Nie wstydzę się Warszawy - rozmowa z Agatą Passent
Każdy pracuje tu dla siebie. Ludzie mijają się w pośpiechu, nie nawiązują ze sobą kontaktu. Warszawa to miejsce interesów, a nie społeczności.
Dlaczego mimo tego pisze o stolicy? O swojej przygodzie z miastem opowiada Agata Passent
Dlaczego właśnie Warszawa?
Felietonista dobiera tematykę tekstów do swojego temperamentu. Nie marzę o podróżach do dalekich miejsc, gdzie toczą się konflikty zbrojne. Nie interesuje mnie relacjonowanie wojny w Afganistanie czy epidemii głodu w Afryce. Psychologicznie przerastają mnie te tematy. To, co mnie interesuje, to moje własne podwórko.
Jednak na studia pojechała Pani do Ameryki. Nie myślała Pani o tym, by tam zostać i ułożyć sobie życie?
Będąc daleko od Warszawy bardzo do niej tęskniłam. Moje korzenie, pierwsze przyjaźnie, to wszystko podsycało tę tęsknotę. Brakowało mi tych wszystkich miejsc, chociażby cienia parku Frascatich. To jest moje miasto, nie wstydzę się go. Można powiedzieć, że jestem lokalną patriotką.
Po powrocie zaczęła Pani wychodzić z miastem do ludzi. To przez tę tęsknotę?
Okazało się, że samo miasto potrzebuje tego, by je opisać. Warszawa to miasto przejezdnych, a nie przyjezdnych. Nie ma tak wielu warszawiaków, wszyscy są tu tymczasowo. Chcą tu się uczyć, pracować, a później wyjechać do jakichś bardziej „sexi” miejsc – Paryża czy Moskwy. Trzeba im pomóc się tu odnaleźć. Choć ukazuje się wiele informatorów i przewodników po mieście, to są one zbyt chaotyczne, by pomogły zrozumieć Warszawę.
Temu miały służyć Pani audycje radiowe?
Ten sardoniczny, sarkastyczny styl felietonów, jakie układałam, trafiał do ludzi. Ukazywały się moje książki o Warszawie, wiele o niej pisałam. I wciąż trafia. Pod koniec maja znowu powracam z felietonami do radia Pin. Trzy minuty audycji, trzy strony, haiku w ponadczasowym felietonie. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, by nie był to opis „gdzie byłam, co widziałam”. Tekst nie ma być aktualny przez chwilę, ma być ponadczasowy jak teksty mistrzów felietonu. Wspaniale czyta się to, co o Warszawie napisali Prus, Słonimski, Boy-Żeleński. Nie ważna jest treść sztuki, którą oni recenzują, tylko ogólna atmosfera w mieście. Chętnie wracam też do starych pocztówek czy zdjęć miasta. Jest w nich coś, co nie pozwala oderwać od nich wzroku. Nawet zdjęcia pokazujące codzienny ruch przed Domami Centrum potrafią zachwycić.
Czy współcześnie Warszawa też posiada taką atmosferę?
Oczywiście. Dzieje się mnóstwo, ale wszystko jest bardzo rozproszone. Nie ma takich bomb kulturalnych jak Salzburg ze swoim festiwalem mozartowskim czy Berlin z biennale sztuki. Mamy doskonałe teatry, jazz, którego można posłuchać za ludzkie pieniądze, w szczególności latem. Warszawskich artystów można oglądać na całym świecie.
A jednak wielu warszawiaków nie wie o tym, co dzieje się w mieście.
Niestety, to cecha Warszawy, a może i całej Polski. Każdy pracuje dla siebie. Ludzie mijają się w pośpiechu, nie chcą nawiązać ze sobą kontaktu. Warszawa to miejsce interesów, a nie społeczności. Dobrym przykładem są tutaj galerie, które nie utrzymują ze sobą kontaktu. Nie dążą do tego, by stworzyć np. jeden portal informacyjny. Przez to mało ludzi jest w stanie dotrzeć do tych miejsc. Na Pradze np. jest mnóstwo pracowni artystycznych czy offowych teatrów. Sytuacji nie poprawiają media, które uległy okropnej modzie patronatów medialnych. Jeśli jeden dziennik podpisze umowę z szefem imprezy, to inne dzienniki nie poinformują o tym wydarzeniu, bo to już konkurencja. To powoduje, że grupa odbiorców jest mniejsza. Co więcej, taki patronat wymusza dobrą recenzję wydarzenia. Koncert ma być dobry, nawet, jeśli w rzeczywistości okaże się, że jest zupełnie inaczej.
Często się Pani z tym spotykała?
