katalog produktów
2009-11-06, 15:30

Thriller moralny Olgi Tokarczuk

Najnowsza powieść Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych" to thriller moralny, który do ostatniej strony trzyma w napięciu.
Premiera 25 listopada 2009.



Akcja "Prowadź swój pług przez kości umarłych" rozgrywa się w Kotlinie Kłodzkiej. Główną bohaterką jest Janina Duszejko – kiedyś inżynier mostów, dziś wiejska nauczycielka angielskiego, geografii i dozorczyni domów letniskowych. Jej pasją jest astrologia, a wielką miłością wszelkie zwierzęta. Gdy dzieje im się krzywda, Janina staje w ich obronie i upomina się o szacunek dla nich. Jak łatwo przewidzieć, nikt  nie przejmuje się kobietą, która uważa, że świat jest odbiciem tego, co zapisane w gwiazdach, a w wolnych chwilach czyta Williama Blake’a.
W okolicy zaczynają umierać kłusownicy i krzywdziciele zwierząt. Seria zgonów rośnie. Janina ma teorię na temat motywu i sprawcy tych zbrodni, ale policja ignoruje ją, traktując jak nieszkodliwą dziwaczkę. Jednak Janina wie więcej, bo czyta w gwiazdach, jak w otwartej księdze…


Przeczytaj fragment książki "Prowadź swój pług przez kości umarłych":



A teraz uważajcie!

(...)
Dom Wielkiej Stopy stał nieco na uboczu, wyżej od innych domów. Był jednym z trzech zamieszkanych przez cały rok. Tylko on, Matoga i ja mieszkaliśmy tutaj, nie bojąc się zimy; pozostali mieszkańcy szczelnie zamykali swoje domy już w październiku; spuszczali wodę z rur i wracali do miast.
Teraz skręciliśmy z nieco odśnieżonej drogi, która biegnie przez naszą osadę i dzieli się na ścieżki wiodące do każdego z domów. Do Wielkiej Stopy prowadziła ścieżka wydeptana w głębokim śniegu, tak wąska, że trzeba było stawiać stopy jedna za drugą i nieustannie zachowywać równowagę.
— Nie będzie to miły widok — ostrzegł Matoga, odwracając się do mnie i na chwilę oślepiając mnie zupełnie.
Nie spodziewałam się niczego innego. Chwilę milczał, a potem powiedział, jakby chciał się wytłumaczyć:
—  Zaniepokoiło mnie światło w jego kuchni i ujadanie suki, takie rozpaczliwe. Nie słyszałaś nic?
Nie, nie słyszałam. Spałam, otumaniona chmielem i walerianą.
— Gdzie ona jest teraz, ta Suka?
— Zabrałem ją stamtąd, wziąłem do siebie, nakarmiłem i chyba się uspokoiła.
Znowu chwila milczenia.
—  On zawsze chodził wcześnie spać i gasił światło, oszczędzał, a tym razem świeciło się i świeciło. Jasna smuga na śniegu. Widać z okna mojej sypialni. Więc tam poszedłem, myślałem, że może się upił albo coś robi temu psu, że tak wyje.
Minęliśmy zrujnowaną stodołę i za chwilę latarka Matogi wywabiła z ciemności dwie pary świecących oczu, zielonkawych, fluorescencyjnych.
— Popatrz, Sarny — powiedziałam podnieconym szeptem i chwyciłam go za rękaw kożucha. — Podeszły tak blisko pod dom. Nie boją się?

Sarny stały w śniegu prawie po brzuch. Patrzyły na nas spokojnie, jakbyśmy je zastali w trakcie wykonywania jakiegoś rytuału, którego sensu nie możemy pojąć. Było ciemno, więc nie umiałam rozpoznać, czy to są te same Panny, które przyszły tu jesienią z Czech, czy jakieś nowe? I właściwie dlaczego tylko dwie? Tamtych było co najmniej cztery.
— Idźcie do domu — powiedziałam do nich i zamachałam rękami. Drgnęły, ale nie ruszyły się. Spokojnie odprowadziły nas wzrokiem aż pod same drzwi. Przeszedł mnie dreszcz.
Tymczasem Matoga, tupiąc, otrzepywał buty ze śniegu przed drzwiami zaniedbanego domku. Małe okienka uszczelniono folią i papierami, drewniane drzwi pokrywała czarna papa.
Ściany sieni obłożone były drewnem do palenia w piecu, nierównymi polanami. Było to nieprzyjemne wnętrze, nie ma co mówić. Brudne i zaniedbane. Wszędzie czuło się zapach wilgoci, drewna i ziemi — mokrej, żarłocznej. Swąd dymu, wieloletni, osiadł na ścianach tłustą warstwą.
Drzwi do kuchni były uchylone i od razu zobaczyłam leżące na podłodze ciało Wielkiej Stopy. Mój
wzrok zaledwie go dotknął, a potem odskoczył. Trwało chwilę, zanim znowu mogłam tam spojrzeć. Potworny był to widok.

