Witold Pyrkosz i historia jego życia
Już wkrótce, bo 8 kwietnia, trafi do sprzedaży książka "Witold Pyrkosz. Podwójnie urodzony" będąca zapisem rozmów znanego aktora z Izą Komendołowicz i Anną Grużewską.
Kto wymyślił słynną kwestię z Czterech pancernych i psa: „Pyrkosz, Pyrkosz, a nie jedziesz”? Jak wyglądała praca na planie kultowego Janosika? I dlaczego Lucjan Mostowiak z M jak miłość jest pantoflarzem? Witold Pyrkosz w rozmowach z Izą Komendołowicz i Anną Grużewską opowiada historię swojego życia – prywatnego i zawodowego. "Witold Pyrkosz. Podwójnie urodzony" to pierwsza książka tak dokładnie pokazująca drogę aktora do ogromnej popularności.
Książka zaczyna się od oszustwa babki Bronisławy, która nie mogąc pogodzić się z faktem, że jej wnuk przyszedł na świat 24 grudnia 1926 roku w Krasnymstawie, a nie we Lwowie, dokonała zmiany w akcie urodzenia. W rezultacie aktor we wszystkich dokumentach ma wpisany Lwów i datę 1 stycznia 1927 r. To właśnie we Lwowie przyszły aktor spędził dzieciństwo, ale jeszcze w czasie trwania wojny wraz z rodzicami przeniósł się do Krakowa.
Opowieści Witolda Pyrkosza to prawdziwa kopalnia wiedzy na temat polskiego teatru i filmu. Aktor wspomina swoje studia, podczas których zetknął się m.in. ze Zbigniewem Cybulskim i Bogumiłem Kobielą, opowiada o pracy w święcącym triumfy w latach 50-tych minionego wieku Teatrze Ludowym w Nowej Hucie, o kilkunastoletnim pobycie we Wrocławiu i rzecz jasna zdradza bardzo wiele na temat słynnych seriali, które Witolda Pyrkosza uczyniły niekwestionowaną gwiazdą. Książka ma jeszcze jedną zaletę – zdobią ją liczne fotografie z planów filmowych i życia domowego popularnego aktora.
Fragment książki:
Gdy pojawiliśmy się w Nowej Hucie, w Teatrze Ludowym nie było jeszcze sceny, bo nie skończono układać podłogi. Przez kilka miesięcy próby odbywały się w teatrze amatorskim Nurt. Związki zawodowe rozdawały darmowe bilety na spektakle, a robotnicy przychodzili czasem do kasy i chcieli je odsprzedać. Mówili: „Nie możemy iść do teatru. Nie ubrani jesteśmy. Chociaż da pani dychę za te dwa bilety”. Niestety, bileterka nie mogła ich przyjąć. Dlatego niejako z musu pojawiali się na spektaklach. Widzowie przeważnie wywodzili się ze wsi. Mieszkali w blokach, ale na balkonach chowali kury, a prosiaka w wannie. Przed bramami postawili ławeczki, na których siadali po robocie i patrzyli na samochody czy tramwaje. Gdy mieszkałem już w Nowej Hucie, pewnej nocy obudził mnie sąsiad. Krzyczał, że zalałem mu mieszkanie. Mówię, że to chyba na górze. Polecieliśmy, dobijamy się i mówimy, że się leje. A facet, który nam otworzył, na to: „Tak, przepraszam, szwagier przyjechał ze wsi, wykąpał się i zapomniał zakręcić wodę”.
Tacy byli nasi pierwsi widzowie. Niewykształceni, więc na tekst sztuki reagowali bardzo spontanicznie. Kiedyś graliśmy z Frankiem Pieczką w "Myszach i ludziach" Steinbecka: ja — George’a Miltona, a on — Lenniego Smalla. Wtedy bardzo popularny był kolarz Królak, który wygrywał wszystkie wyścigi, a ja miałem taki tekst w połowie sztuki: „Będziemy mieć cudowne życie, w niedzielę upieczemy królika albo kurczaka”. Na proscenium była prycza dla dwóch, ja na górze, Franek na dole. I powiedziałem: „W niedzielę upieczemy sobie Królaka albo kurczaka”. Franka zatkało, a widownia ryczała z radości! Jak miałem Lenniego zastrzelić, to krzyczeli: „Uważaj, bo cię zastrzeli! Uważaj!”. To było cudowne, nieprawdopodobne, jak oni uczyli się teatru, który stawał się ich życiem.
