katalog produktów
2009-04-09, 15:47

Przeczytaj fragment "Chaty" Williama P. Younga

"Chata" Williama P. Younga to piękna historia o tym, jak Bóg przychodzi do nas w naszych smutkach, do nas uwięzionych we własnych rozczarowaniach, zdradzonych przez własne wyobrażenia. Nigdy nie zostawia nas tam, gdzie nas znajduje, jeśli się przy tym nie upieramy.

Premiera 22 kwietnia!


Fragment książki


 

Kto nie odniósłby się sceptycznie do człowieka twierdzącego, że spędził weekend z Bogiem, i  to w chacie? Bo to była chata.
    

Znam Macka od ponad dwudziestu lat, od dnia, kiedy obaj zjawiliśmy się w domu sąsiada, żeby pomóc mu zebrać z pola siano dla jego dwóch krów. Od tamtej pory zaczęliśmy, jak to teraz mówią dzieciaki, spędzać razem czas, pić kawę albo, jeśli o mnie chodzi, herbatę, bardzo gorącą z mlekiem sojowym. Nasze rozmowy sprawiają nam głęboką radość, zawsze są pełne śmiechu, a czasami i paru łez. Prawdę mówiąc, im robimy się starsi, tym częściej ze sobą przebywamy, jeśli wiecie, co mam na myśli.
    

Jego pełne nazwisko brzmi Mackenzie Allen Phillips, ale większość ludzi mówi do niego Allen. To rodzinna tradycja: wszyscy mężczyźni noszą takie samo pierwsze imię, ale znani są z drugiego, pewnie dlatego, że wolą uniknąć ostentacyjnych przydomków Junior, Senior albo numerków I, II, III. Jest to również sposób na telemarketerów, zwłaszcza takich, którzy zwracają się do człowieka jak do najlepszego przyjaciela. Tak więc on, jego dziadek, ojciec, a teraz najstarszy syn, wszyscy mają na imię Mackenzie, ale na ogół używają drugiego. Tylko jego żona Nan i najbliżsi znajomi nazywają go Mack (choć słyszałem paru obcych, jak krzyczeli: „Hej, Alfons, gdzie uczyłeś się jeździć?”).

Mack urodził się na Środkowym Zachodzie w rodzinie irlandzko-amerykańskich farmerów o stwardniałych dłoniach i rygorystycznych zasadach. Jego nazbyt surowy ojciec, choć na zewnątrz religijny, a do tego starszy kościoła, był ukrywającym się pijakiem, zwłaszcza kiedy nie padał deszcz albo gdy zaczynał padać zbyt wcześnie; zresztą w przerwach między opadami również tęgo popijał. Mack prawie nigdy o nim nie mówi, ale kiedy to robi, z jego twarzy znikają wszelkie emocje, jakby zabrała je fala odpływu, zostawiając tylko posępne oczy bez życia. Z nielicznych opowieści Macka wiem, że tatuś nie należał do tych alkoholików, którzy na szczęście szybko zasypiają, tylko do tych, którzy tłuką żony, a potem proszą Boga o wybaczenie.

Punkt krytyczny nastąpił wtedy, gdy trzynastoletni Mack niechętnie obnażył  duszę przed pastorem i pod wpływem chwili wyznał ze łzami, że nie zrobił nic, żeby pomóc mamie, kiedy wielokrotnie był świadkiem, jak jego pijany tatuś bił ją do nieprzytomności. Nie wziął jednak pod uwagę, że jego powiernik pracuje i chodzi do kościoła razem z panem Phillipsem, więc zanim doszedł do domu, rodzic już czekał na niego na ganku. Mama i siostry były nieobecne. Później Mack dowiedział się, że ojciec przezornie wysłał je do cioci May, żeby samemu móc swobodnie udzielić zbuntowanemu synowi lekcji na temat szacunku. Przywiązał go do dużego dębu na tyłach domu i przez prawie dwa dni bił go pasem, smagając jednocześnie wersami z Biblii, gdy tylko budził się z pijackiego snu i odstawiał butelkę.