Leżał skręcony, w dziwacznej pozycji, z rękami przy szyi, jakby usiłował zerwać uciskający go kołnierz. Powoli podchodziłam bliżej, jak zahipnotyzowana. Zobaczyłam otwarte oczy wpatrzone gdzieś pod stół. Brudny podkoszulek był rozerwany koło gardła. Wyglądało to tak, jakby ciało walczyło samo z sobą i pokonane — poległo. Zrobiło mi się zimno ze Zgrozy, krew zamarła mi w żyłach i miałam wrażenie, że cofnęła się gdzieś najgłębiej do środka mojego ciała. Jeszcze wczoraj widziałam to ciało żywe.
— Mój Boże — wybełkotałam. — Co się stało? Matoga wzruszył ramionami.
— Nie mogę się dodzwonić na Policję, znowu jest czeski zasięg.
Wyciągnęłam z kieszeni swoją komórkę, wystukałam numer, który znałam z telewizji — 997, i po chwili w moim telefonie odezwał się automatyczny czeski głos. Tak to tutaj jest. Zasięg wędruje, nie zważając na granicę państw. Czasem granica między operatorami zatrzymuje się na dłuższy czas w mojej kuchni, bywało, że stała kilka dni przy domu Matogi albo na tarasie, ale trudno było przewidzieć jej chimeryczny charakter.
— Trzeba było wyjść wyżej poza dom, na górkę — poradziłam mu poniewczasie.
— Zanim przyjadą, on całkowicie stężeje — powiedział Matoga tonem, którego szczególnie u niego nie lubiłam: jakby zjadł wszystkie rozumy. Zdjął kożuch i powiesił go na oparciu krzesła. — Nie możemy pozwolić, żeby tak został. Wygląda okropnie, a był przecież w końcu naszym sąsiadem.

Patrzyłam na to biedne, skręcone ciało Wielkiej Stopy i trudno mi było uwierzyć, że jeszcze wczoraj bałam się tego Człowieka. Nie lubiłam go. Może to nawet za mało — nie lubiłam. Powinnam raczej powiedzieć — wydawał mi się odrażający, okropny. Właściwie nie uważałam go nawet za ludzką Istotę. Teraz leżał na poplamionej podłodze, w brudnej bieliźnie, mały i chudy, bezsilny i niegroźny. Ot, kawałek materii, który na skutek trudnych do wyobrażenia przemian stał się oddzielonym od wszystkiego kruchym bytem. Zrobiło mi się smutno, przeraźliwie, bo nawet ktoś tak paskudny jak on nie zasłużył na śmierć. A kto zasłużył? I mnie czeka ten sam los, i Matogę, i te Sarny na zewnątrz; wszyscy będziemy kiedyś niczym więcej niż tylko martwym ciałem.

Spojrzałam na Matogę, szukając u niego jakiegoś pocieszenia, ale on zajął się już ścieleniem rozgrzebanego łóżka, barłogu na zdezelowanej wersalce, więc próbowałam pocieszyć się w myślach sama. Przyszło mi wtedy do głowy, że śmierć Wielkiej Stopy mogła być w pewnym sensie czymś dobrym. Uwolniła go od bałaganu, którym było jego życie. Oraz uwolniła inne żywe Istoty od niego. O, tak, nagle zdałam sobie sprawę, jak dobra może być śmierć, jak sprawiedliwa, niczym środek odkażający, niczym odkurzacz. Przyznaję, tak pomyślałam, i właściwie nadal tak myślę.
Był moim sąsiadem, nasze domy dzieliło nie więcej niż pół kilometra, ale rzadko miałam do czynienia z Wielką Stopą. Na szczęście. Widywałam go raczej z daleka — jego drobna, żylasta figura, zawsze nieco chwiejna, przesuwała się na tle krajobrazu. Chodząc, mamrotał coś do siebie i czasami wietrzna akustyka Płaskowyżu donosiła mi strzępki tego monologu, w gruncie rzeczy prostego i nieurozmaiconego. Jego słownik składał się głównie z przekleństw, do których doczepiał tylko imiona własne.