- Bardzo szybko Teatr Ludowy stał się modny także wśród inteligencji.
Bo był trochę za trudny dla robotników, chociaż w założeniu miał kształcić właśnie tę widownię. Dość szybko uruchomiono do nas autobus z centrum Krakowa. Przyjeżdżała nim widownia inteligencka, która doceniła wysoki poziom przedstawień. Aktorzy ze znanych krakowskich teatrów przyglądali nam się z życzliwością i zazdrością. Dostawaliśmy świetne recenzje, także za granicą. Teatr Ludowy w tamtych latach prowadziło artystyczne małżeństwo — Jerzy Krasowski i Krystyna Skuszanka — chociaż powszechnie mówiono „teatr Skuszanki”. Oboje byli reżyserami i według mnie artystami dużego formatu, chociaż historia nie obeszła się z nimi dobrze. Później zapomniano o ich zasługach, zlekceważono je. Skuszanka, gdy się denerwowała, to od razu zaczynała płakać. Natomiast Krasowski się wściekał i mówił: „Sens słów, które wypowiedziałem, był zawarty w słowach, które wypowiedziałem”. I na tym się kończyło.
Krasowski prowadził teatr żelazną ręką. Był bardzo surowy. Chodził między garderobami i podsłuchiwał, nie tolerował żartów. Ale był też solidnym, doskonale zorganizowanym reżyserem. Miał tak dokładnie poukładane wszystko w głowie, iż odnosiło się wrażenie, że od początku wie, co będzie robił na pierwszej, piątej i dziesiątej próbie. Zawsze świetnie przygotowany i wymagający. Skuszanka miała inny sposób prowadzenia teatru, subtelniejszy, była uczennicą Leona Schillera. To artystyczne małżeństwo dążyło do tego, żeby zrobić na scenie coś innego niż socrealizm. I naprawdę mu się udawało. Graliśmy współczesny repertuar zachodni, także polską i zachodnią klasykę. To był akurat czas powiewu wolności, ale jak wystawialiśmy "Myszy i ludzi", to recenzenci pisali, że po co nam jakieś imperialistyczne sztuki, więc z tą wolnością nie było tak do końca różowo. Ten spektakl zrobił prawdziwą furorę. Widziała go nawet Maria Dąbrowska i pochwaliła moją grę w swoich "Dziennikach". Serce rosło, jak się coś takiego o sobie przeczytało. Recenzje zazwyczaj miałem bardzo dobre, a przynajmniej tych złych sobie nie przypominam. Bo ich nie czytałem.
- Po Myszach i ludziach aktorów Ludowego zaczęto nazywać podeściarzami. Dlaczego?
To miało związek ze scenografią wymyśloną przez Józka Szajnę. Franek Pieczka i ja wychodziliśmy na scenę w kuckach, oświetlone mieliśmy tylko głowy. Potem powoli wstawaliśmy, co wyglądało tak, jakbyśmy wchodzili na górę. Później w odwrotny sposób „schodziliśmy” z góry. Scena była bardzo niska, stąd chyba wzięło się to określenie.
- Skuszance i Krasowskiemu zarzucono, że byli ulegli wobec władzy, która lubiła Teatr Ludowy.
