2008-09-05, 16:34

Limerykowa psychoterapia. Rafał Bryndal opowiada o
pisaniu limeryków i nieustannym poczuciu obciachu.

Oj, sporo nieprzyzwoitych wierszyków znalazło się w najnowszym zbiorze limeryków Rafała Bryndala "O pewnych panach i paniach, czyli numery z każdej sfery". Bezwstyd po prostu! A kto wie, jak będzie 26. września w warszawskim empiku Juniorze, gdzie autor wystąpi w towarzystwie ilustratora książki Marka Raczkowskiego oraz Atrakcyjnego Kazimierza. Czy to prawda, że wystarczy napisać jeden limeryk dziennie, żeby być szczęśliwym?


Ostatnio mam tak dużo pracy, że coraz trudniej mi to przychodzi, ale staram się utrzymać tempo. Pianista ma swoje wprawki, a człowiek piszący limeryki powinien codziennie ćwiczyć operowanie językiem, rymami... To pomaga też w innych działaniach. Staram się, czasami jest gorzej, nawet częściej tak bywa, ale czasem zdarza się taka perełeczka:
Pewna pani z Meksyku
Słynęła z tak wielkiego przełyku
Że w periodyku
Dla hydraulików
Ukazał się o niej artykuł.
Czasami przypominam sobie w południe albo wieczorem, że miałem coś napisać i wtedy myślę intensywnie. Oczywiście powstaje dużo tekstów, które odrzucam, ale, jak ktoś powiedział: dobra literatura (nie aspiruję tutaj do dobrej literatury!) to tysiąc kartek zapisanych, a tylko jedna jest OK. Trzeba ćwiczyć. Traktuję to jako zabawę, która ma też takie oblicze, że piszę teksty w komórce i często wysyłam je znajomym.


Zdarza się Panu rozmawiać z kimś limerykami, na przykład smsowo?


Tak, niektóre osoby odpowiadają mi do rymu. To są ludzie, którym ufam, cenię ich wrażliwość i poczucie humoru. Czasami krytykują moje teksty, ale niekiedy pochwalą i wtedy jestem z siebie bardzo dumny. Kilka razy, wiedząc, że napisałem gniota, wysłałem im go chcąc sprawdzić, jak zareagują. Nie zawiodłem się, co potwierdziło ich wiarygodność.


Dlaczego właśnie limeryki?


Nie wiem. Może dlatego, że często podróżuję. Kiedy mam na trasie jakąś miejscowość, a za kierownicą człowiek z reguły się nudzi, to wymyślam rymy w trakcie jazdy. Także w pociągu. Na przykład wiem, że będę przejeżdżał przez Ostrołękę. Jeśli dojeżdżam do miejscowości po przejechaniu powiedzmy 200 kilometrów i mam już gotowy na temat jej nazwy limeryk, to jestem z siebie bardzo dumny. Tak było, kiedy jechałem przez Warkę:
Pewna pani mieszkająca w Warce
Dzieliła z pieskiem swoje lata starcze
Z popeliny taniej
Uszyła mu ubranie
Po to by piesek był w marynarce.


Zapamiętał Pan ten limeryk czy zapisał?


Zapamiętałem, ale faktycznie, często się zdarza, że zapominam. Trudno pisać, gdy siedzi się za kierownicą.Dlatego sporo tekstów zapisuję w komórce, mam opcję „notatnik” i często z niej korzystam.
 

Od czego się zaczyna? Najpierw jest koncept, na przykład o psie w marynarce, a potem do tego powstaje tekst?


Często to rym jest drogowskazem i kombinuje się wokół niego: co można z czymś połączyć? Co z czymś skojarzyć? To jak gra w komputerze: są różne komnaty, dostajemy klucz i trzeba otworzyć odpowiednie drzwi, żeby przejść dalej.


W takiej sytuacji treść, a zwłaszcza pointa, mogą zaskoczyć samego autora.


Często. Wychowałem się na wierszykach Kerna w „Przekroju”. Zawsze marzyłem, że na ostatniej stronie tego tygodnika będą też moje wierszyki. I przez pewien czas, dopóki była ostatnia strona z rozmaitościami, moje wierszyki faktycznie były tam publikowane. Fajna zabawa.