Znał tu każdy kawałek ziemi, bo zdaje się, tu się urodził i nigdy nie wyjeżdżał dalej niż do Kłodzka. Znał się na lesie — na czym można zarobić, co komu sprzedać. Grzyby, jagody, kradzione drewno, podsuchy do palenia, wnyki, coroczny rajd samochodów terenowych, polowania. Las żywił tego małego gnoma. Powinien więc las szanować, a nie szanował. Kiedyś w sierpniu, gdy była susza, podpalił cały jagodnik. Dzwoniłam po straż pożarną, ale nie udało się wiele uratować. Nigdy się nie dowiedziałam, dlaczego to zrobił. Latem wędrował po okolicy z piłą i ścinał pełne soków drzewa. Kiedy mu zwróciłam grzecznie uwagę, z trudem powstrzymując Gniew, odpowiedział z prostotą: — Odwal się, stara babo. Tylko że dosadniej. Dorabiał sobie tym, że zawsze coś tam ukradł, zwinął, załatwił; kiedy letnicy zostawili na podwórku latarkę czy sekator — Wielka Stopa od razu zwąchi-wał okazję i zwijał wszystko, bo można to było potem upłynnić w mieście. Według mnie powinien już kilka razy dostać jakąś Karę, albo nawet iść do więzienia.
Nie wiem, jak to się działo, że wszystko uchodziło mu płazem. Może strzegły go jakieś anioły; czasami tak bywa, że stają po niewłaściwej stronie.
Wiedziałam też, że kłusuje na wszystkie możliwe sposoby. Las traktował jak swoje gospodarstwo — wszystko tam należało do niego. Był typem grabieżcy.

Nie spałam przez niego wiele Nocy. Z bezsilności. Kilka razy dzwoniłam na Policję — kiedy już podniesiono słuchawkę, moje zgłoszenie grzecznie przyjmowano, lecz potem nic się nie działo. Wielka Stopa ruszał znowu w swoją trasę, z pękiem wnyków na ramieniu, pokrzykując złowróżbnie. Małe, złe bóstwo. Złośliwe i nieobliczalne. Zawsze był lekko pijany i chyba to wyzwalało w nim złośliwy humor. Mamrotał do siebie i kijem uderzał pnie drzew, jakby chciał je zgonić ze swojej drogi; wydawało się, że się urodził już w stanie lekkiego zamroczenia. Wiele razy chodziłam jego trasami i zbierałam za nim prymitywne druciane pułapki na Zwierzęta, pętle wiązane do młodych przygiętych drzew w taki sposób, że złapane Zwierzę wylatywało w górę jak z procy i zawisało w powietrzu. Czasem znajdowałam martwe Zwierzęta — Zające, Borsuki i Sarny.
— Musimy go przenieść na leżankę — powiedział Matoga.
Nie podobał mi się ten pomysł. Nie podobało mi się, że mam go dotknąć.
— Myślę, że powinniśmy poczekać na Policję — powiedziałam. Ale Matoga już przygotował miejsce
na wersalce i podciągnął rękawy swetra. Spojrzał na mnie przenikliwie swoimi jasnymi oczami.
— Chyba nie chciałabyś, żeby ciebie tak znaleziono. W takim stanie. Przecież to nieludzkie.
O tak, z pewnością ludzkie ciało jest nieludzkie. Zwłaszcza martwe.
Czy to nie mroczny paradoks, że teraz musimy się zająć ciałem Wielkiej Stopy, że to nam zostawił ten ostatni kłopot? Nam, sąsiadom, których nie szanował, nie lubił i miał za nic.

Według mnie po Śmierci powinno dochodzić do anihilacji materii. Byłby to najwłaściwszy sposób na ciało. Anihilowane ciała wracałyby w ten sposób prosto do czarnych dziur, z których się wzięły. Dusze wędrowałyby z szybkością światła do światła. Jeżeli coś takiego jak Dusza w ogóle istnieje.
Przełamując straszny opór, robiłam tak, jak kazał Matoga. Chwyciliśmy ciało za nogi i ręce i przenieśliśmy na wersalkę. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że jest ciężkie, a wcale nie wydaje się bezwładne, lecz raczej uparcie sztywne, nieprzyjemne jak wy-krochmalona pościel wieziona z magla. Zobaczyłam też skarpetki, czy też to, co zamiast nich było na stopach — brudne szmaty, onuce zrobione z podartego na pasy prześcieradła, teraz szarego i poplamionego. Nie wiem, dlaczego widok tych onuc tak mocno uderzył mnie w piersi, w przeponę, w całe moje ciało, że nie mogłam już powstrzymać szlochu. Matoga spojrzał na mnie chłodno, przelotnie i z wyraźną naganą. — Musimy go ubrać, zanim przyjadą — powiedział Matoga i widziałam, że też drży mu broda na widok tej ludzkiej nędzy (chociaż z jakichś względów nie chce się do tego przyznać).