Byli, ale przecież inaczej nie mogliby kierować takim zespołem, ustalać repertuaru. Na otwarciu teatru pojawił się Włodzimierz Sokorski, ówczesny minister kultury. Zaczęliśmy od Cudu mniemanego Wojciecha Bogusławskiego, który reżyserowała Wanda Wróblewska. To był łatwy w odbiorze spektakl, dosłowny. Ale zaraz potem pojawiły się trudniejsze rzeczy, kompletnie nowatorskie. Dążono do zerwania z małym realizmem, który panował wtedy na scenach, co się zresztą wiązało ze Stanisławskim i kulturą radziecką. Początki Teatru Ludowego to koniec 1956 roku, odwilż, więc na sztukę i aktorów patrzono przychylnym okiem. To miał być taki wentyl bezpieczeństwa. Przyznaję, że myśmy się specjalnie polityką nie interesowali. Człowiek był młody, chciał się bawić, żyć. Poza tym nikomu do głowy nie przychodziło, że ustrój może się zmienić. Byliśmy przekonani, że socjalizm będzie trwał wiecznie, a przynajmniej za naszego życia, chociaż widzieliśmy, że władza nie wszystkim się podoba.
- Był pan ulubionym aktorem Krasowskiego.
Tak, cenił mnie i dostawałem zazwyczaj główne role. Ja go szanowałem. W szkole aktorskiej nie uczono nas tego, co się nazywa podtekstem. Krasowski potrafił znaleźć w tekście piąte dno i to było o wiele ciekawsze niż chodzenie po powierzchni. Pomagał aktorom w tworzeniu portretów psychologicznych postaci, bardzo intensywnie z nami pracował, z czym się wcześniej nie spotkaliśmy. Na studiach wykładali wprawdzie wspaniali aktorzy krakowscy. Pracowali
w parach: jeden uczył wiersza klasycznego, a drugi współczesnego, i — co oczywiste — zawsze z sobą konkurowali. Zdarzało się, że jeden o drugim mówił per „dureń”. Wzajemnie podważali swoje kompetencje i doświadczenie sceniczne. Gdy jeden kazał kłaść akcenty na ostatnią słowo:
Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie;
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił...
— drugi twierdził, że tak być nie może. Taka była ówczesna praktyka sceniczna. Zwracano uwagę na akcent, ale już mniej na to, o co w tym wszystkim chodzi. Krasowski natomiast kazał szukać między wierszami, analizować, szperać. Bardzo wiele mu zawdzięczam, dzięki niemu stworzyłem kilka niezłych kreacji, na przykład majora Pycia w Radości z odzyskanego śmietnika, spektaklu na podstawie powieści Juliusza Kadena-Bandrowskiego Generał Barcz. Kilka lat później Krystyna Skuszanka wyreżyserowała w Teatrze Kameralnym we Wrocławiu "Teatr okrutny" Eugène’a Labiche’a. Jako Blancminet byłem komendantem policji, takim trochę nieudolnym. W pewnym momencie mówiłem: „To zgroza, aż mi się włos jeży na głowie”, i zdejmowałem
melonik. Wówczas okazywało się, że jestem łysy, bo dla potrzeb tej sztuki się ogoliłem. Wtedy jeszcze mało kto tak robił. Widownia oczywiście reagowała świetnie, huraganem śmiechu. Ale gdyby nie współpraca z Krasowskim i Skuszanką, pewnie nigdy nie zdecydowałbym się na takie ryzyko. Z Krasowskim jednak o niczym innym poza teatrem i książkami nie dało się rozmawiać, no może jeszcze o brydżu. Za to Skuszanka to już była dosłownie opętana teatrem. Tylko to się dla niej liczyło. Warto wspomnieć, że Krasowski — świetny reżyser — aktorem był po prostu strasznym. Pamiętam, że kiedyś trzeba było zrobić zastępstwo w "Orestei" Ajschylosa. To nie była duża rola, chodziło o kogoś, kto pojawiał się tylko w scenie zbiorowej posiedzenia areopagu. Krasowski zdecydował, że sam wystąpi. No i okazało się, że jest aktorem dosłownie pierwszorzędnym. Bo słyszeli go tylko ci, którzy siedzieli w pierwszym rzędzie. A zagrał jak Bodo, czyli „bo do dupy”.