Bardziej rażą mnie horrendalne ceny. Bilety na miejsca stojące na koncercie Rufusa Wainwrighta w klubie Palladium kosztowały 150 złotych. Nie wiem, ile osób na to stać. Lepiej wykupić abonament na wejściówkę do Filharmonii, Opery Narodowej. W Studiu Radiowym im. Agnieszki Osieckiej czy Studiu im. Lutosławskiego imprezy organizowane są praktycznie za darmo. Wspomnieć też trzeba o poniedziałkowych koncertach w Tygmoncie, gdzie można usłyszeć saksofonistę Zbigniewa Namysłowskiego razem z orkiestrą. Światowej klasy jazz za darmo! Tutaj znowu jednak wraca problem bazy informacyjnej.
W Pani książkach pojawiają się pewne próby naprawienia tego problemu. Dobrym przykładem jest tu „szlak łasucha”.
Czasem staram się pokazywać ludziom miejsca warte odwiedzenia – galerię Yours, bar Mistrz i Małgorzata. Jednak prawda np. o kulinariach Warszawy jest taka, że większość restauracji jest po prostu fatalnie droga, jedno danie kosztuje czterdzieści złotych, choć są też chlubne wyjątki. W Berlinie jest mnóstwo takich małych knajpeczek, w których sprzedaje się tanie piwo. Są nawet dzielnice, w których kupuje się piwo z okienka, niemalże bez marży. Warszawskie kawiarnie są bardzo drogie: herbata w kubku za piętnaście złotych to przesada. Unikam miejsc, gdzie cena nie odpowiada jakości produktu. W Coffee Heaven, która jest już niemal wszędzie, kanapka na sztucznym cieście kosztuje 13 złotych! Niestety, problemem są tu recenzje. Nie recenzuje się tego, co złe, nie pisze się o słabych aspektach lokali.
Jak tak dalej pójdzie, to niedługo zajmą całą przestrzeń miejską.
Oby nie. Warszawa potrzebuje czegoś więcej. Bardzo dużą wagę przywiązuję do projektu Muzeum Żydów Polskich, które ma stanąć w miejscu dawnego getta warszawskiego. Nie ma to być pomnik martyrologii, która jest tu męcząca, ale ma pokazywać kohabitację różnych narodów w mieście, pokazywać, jak to współżycie wyglądało. Pałac Kultury i Nauki jest przykładem na to, że warszawiacy mają trochę ironiczne spojrzenie na historię, są w stanie wszystko oswoić, nawet ten Pekin. Poza tym, sama Sala Kongresowa jest ewenementem – minęło pięćdziesiąt lat, a koncerty w Warszawie wciąż odbywają się w na tej socjalistycznej scenie. Nie mamy miejsca odpowiedniego do grania lżejszej muzyki niż klasyczna. To się musi zmienić. Miasto musi zainwestować w salę, musi znaleźć się jakiś inwestor, który uporządkuje ten chaos.
No właśnie. W Warszawie nic nie jest na swoim miejscu, dlatego sprawia wrażenie nieznośnie eklektycznej.
Owszem, Pałac Kultury, palma na rondzie, sztuczna plaża, Jeziorko Czerniakowskie. To jest niepowtarzalne – Warszawa jest miastem bez tożsamości. Została zniszczona rozbiorami, wojną. W czasie odbudowy stolicy zmieniono całą urbanistykę miasta. A to ona w znacznej mierze wpływa na atmosferę i psychologię warszawiaków. Mi się to podoba – każdy musi stworzyć swoje centrum. Biznesmeni znajdą je na Giełdzie Papierów Wartościowych, studenci przy uczelniach, ktoś inny przy Placu Defilad. Warszawa nie ma centrum, bądź jest ono tam, gdzie Ty jesteś. Pokazuję to wszystko, a słuchacze sami muszą wybrać, które miejsce jest dla nich atrakcyjne. To odróżnia Warszawę od innych miast.
Czy więc nie powinno się stworzyć jednego, spójnego centrum, aby uporządkować ten chaos? Czy budowa wysokościowców w okolicach Pałacu nie zmieni tej sytuacji?
Nie podobają mi się projekty centrum przepełnionego drapaczami chmur. To dobre dla Manhattanu, który jest wyspą i nie może pozwolić sobie na stratę miejsca. Mazowsze jest długie i szerokie, wieżowce nie przystają do ludzkiej skali. Poza tym, zabudowanie centrum biurowcami stworzy enklawę japiszonów, nie będzie to miejsce dla każdego. A to byłoby złe rozwiązanie dla Warszawy, dla nas wszystkich.
Rozmawiał Emil Borzechowski
PDF - pismo warsztatowe Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego
-
2008-07-08, 16:56 karuzela
nieciekawy wywiad
a felietony Passent o Warszawie pretensjonalne i nudne. -
Liczba komentarzy: 1
-

2006-04-03, 11:50
Herbaciane nonsensy Osieckiej
Nowe wersje 16 piosenek Agnieszki Osieckiej w wykonaniu m.in. Ewy bem, Grzegorza Turnaua i Seweryna Krajewskiego ukazały się w ostatnim dniu marca na płycie Herbaciane nonsensy. Więcej






Strona główna







Regulamin