Dwa tygodnie później, kiedy Mack był już w stanie poruszać nogami, po prostu odszedł z domu, ale wcześniej wlał trutkę na myszy do wszystkich butelek alkoholu, które znalazł na farmie. Następnie z ziemi obok budynku gospodarczego wykopał małe blaszane pudełko ze wszystkimi swoimi ziemskimi skarbami: fotografią rodzinną, na której wszyscy mrużyli oczy, jakby patrzyli w słońce (tatuś stał z boku), kartą z debiutującym baseballistą Luke’em Easterem z 1950 roku, małą buteleczką Ma Griffe (jedynych perfum, których używała jego matka), szpulką nici, paroma igłami, małym srebrnym modelem odrzutowca Air Force F-86 i oszczędnościami całego życia w wysokości piętnastu dolarów i trzynastu centów. Potem jeszcze na chwilę zakradł się do domu i wsunął liścik pod poduszkę mamy, podczas gdy ojciec chrapał po kolejnym pijaństwie. Na kartce napisał: „Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz”. Przysiągł sobie, że nigdy tu nie wróci, i… długo dotrzymywał słowa.

Trzynaście lat to niezbyt odpowiedni wiek, żeby rozpoczynać samodzielne życie, ale Mack nie miał wyboru, więc szybko dorósł. O latach, które nastąpiły po ucieczce z domu, do dziś rzadko opowiada. Większość z nich spędził za oceanem, pracując w wielu miejscach na całym świecie. Zarobione pieniądze wysyłał dziadkom, a oni przekazywali je jego matce. W jednym z tych dalekich krajów chyba nawet wziął do ręki broń i brał udział w walce, bo do dziś nienawidzi wojny z całego serca. Cokolwiek się wtedy wydarzyło, w wieku dwudziestu paru lat wylądował w seminarium w Australii. Po przyswojeniu stosownej dawki teologii i filozofii wrócił do Stanów, zawarł pokój z matką i siostrami i przeniósł się do Oregonu. Tam poznał i poślubił Nannette A. Samuelson.

W świecie gaduł Mack woli myśleć i działać. Niewiele mówi, jeśli ktoś wprost nie zada mu pytania, a ci, którzy go znają, nauczyli się tego nie robić. Gdy już się odzywa, człowiekowi przychodzi do głowy, że ma przed sobą kosmitę, który zupełnie inaczej postrzega krajobraz ludzkich idei i doświadczeń.

Rzecz w tym, że Mack zwykle doszukuje się innego sensu w świecie, w którym większość słyszy to, do czego jest przyzwyczajona. czyli zwykle niewiele. Znajomi na ogół go lubią, pod warunkiem, że Mack nie dzieli się z nimi swoimi przemyśleniami. A kiedy już zabiera głos, nie przestają go lubić, tylko tracą nieco zadowolenia z siebie.

Kiedyś mi powiedział, że w młodości miał zwyczaj mówić, co myśli, ale potem zrozumiał, że tym gadaniem jedynie próbuje zagłuszyć cierpienie. Często kończyło się tak, że wyrzucał z siebie ból, atakując słowami wszystkich w swoim otoczeniu. Podobno wytykał ludziom wady i upokarzał ich, dzięki czemu sam zachowywał poczucie fałszywej władzy i kontroli. Niezbyt miłe z jego strony.

Kiedy piszę te słowa, myślę o Macku, którego zawsze znałem: zwyczajnym człowieku, który na pierwszy rzut oka niczym szczególnym się nie wyróżnia. Właśnie kończy pięćdziesiąt sześć lat, jest niepozornym, niskim białym facetem, łysiejącym i z lekką nadwagą, czyli wygląda jak wielu mężczyzn w tych stronach. Pewnie nie zauważyłbym go w tłumie ani nie czułbym się nieswojo, siedząc obok niego w pociągu, kiedy drzemie w czasie cotygodniowej podróży do miasta na spotkanie w interesach. Większość pracy wykonuje w swoim małym gabinecie w domu przy Wildcat Road. Sprzedaje jakieś nowoczesne gadżety, tajemnicze ustrojstwa, których nawet nie próbuję zrozumieć, ale dzięki którym wszystko działa szybciej, jakby życie już nie dość szybko pędziło.