- Jak wyglądała praca nad rolą w Teatrze Ludowym?
To była praktyka, praktyka i jeszcze raz praktyka. Najpierw próby... Teraz w teatrze dostaje się teksty, podkreśla się swoje kwestie i zaczyna się już grać. Na pierwszej próbie! Dawniej to było nie do pomyślenia. Najpierw na tablicy wywieszano informację o obsadzie. Co tam się nieraz działo pod tą kartką! I łzy, wściekłość, i żal, i ogromna radość! Przede wszystkim zaś całą sztukę na próbie pierwszy czytał reżyser. Potem dawał aktorom podpisane przez siebie egzemplarze tekstu z zakreśleniem ich roli. Analizował każdą postać, opowiadał, po co sztuka jest grana, dlaczego, co chcemy poprzez to osiągnąć. To były próby analityczne. A potem próby czytane, gdzie staraliśmy się uzyskać to, czego się wcześniej dowiedzieliśmy. Trwały minimum miesiąc. Walczyło się o każdą linijkę tekstu, który wykreślił reżyser. Pytałem: „Dlaczego to jest wykreślone?”. „Bo nie odpowiada mojej koncepcji”, otrzymywałem odpowiedź i tak się targowaliśmy. A teraz kto ma na to czas? Miałem też swój sposób na Krasowskiego, u którego każda propozycja aktora spotykała się ze sprzeciwem. Mówiłem: „Jurek, pamiętam, że gdzieś na którejś próbie powiedziałeś mi...”. Gdy reżyserował Molierowskiego "Don Juana", też tak zacząłem z nim rozmowę. A potem dodałem, że na końcu, jak kurtyna spadnie, to wyczołgam się spod niej i będę krzyczał do widowni: „A moja zapłata?!”. Krasowski powiedział: „Dobrze. Spróbuj”. No to pokazałem mu scenę. „Wiesz, ja miałem wtedy rację, że to jest dobre”, stwierdził.
- Kto był wtedy jeszcze z panem w zespole Teatru Ludowego?
Ci, którzy przyszli z Kielc: Wanda Swaryczewska, Adela Zgrzybłowska, Lekszycki. Byli też cudowny, ciepły i doskonały aktor Edzio Rączkowski (niezapomniany w rewelacyjnej roli Lejzorka Rojtszwańca), Rysiek Kotys, Stasio Michalik, Ferdek Matysik i oczywiście Franciszek Pieczka. Gwiazdami byli Ania Lutosławska i Pieczka, chociaż akurat on nie przepadał za Krasowskim. Przyjechał do Nowej Huty z Warszawy, trzymał się trochę z boku. Miał już wtedy żonę Polkę, ale pochodzącą z Francji, dlatego często tam bywali. Pieczka jeździł luksusowym fordem taunusem. To wtedy robiło wrażenie! Zapamiętałem jeszcze jedną zabawną historię. Graliśmy "Radość z odzyskanego śmietnika", Franek był Piłsudskim, a ja majorem Pyciem. W jednej ze scen Pieczka stoi za stołem widoczny od pasa w górę, a ja z boku. Nagle wkracza oddział trzech szeregowych i sierżant mówi: „Panie generale, jest pan aresztowany, prosimy do samochodu”. Franek wychodzi zza stołu i widać, że jest w bryczesach i w skarpetkach. Pyta: „Bez butów?”. A sierżant zamiast: „Na buty będzie czas w samochodzie”, odpowiada: „Na dupy będzie czas w autobusie”. Te „dupy” byśmy mu nawet przebaczyli, ale jak usłyszeliśmy ten „autobus”... Na szczęście spadła kurtyna.
- Miał pan wśród kolegów opinię kawalarza.