Co to znaczy, że tańczy Pan w swoim najnowszym zbiorku limeryków „O pewnych panach i paniach, czyli numery z każdej sfery”?


Książka jest ilustrowana przez Marka Raczkowskiego, który zrobił rysunki na narożnikach stron. Działa to jak film animowany, kiedy szybko kartkuje się strony. Misterna praca, ale świetny pomysł, wygląda to tak, jakbym tańczył i robił różne figury. Trochę żałuję, że nie zdążyliśmy nagrać do tego wydania płyty z limerykami recytowanymi przez moich przyjaciół. Za to 26 września w empiku Junior w Warszawie będzie wieczór promocyjny, podczas którego wystąpi mój brat z zespołem Atrakcyjny Kazimierz.


Pisuje Pan jeszcze teksty dla Atrakcyjnego Kazimierza?


Tak, przygotowujemy teraz nową płytę, na której wystąpią specjalni goście. Mam już kilka piosenek, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Niektórzy mówią, że nie mogę się skupić na jednej rzeczy, którą mógłbym doskonalić, ale ja tak nie potrafię. Muszę mieć kilka możliwości. Coś robię tutaj, coś tam, tu limeryki, tam radio. Najfajniejsze jest napisanie czegoś. Najgorsze jest pierwsze zdanie, potem drugie, potem wchodzę w tekst i trochę się w nim zatracam. Później wykreślam pierwsze zdanie, ponieważ w kontekście kolejnych jest już nie na miejscu. Po napisaniu całości wydaje się, że powstał taki sobie tekst, a na drugi dzień okazuje się, że nawet jest OK. Trzeba nabrać do tego trochę dystansu.


„O pewnych panach i paniach” to drugi zbiór Pańskich limeryków, więc chyba jest nieźle?


Poprzedni „Święty Mikołaj, krawiec i Kutno” został wydany prywatnie przez mojego przyjaciela w Toruniu. A teraz piszę bajkę dla dzieci. Zacząłem współpracę z czasopismem „Bluszcz”. Przed wojną było takie pismo literackie dla kobiet, które teraz się reaktywuje. Piszę dla nich felietony i opowiadania. Moim marzeniem jest napisanie fajnego scenariusza filmowego, może komedii, ale niekoniecznie. Tylko że dzień jest za krótki, a jeszcze żyć się chce i tyle atrakcji na każdym kroku. Jestem też niespecjalnie zdyscyplinowany, a nawet dość leniwy. Jeśli na dziesięć projektów i planów wychodzą mi dwa, to jestem zadowolony. Mój najgorszy sen: budzę się i nie mam na nic żadnego pomysłu. Czegoś takiego naprawdę się boję.
 

Podobno w dzieciństwie był Pan wstydliwy, tymczasem wiele Pańskich limeryków to dość pieprzne teksty. Już się Pan nie wstydzi? Wyrósł Pan z tego?


Może niektórzy są wstydliwi przez całe życie, ale ja nabrałem nieco animuszu i wigoru. W pewnym sensie wstydzę się jednak przez cały czas, mam mniejsze czy większe poczucie obciachu, ale walczę z nim. Nienawidzę słowa „satyryk”, choć mam dosyć krytyczny stosunek do świata i wszystko potrafię wykpić. Chyba w ten sposób zabijam swój wstyd. To, co robię, jest pewnym rodzajem psychoterapii. Każdy objaw twórczości jest formą walki z tym, co w nas siedzi.


Lubi Pan śmiać się z samego siebie?


To podstawa. Żeby śmiać się z innych i ze świata, trzeba przede wszystkim mieć dystans do samego siebie. Śmieję się z siebie na każdym kroku, wystarczy, że spojrzę w lustro. Ktoś mnie kiedyś zapytał, czy Pan Bóg ma poczucie humoru. Odpowiedziałem, że oczywiście, skoro mnie stworzył.


Rozmawiała Magdalena Walusiak

.

Do kolekcji

Komentarze

  • Brak komentarzy