Człowiek nie zdaje sobie sprawy, jaki Mack jest bystry, póki nie podsłucha jego rozmowy z ekspertem. Byłem kiedyś przy tym, jak raptem język, którym mówiono, przestał przypominać angielski, a ja próbowałem zrozumieć słowa wylewające się kaskadą z jego ust. Mój przyjaciel potrafi mówić inteligentnie prawie o wszystkim i choć wyczuwa się, że ma silne przekonania, jest na tyle delikatny, że pozwala wam zachować swoje.

Jego ulubione tematy to Bóg, Stworzenie i dlaczego ludzie wierzą w to, co robią. Jego oczy zaczynają się iskrzyć, kąciki ust wykrzywia uśmiech, zmęczenie nagle znika jak u małego dziecka, a on sam z trudem nad sobą panuje. Jednocześnie wcale nie jest zbyt religijny. Wydaje się, że do religii ma stosunek, który można określić jako miłość/nienawiść. Chyba podobnie jest z Bogiem, którego uważa za ponurego, dalekiego i wyniosłego. Przez szczeliny w murze jego rezerwy czasami przebijają się małe kolce sarkazmu niczym strzałki zanurzone w truciźnie. Czasami obaj pojawiamy się w tym samym małym kościele z ławkami i amboną (Pięćdziesiątego Piątego Niezależnego Zgromadzenia Świętego Jana Chrzciciela, jak lubimy go nazywać), ale widać, że Mack nie czuje się tam dobrze.

Jest żonaty z Nan od ponad trzydziestu pięciu, przeważnie szczęśliwych, lat. Twierdzi, że żona uratowała mu życie i zapłaciła za to wysoką cenę. Z jakiegoś niepojętego powodu ona kocha go teraz bardziej niż kiedykolwiek, choć mam wrażenie, że na początku małżeństwa Mack mocno ją zranił. Ponieważ, jak przypuszczam, większość ran zadają nam najbliżsi, związek z drugim człowiekiem jest też miejscem, w którym najlepiej się one goją, a poza tym wiadomo, że łaska rzadko ma sens dla tych, którzy patrzą z zewnątrz.

Tak czy inaczej, Mack ma żonę, a Nan jest zaprawą, która spaja ich rodzinę. Podczas gdy on walczy w świecie o wielu odcieniach szarości, jej jest głównie czarno-biały. Zdrowy rozsądek przychodzi Nan tak łatwo, że ona nawet nie uważa go za dar. Założenie rodziny przekreśliło jej marzenia o zostaniu lekarzem, ale jako pielęgniarka zyskała wielkie uznanie za opiekę nad terminalnymi pacjentami onkologicznymi. Podczas gdy relacja Macka z Bogiem jest szeroka, relację Nan można nazwać głęboką.

Ta osobliwa para spłodziła pięcioro niezwykle pięknych dzieci. Mack lubi mówi, że wygląd odziedziczyły po nim, „bo Nan zachowała swój”. Dwóch z trzech chłopców już wyprowadziło się z domu: Jon, niedawno ożeniony, pracuje w dziale sprzedaży miejscowej firmy, a Tyler, absolwent college’u, rozpoczął studia magisterskie. Josh i jedna z dwóch dziewcząt, Katherine (Kate), mieszkają z rodzicami i chodzą do miejscowej szkoły średniej. I jest jeszcze najmłodsza, Melissa albo Missy, jak lubiliśmy ją nazywać. Ona… cóż, poznacie ich wszystkich lepiej na tych stronach.

Ostatnie lata były, że się tak wyrażę, dość dziwne. Mack się zmienił; teraz jest jeszcze bardziej wyjątkowy niż kiedyś. Odkąd go znam, zawsze był raczej łagodny i dobry, ale od pobytu w szpitalu stał się… cóż, jeszcze milszy. Należy do tych nielicznych ludzi, którzy doskonale czują się we własnej skórze. I ja czuję się przy nim dobrze jak przy nikim innym. Gdy się rozchodzimy, wydaje się, że właśnie odbyłem najlepszą rozmowę w życiu, nawet kiedy to ja głównie gadam. A jeśli chodzi o Boga, Mack sięgnął w głąb. Ale ten nurek drogo go kosztował.