Ciągle coś się wymyślało. W sztuce Eugeniusza Szwarca Smok jeden z kolegów, Aleksander Polek, grał ogrodnika i chodził po scenie z wiaderkiem. Kiedy anonsowano przyjście smoka, on to wiaderko wkładał sobie na głowę. I pewnego razu, to chyba było ostatnie przedstawienie, bo wtedy zwykle robi się dowcipy, Aleksander po zdjęciu tego wiadra z głowy był cały obsypany mąką. Krasowski podsłuchiwał pod drzwiami garderób, żeby się dowiedzieć, kto to zrobił, zwołał wielkie zebranie, żeby znalazł się uczciwy i przyznał do winy, bo inaczej odpowie za wszystko inspicjent, ale nikt się nie zgłosił. Chociaż i tak wszyscy uważali, że to moja i Ryśka Kotysa sprawka. Zresztą mieli rację. W Teatrze Ludowym mówiło się, że pobliską szkołę wybudowało miasto Nowa Huta, natomiast salę gimnastyczną ufundował Witold Pyrkosz z kar pieniężnych, jakie musiał zapłacić w ciągu ośmiu lat...
- W kawalerce zwanej pyrkoszówką, na osiedlu Kolorowym w Nowej Hucie, prowadził pan bogate życie towarzyskie.
Przydział na nią dostałem po sezonie w Teatrze Ludowym. Mieszkanko było malutkie. W przejściu między korytarzem a łazienką stała dwupalnikowa kuchenka gazowa i coś tam się pitrasiło. Szafa w przedpokoju miała półtora metra szerokości. W niej trzymałem swój jedyny garnitur. Mieszkałem na pierwszym piętrze, na drugim — nauczyciel polskiego, bardzo nerwowy człowiek, a na trzecim — Stasio Michalik. Ze Stasiem porozumiewaliśmy się w ten sposób, że ja waliłem w rurę centralnego ogrzewania, powiedzmy, o godzinie dwudziestej trzeciej jakimś trzonkiem od noża trzy razy i to znaczyło, żeby przyszedł, a on uderzał dwa razy i to znaczyło, że zaraz się pojawi.
Pewnego dnia o czwartej rano nagle dzwonek do drzwi. U mnie siedzieli jeszcze goście. Otwieram więc, a przede mną stoi nauczyciel i mówi: „Proszę pana, ja nie mogę w ogóle spać, a jutro mam bardzo ważne lekcje”. Wziąłem pigułkę aspiryny, zawinąłem w gazetę, dałem mu i powiedziałem, żeby połknął, wtedy na pewno uśnie. Nie wiem, czy połknął, czy nie, ale już do nas nie wrócił. Przyznaję, że zachowywaliśmy się głośno i swobodnie, wyrzucania butelek przez okno jednak zabroniłem, chociaż wtedy jeszcze obok nie było innych domów. Jak szliśmy do teatru, to przechodziliśmy przez pola, a do teatru było jakieś dwa kilometry. W pyrkoszówce głównie graliśmy w karty. W domu się nie siedziało, to był zmarnowany wieczór. Bawiliśmy się w Kaskadzie, takiej eleganckiej jak na owe czasy knajpie w Nowej Hucie. Na dole była restauracja i tańce, a na górze salka, skąd patrzyło się, jak się bawią ludzie na dole. Jeździliśmy też do Krakowa, do Piwnicy pod Baranami. Jeden ze spektakli Piwnicy był przeznaczony dla mnie. Moje nazwisko nie schodziło wtedy z ust wykonawców. Spotykaliśmy się z Wieśkiem Dymnym, pierwszym mężem Anny Dymnej, Tadziem Kwintą, no i oczywiście Piotrusiem Skrzyneckim. W Piwnicy piło się herbatę, wypijałem więc ich nawet piętnaście — chociaż alkohol też się pojawiał, i wsiadałem potem do samochodu. Takie były czasy, ale nie miałem żadnych kolizji. Sprzyjało mi szczęście.
- Jak po takich nocach radził pan sobie na próbach?
Ciężko, ale przecież człowiek był młody. Przychodziłem z jaśkiem odciśniętym na gębie. Do dzisiaj śpię na plecach, tylko muszę mieć rękę pod głową. Podczas prób, które trwały od dziesiątej do czternastej, z piętnastominutową przerwą, zdarzało mi się nalewać piwo do zwykłej szklanki. Kładłem do środka plasterek cytryny i udawałem, że to herbata z cytryną. Tak się ratowałem przed kacem.