Najpierw więc spróbowaliśmy mu ściągnąć podkoszulek, brudny i cuchnący, ale nie było mowy, żeby dał się zdjąć przez głowę, więc Matoga wydobył z kieszeni jakiś skomplikowany scyzoryk i rozciął materiał na piersiach. Wielka Stopa leżał teraz przed nami na wersalce półnagi, owłosiony jak troll, z bliznami na piersiach i rękach, wytatuowany w nieczytelne już rysunki, wśród których nie potrafiłam rozpoznać niczego sensownego. Miał ironicznie zmrużone oczy, podczas kiedy my szukaliśmy w rozwalonej szafie czegoś przyzwoitego do ubrania, zanim jego ciało zastygnie na zawsze i na powrót stanie się tym, czym w istocie było — grudką materii. Podarte majtki wystawały spod nowiutkich srebrzystych spodni dresowych.

Ostrożnie odwinęłam te obrzydliwe onuce i zobaczyłam jego stopy. Zdumiały mnie. Zawsze miałam wrażenie, że stopy są naszą najbardziej intymną i osobistą częścią ciała, wcale nie genitalia, nie serce, czy nawet mózg, narządy bez istotnego znaczenia, które zbyt wysoko się ceni. To w stopach kryje się cała wiedza na temat Człowieka, tam spływa z ciała ważki sens tego, kim naprawdę jesteśmy i jak odnosimy się do ziemi. W dotknięciu ziemi, na jej styku z ciałem mieści się cała tajemnica — że jesteśmy zbudowani z pierwiastków materii i jednocześnie jej obcy, oddzieleni. Stopy — to są nasze wtyczki do kontaktu.

A teraz te nagie stopy były dla mnie dowodem jego innego pochodzenia. Nie mógł być Człowiekiem. Musiał być jakąś formą bezimienną, jedną z tych, które — jak mówi nasz Blake — rozpuszczają metale w bezmiar, zmieniają porządek w chaos. Może był czymś w rodzaju demona. Istoty demoniczne zawsze rozpoznaje się po stopach, inaczej pieczętują ziemię.
Te stopy — bardzo długie i wąskie, o szczupłych palcach z czarnymi, niekształtnymi paznokciami, wydawały się chwytne. Paluch odstawał nieco od reszty, jak kciuk. Porastały je gęsto czarne włosy. Czy ktoś coś takiego widział? Wymieniliśmy z Matogą spojrzenia.
W prawie pustej szafie znaleźliśmy kawowy garnitur, poplamiony nieco, ale w gruncie rzeczy rzadko używany. Nigdy go w nim nie widziałam. Wielka Stopa zawsze chodził w walonkach i wyświechtanych spodniach, do tego zakładał kraciastą koszulę i pikowaną kamizelkę, bez względu na porę roku.

Ubieranie zmarłego skojarzyło mi się z pieszczotą. Nie sądzę, żeby zaznał takiej czułości za życia. Podtrzymywaliśmy go delikatnie pod ramiona i wciągaliśmy na niego ubranie. Jego ciężar opierał się na mojej piersi, i po fali naturalnego wstrętu, który przyprawiał mnie o mdłości, przyszło mi nagle do głowy, żeby to ciało przytulić, poklepać po plecach, mówiąc uspokajająco: nie przejmuj się, będzie dobrze. Nie zrobiłam tego ze względu na obecność Matogi. Być może poczytałby mi to za jakąś perwersję.

Żeby mu wciągnąć marynarkę, Matoga uniósł go do pozycji siedzącej i wtedy ujrzeliśmy, że duży, spuchnięty język coś w ustach przytrzymuje, więc po chwili wahania, zagryzając ze wstrętu zęby i cofając raz po raz rękę, delikatnie chwyciłam to coś za koniuszek i zobaczyłam, że trzymam między palcami kosteczkę, długą i cienką, ostrą jak sztylet. Z martwych ust wydobyły się gardłowy bulgot i powietrze, cichy świst, który całkiem przypominał westchnienie. Odskoczyliśmy od zmarłego oboje i zapewne Matoga czuł to samo co ja: Grozę. Zwłaszcza że za chwilę pojawiła się w ustach Wielkiej Stopy ciemnoczerwona, prawie czarna krew. Złowieszczy strumyczek, który wypłynął na zewnątrz.
Znieruchomieliśmy, przerażeni.


Wydawnictwo Literackie /F.N.


.

Do kolekcji

Komentarze

  • Brak komentarzy