Dzisiaj jest zupełnie inaczej niż siedem lat temu, kiedy do jego życia wkroczył Wielki Smutek, a on niemal całkiem przestał się odzywać. Mniej więcej w tym czasie na prawie dwa lata przestaliśmy się spotykać, jakby na mocy obopólnej milczącej umowy. Tylko czasami widywałem Macka w miejscowym sklepie spożywczym albo jeszcze rzadziej w kościele i choć zwykle witaliśmy się uprzejmie, nie mówiliśmy o niczym ważnym. Jemu było trudno nawet spojrzeć mi w oczy; pewnie nie chciał zaczynać rozmowy, która mogłaby jeszcze bardziej urazić jego zranione serce.

Wszystko zmieniło się po paskudnym wypadku… Ale znowu wybiegam naprzód.  Dojdziemy do tego we właściwym czasie. Powiem tylko, że w ciągu tych ostatnich lat Mack odżył, a ciężar Wielkiego Smutku zelżał. To, co zdarzyło się trzy lata temu, całkowicie zmieniło melodię jego życia i już nie mogę się doczekać, żeby wam ją zagrać.

Choć werbalnie Mack komunikuje się całkiem sprawnie, nie czuje się pewnie, jeśli chodzi o pisanie. Wie natomiast, że ja je uwielbiam. Poprosił mnie więc, żebym za niego spisał tę historię, jego historię „dla dzieciaków i Nan”.  Chciał poprzez nią nie tylko wyrazić głębię swojej miłości, ale również pokazać im, co się dzieje w jego wewnętrznym świecie. Znacie to miejsce, gdzie człowiek jest sam… i może jeszcze Bóg, jeśli w niego wierzycie. Oczywiście Bóg może być w nim obecny, nawet jeśli w niego nie wierzycie. To do niego podobne.

To, co teraz przeczytacie, przez wiele miesięcy staraliśmy się z Mackiem wyrazić słowami. Jest w tym trochę… no, cóż, dużo fantastyki. Czy wszystko jest prawdą, nie mnie osadzać. Wystarczy powiedzieć, że choć niektórych rzeczy nie da się udowodnić naukowo, nie oznacza to, że nie są prawdziwe. Powiem wam szczerze, że udział w tej historii miał na mnie głęboki wpływ. Odkryłem w sobie miejsca, w których nigdy wcześniej nie byłem i nawet nie wiedziałem o ich istnieniu. Przyznam się, że bardzo bym chciał, żeby wszystko, co opowiedział mi Mack, wydarzyło się naprawdę. Przez większość czasu twardo stoję przy nim, ale w inne dni - kiedy świat betonu i komputerów wydaje się jedynym realnym - tracę orientację i zaczynam mieć wątpliwości.

Jeszcze parę ostatnich uwag. Jeśli przeczytacie tę historię i znienawidzicie ją, Mack chciałby wam powiedzieć: „przykro mi, ale ona nie została napisana dla was.” A może jednak. Za chwilę się dowiecie, co mój przyjaciel zapamiętał z tamtych wydarzeń. To jest jego historia, a nie moja, więc w kilku miejscach, gdzie się pojawiam, występuję w trzeciej osobie - z punktu widzenia Macka.

Pamięć bywa zawodna, szczególnie w tym wypadku, więc nie byłbym zaskoczony, gdyby mimo naszych starań znalazły się na tych stronach błędy faktograficzne i fałszywe wspomnienia. Z pewnością nie są zamierzone. Mogę was zapewnić, że rozmowy i wydarzenia są spisane jak najwierniej, więc w imieniu Macka proszę o wyrozumiałość. Jak się przekonacie, niełatwo jest mówić o tych rzeczach.
      
                                                                                    - Willie
       

Książce patronuje empik.      

 

Wydawnictwo Nowa Proza / F.N.

.

Do kolekcji

Komentarze

  • Brak komentarzy

Empikultura

  • 2009-04-02, 12:35
    Wiara zbudowana na cierpieniu
    W czasach, gdy religia staje się coraz mniej istotna, książka Williama P. Younga "Chata" zmaga się z ponadczasowym pytaniem: "Gdzie jest Bóg w świecie tak pełnym niewysłowionego bólu?". Więcej