- W 2006 roku pojechał pan na jubileusz pięćdziesięciolecia Teatru Ludowego.
To było raczej smutne przeżycie. Budynek, który kiedyś wydawał nam się duży, nowoczesny, teraz stanowi kompletną ruinę. Niewielu kolegów przyjechało. Pieczki nie było, Michalik już nie żyje, Adela Zgrzybłowska i Michał Lekszycki też nie. Wtedy się o tym dowiedziałem. Kiedyś ZASP wywieszał klepsydry, ale teraz już tego nie robi. Wielu koleżanek i kolegów nie rozpoznałem, tak się postarzeli. Ja pewnie też. Wydaje mi się, że kobiety lepiej się trzymają od mężczyzn. Nie wiem, może bardziej dbają o siebie, mają to we krwi. Ostatnio spotkałem w radiu żonę Mieczysława Rakowskiego, Elżbietę Kępińską, z którą znamy się od lat. Wygląda jak dawniej, trzyma się dobrze. Na tym jubileuszu spotkałem też Anię Lutosławską, która w Ludowym była gwiazdą. Kiedy Ania zobaczyła mnie i Krystynę, moją żonę, to przypomniała nam, że po raz pierwszy spotkały się na sylwestra w 1962 roku. I ona wtedy już od razu wiedziała, że przyprowadziłem swoją przyszłą żonę. Ot, kobieca intuicja.
- Kiedy w pana życiu pojawiła się pani Krystyna?
To było w 1962 roku w Boże Narodzenie, w drugi dzień świąt, w Hotelu Francuskim. Ja miałem trzydzieści sześć lat, a ona, młódka, siedemnaście. Dosiadłem się do jej stolika. Przyszła razem z Krzysiem Litwinem i Jurkiem Tejkowskim, których znała z Piwnicy pod Baranami. Biust miała piękny,
duży, solidna czwórka, i w ogóle bardzo ładna była. Długie czarne włosy. Była wtedy jeszcze przed maturą. Postawiłem jej ultimatum, że jak jej nie zda, to nie mamy o czym gadać. Zbliżał się sylwester, ktoś ją zaprosił, ale tak mordowałem ją telefonami, że zdecydowała się pójść ze mną. Bankiet był w Teatrze Ludowym. I tak się to zaczęło i trwa do dziś. Na początku Krystyna ukrywała mnie przed mamą, bo byłem od niej sporo starszy. Ale jak już poznałem przyszłą teściową, to bardzo się polubiliśmy. Przychodziłem do domu, grałem z mamą w remika. Nawet Krystyna zaczęła narzekać, że przestaliśmy już wychodzić, tylko ciągle w domu i w domu. Mówiła: „Ty się powinieneś ożenić z mamą, a nie ze mną”. Teściowa nazywała się Zofia German. Była silną kobietą. Krystyna urodziła się w Krakowie, a wychowała w Poznaniu. Jest spod znaku Skorpiona. To co jeszcze może
być? Jak to przeżyłem, to już nie mam się czego obawiać. Teściowa była przedsiębiorczą kobietą, prowadziła dwie firmy. W jednej z nich powstawały zabawki z tworzyw sztucznych, dlatego do produkcji potrzebny był polistyren, który oczywiście nie był dostępny na rynku. Obowiązywały jakieś mikroskopijne przydziały. Kiedyś zginął cały jego wagon i właściciele firm w Krakowie, którzy potrzebowali tego surowca, dostali propozycję lewego zakupu. Okazało się, że była to ubecka prowokacja. Wszyscy zostali aresztowani. Chodziło o to, żeby wykończyć prywatną inicjatywę.
