na topornie ciosanym krześle i zapatrzył w kominek. Dziewięciu mężczyzn wzięło tymczasem diamenty w swoje ręce i zagłębiło się w rozmowie prowadzonej przyciszonymi głosami.
Gdy czarownicy umilkli, przemówił hrabia.
— Sądzisz zapewne, Le Grâce, że sprytnie dokonałeś podmiany
— powiedział, nie spoglądając w jego stronę.
Czarownik, który tak kochał klejnoty, aż podskoczył. Wymamrotał, że książę się myli, i wskazał na angielskiego czarownika.
— To chyba on. To nie ja.
Saint-Germain odwrócił się, skupiając na Le Grâsie spojrzenie swych ciemnych oczu.
— Postaraj się mnie zrozumieć, Le Grâce — powiedział łagodnie. — Nie będę tolerował okłamywania ani oszukiwania mnie. Nie jestem głupcem. Sattin nie wziął diamentu; ty to zrobiłeś. Jest w wewnętrznej kieszeni twojej kamizelki. Jest tam też sześć oszukańczych kawałków szkła. Mój diament jest siódmy. Zanim policzę do dziesięciu, masz położyć go na stole. Raz... Le Grâce nie mógł znieść spojrzenia świdrujących, czarnych oczu Saint-Germaina.
— Książę Rakoczy... — zaczął, rzucając spojrzenia kompanom.
— Dwa.
— Wasza wysokość, proszę raz jeszcze się zastanowić, Le Grâce nie jest... — próbował ratować sytuację jeden z czarowników.
— Trzy.
Szczur przemknął obok paleniska, popiskując wściekle. Dwóch mężczyzn podniosło się i odwróciło plecami do Le Grâce’a, jeden z nich powiedział przy tym do towarzysza:
— Le Grâce wcale się nie przedstawiał. Książę po prostu go zna.
— Cztery — stanowczo kontynuował Saint-Germain.
Mimowolnie ręka Le Grâce’a zagłębiła się w kieszeni kamizelki. Jego twarz stężała ze strachu.
— Możemy to przedyskutować, książę.
— Pięć.
Sattin odsunął się nieco od Le Grâce’a i zwrócił po angielsku do Saint-Germaina:
— To prawda, że jest łajdakiem, wasza wysokość, lecz bywa użyteczny.
— Nie dla mnie. Sześć.
— Lecz to bez sensu — zaprotestował Sattin. — Jeśli zna pan sekret klejnotów, to ten jeden z pewnością nie może wiele dla pana znaczyć.
— Siedem. Nie lubię być okradany — powiedział Saint-Germain.
— Nie lubię być okłamywany. Człowiek, który oszuka mnie na jeden klejnot, oszuka mnie na wiele. Osiem.

Ciężkie krople potu wystąpiły na twarz Le Grâce’a, przesunął po niej rękawem. Poprawił się niespokojnie na krześle. W ustach nagle mu zaschło i sięgnąwszy po wino, pił je hałaśliwie.
— Dziewięć — chociaż głosu Saint-Germain nie podniósł, słowo to zabrzmiało w obskurnej gospodzie niczym wystrzał.
— W porządku — przyznał się Le Grâce i sięgnął do kieszeni kamizelki. — W porządku! — Pogardliwie cisnął woreczek na stół. — Sprawdź je.
Westchnienie ulgi przeszło po sali, napięcie ustąpiło. Dwóch stojących przy ogniu czarowników wróciło do stołu.
Saint-Germain otworzył mieszek. Opisanych wcześniej siedem kamieni upadło na stół obok klejnotów rozsypanych tam wcześniej.
— Który zatem jest właściwy? — spytał sarkastycznie Le Grâce.
Saint-Germain sięgnął bez słowa i zebrał sześć kamieni w stos. Potem, zawinąwszy wokół ręki kawałek serwety ze stołu, uderzył w kamienie pięścią. Gdy uniósł dłoń, na stole pozostał szklany proszek. Spojrzał pytająco na pozostałych.
— Książę Rakoczy... — powiedział powoli Sattin. — W imieniu naszego bractwa i naszej Gildii przepraszam cię i proszę o wybaczenie.
Saint-Germain przytaknął.
— Zgoda. Zamknijcie tylko dobrze tego człowieka i przypilnujcie, by nie miał już więcej dostępu do Gildii. Sattin skinął głową i zwrócił się do pozostałych:
— Słyszeliście, czego żąda książę. — Wskazał dwóch, którzy uznawali jego prawo do rozkazywania. — Pesche i ty, Oulen, weźcie Le Grâce’a na górę. Do pokoju na strychu.
— Chodź — powiedzieli, zbliżając się do niego. Byli przygotowani, by zabrać go siłą, gdyby stawił opór.
Le Grâce popatrzył na nich.
— On jest zwykłym oszustem. Żaden z tych diamentów nie jest prawdziwy. — Popatrzył z rozpaczą na swych braci z Gildii.
— One nie mogą być prawdziwe. To tylko szkło.
Saint-Germain rzucił mu zimne, znudzone spojrzenie.
— To, że jesteś szarlatanem, to nie powód jeszcze, by wszystkich innych uważać za pozbawionych honoru.
Ujął największy diament i położył go na sproszkowanym szkle. Zawiązał serwetę wokół dłoni i z całą siłą opuścił rękę na kamień. Stół zadrżał. Gdy podniósł rękę, klejnot wbity był w stół do połowy obwodu, lecz pozostał nienaruszony. Saint-Germain rozwarł dłoń i odrzucił serwetę.
— Pańska ręka... — zaczął Sattin.
Saint-Germain położył dłoń na stole, obracając ją wnętrzem do góry.
— Jak widzisz.
Le Grâce już nie odważył się nazwać tego oszustwem. Opuścił głowę i pozwolił, by bracia z Gildii go odprowadzili.
— Dał mu pan odprawę — powiedział Sattin z niejaką satysfakcją w głosie, wiedząc, że i jemu udzielono odpowiedzi.
— Na krótki czas jedynie — rzekł hrabia, potrząsając z niechęcią głową. — Nim minie parę godzin, dojdzie do wniosku, że była to iluzja, i zapragnie mnie skompromitować. — Dotknął swych ciemnych włosów. — Mniejsza z tym, Angliku. Więcej mam pilniejszych spraw niźli rozgoryczony fałszywy czarownik.
— Powiedział pan, że potrzebuje naszej przysługi. — Sattin przechylił się do przodu, a sześciu mężczyzn słuchało go teraz w napięciu.


Wydawnictwo REBIS /F.N.

.

Do kolekcji

Komentarze

  • Brak komentarzy