To był 1963 rok. Jeszcze tak się złożyło, że ten lewy towar był przechowywany w mojej piwnicy na osiedlu Kolorowym. Wzięli więc mnie na przesłuchanie prosto z kawiarni. Krystynę zgarnęli, jak pojechała po ten towar. Zobaczyliśmy się w areszcie śledczym. Na szczęście szybko nas wypuścili,
tylko Krystyna musiała co drugi dzień chodzić na przesłuchania. Nie wiedziałem, co się zdarzy, czy wróci. Ciągle się więc żegnaliśmy. Teściowa siedziała kilka miesięcy w więzieniu śledczym. W końcu ją wypuścili. Dostała milion złotych kary, czyli domiar. To była wówczas niewyobrażalna kwota, nie do zapłacenia. Musiała zamknąć firmę, zwolnić pracowników. Ale dalej jakoś sobie radziła, nieoficjalnie. Miała zmysł do interesów, zresztą później szybko się przekonałem, że Krystyna także — to pewnie rodzinne. Kiedy teściowa była w więzieniu, opiekowałem się Krystyną i jej odzeństwem. Wydaje mi się, że ona to doceniła, widziała, że jest dla mnie ważna.
Potem szybko już był ślub. 28 lipca 1964 roku. To było lato, więc wielu kolegów aktorów wyjechało, tłumów nie było. Z Krystyną braliśmy tylko ślub cywilny. Teściowa dopytywała się o kościelny, ale zwodziliśmy ją, mówiąc, że weźmiemy go po wakacjach. W końcu tak wyszło, że do dziś go nie mamy. Przyznaję, że stało się tak z mojego powodu. W dzieciństwie byłem wychowywany w duchu religii katolickiej. Ale któregoś dnia w czasie wojny wychodziłem z kościoła z grupą kolegów i ulicą akurat przejeżdżała niemiecka ciężarówka. Zahaczyła o mur, który runął wprost na mojego kolegę, zabijając go na miejscu. Pomyślałem sobie, że Bóg jest okrutny i niesprawiedliwy. Nagle zachwiała się wiara i przez lata nic tego nie zmieniło. Nasze wesele z Krystyną zorganizowaliśmy oczywiście w Hotelu Francuskim, a świadkiem był Rysiek Kotys. Wynajęliśmy chyba trzynaście dorożek. Teściowa i moja matka jechały jedną, a nas z Krystyną wiózł Jan Kaczara zwany Pomidorem, który jeździł kiedyś z Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim. Przez całą drogę mówił do nas wierszem. Wesele się udało. Rachunek za rozbite szkło był wyższy niż za cały wypity alkohol. Ale to teściowa płaciła — taki był zwyczaj, zresztą mnie na pewno nie byłoby wtedy na to stać. Drugiego dnia odbył się jeszcze w klubie jazzowym tak zwany wieczór piwny, a trzeciego pojechaliśmy do Ojcowa z jakimś jeszcze innym towarzystwem, którego nie było na weselu. Ale tam już nie balangowaliśmy, tylko odpoczywaliśmy, bo nie mieliśmy już siły pić. Przed ślubem dzięki wsparciu finansowemu teściowej kupiłem z ogłoszenia od marynarza wspaniały samochód — renault dauphine. Piękny, w czerwonym kolorze, jedyny taki w Krakowie. Kiedy poznałem Krystynę, jeździłem syrenką i pewnego dnia usłyszałem: „Kochanie, nie przyjeżdżaj pod mój dom tym samochodem. To wstyd. Lepszy był trabant, bo zagraniczny”. No więc musiałem coś zrobić.
Wkrótce przekonałem się, że moja żona jest wielką fanką motoryzacji. Zaczęła brać udział w rajdach, zdobywać jakieś nagrody, jako druga kobieta w Polsce uzyskała licencję kierowcy rajdowego. Ale zanim stała się mistrzem kierownicy, przeżyłem z nią różne samochodowe przygody. Pamiętam naszą pierwszą wyprawę, która odbyła się nazajutrz po zrobieniu przez nią prawa jazdy. Pojechaliśmy w Bieszczady razem z Kotysem i Tejkowskim. Piękna droga, puściutka. To była jesień. Prowadzę, ona obok, z tyłu koledzy popijają, atmosfera przyjemna. Nagle żona zaczyna płakać. „Czego beczysz?” — pytam. A ona łka, że ma prawo jazdy, a nie prowadzi. Więc przesiadłem się — teraz ona za kierownicą, ja obok. Nagle cisza zrobiła się kompletna, okna zaparowały i tylko krzyczę: „Wolniej! Hamuj!”. Jechała za szybko. Powiedziałem: „Stop. Zatrzymaj się. Przesiadamy się”. I tak zmienialiśmy się jeszcze dwa razy (jak ona prowadziła, zawsze była cisza, a jak ja, to gwar) do momentu, kiedy miała wyprzedzić traktor. Wyglądało na to, że wpadniemy do rowu. Ale jakoś się udało. To był piękny wyjazd. Następnego dnia budzimy się, a tam biało od szronu. Poszliśmy w Bieszczady, położyliśmy się na jakiejś połoninie. Słońce, ciepluteńko. Zbieraliśmy grzyby. Nigdy więcej nie byłem w Bieszczadach. Szkoda.
Tą renówką pojechaliśmy jeszcze przed ślubem do Rumunii, do słynnego kąpieliska Mamaja. Mieszkaliśmy w bardzo luksusowym hotelu, w trzyosobowym pokoju — nastoletni brat Krystyny Bogdan pojechał jako nasza przyzwoitka. Była z niego trochę fajtłapa. Teściowa schabowe nam popiekła, dała plastikową torbę pomidorów na drogę i położyła ją z tyłu. I on pierwsze, co zrobił, to siadł na tych pomidorach. Chłopak miał sen bardzo twardy. Pewnego dnia poszliśmy do hotelowej knajpy i wychodząc, powiedziałem: „Bogdan, nie zamykaj drzwi na klucz”. Ale oczywiście zrobił to, zostawiając klucz w zamku, i usnął. Przyszedłem, walę w drzwi i nic, pojechałem po portiera i z trudem udało się nam tamten klucz wypchnąć. Zrobiła się trzecia w nocy i pamiętam, że jak wpadłem do pokoju, złapałem go za twarz: „Mówiłem ci: «Nie zamykaj drzwi!»”. A on nieprzytomnie: „Aha, to już wróciliście?”.
Wycieczkę do Rumunii załatwiliśmy przez Orbis. Jechało kilkanaście samochodów. Każdy z nas miał paszport, ale żeby przekroczyć granicę, trzeba było mieć ten zbiorowy. Nikt się nie wyłamywał, każdy docierał, bo jakby nie, to spalibyśmy na granicy i musieli w końcu wracać. Jeden facet podróżował starym moskwiczem i zawsze przyjeżdżał ostatni. Wspaniale spędziliśmy czas, morze ciepłe. Krystyna świetnie pływa kraulem, bo należała do klubu sportowego. Kiedyś opalałem się na plaży, a ona poszła do wody. I nagle ktoś podchodzi do mnie i pyta, czy ta pani w jakimś tam kostiumie to moja dziewczyna. „Tak, to moja narzeczona”. „Bo wie pan, ona już zniknęła za horyzontem”. „Nie szkodzi, wróci”. I za chwilę rzeczywiście się pojawiła. Krystyna lubiła podróżować, ja mniej. Zawsze przemycała w staniku dolary, ale nigdy mi o tym nie mówiła. I dobrze, bo pewnie na pierwszej granicy zachowałbym się dziwnie i wszystko by się wydało. Śmiała się, że co ze mnie za aktor, skoro nie potrafię kłamać. W podróż poślubną pojechaliśmy na miesiąc do San Remo. Krystyna dbała, żeby wszystko miało swój szyk. Po ślubie, we wrześniu przeprowadziliśmy się do Wrocławia.
Wydawnictwo Literackie /F.N.
-
Brak komentarzy
-





Strona główna




