Marek Edelman


Biografia

Marek Edelman – działacz polityczny i społeczny, lekarz kardiolog, były członek Rady Politycznej Unii Wolności, obecnie członek Partii Demokratycznej. Urodził się 1 stycznia 1921 r. w Homlu (Białoruś), wkrótce potem rodzina przeprowadziła się do Warszawy. W czasie II wojny światowej członek Powszechnego Żydowskiego Związku Robotniczego (Bundu)... więcej...

Fragment książki

1944. Sierpień
WYBUCH POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

Nie wiem, czy powstanie warszawskie było potrzebne, czy nie było, czy było nieuniknione, czy nie. Dla mnie był to kolejny etap wojny z faszyzmem. Więc się przyłączyłem.

1 sierpnia 1944 roku zaczyna się powstanie warszawskie. Edelman już o piątej po południu słyszy pierwsze strzały. Wszyscy są podekscytowani i wychodzą na ulicę. On idzie na Żelazną, gdzie akurat jest grupa, która wróciła z lasu – dyskutują, co robić i do jakiej formacji wojskowej można się przyłączyć.
W tym samym czasie na podwórku przy Pańskiej 7, tam gdzie jeszcze niedawno ukrywał się Edelman wraz z przyjaciółmi, akowcy rozstrzeliwują Jerzego Grasberga. To pokazuje nowe zjawisko: Żydzi, którzy przeżyli, są podejrzewani o... kolaborację z Niemcami. Grasberg ma fałszywe dokumenty i broń – a więc zostaje uznany za hitlerowskiego szpiega! Informację tę przynosi Aleksander Kamiński, z którym Grasberg współpracował przy redagowaniu „Biuletynu Informacyjnego”. Jest wstrząśnięty, ale i on nie widzi wyjścia z sytuacji – radzi bojowcom, aby znaleźli sobie oddział, w którym będą bezpieczni.
Jeszcze tego samego dnia „Kazik” Ratajzer ratuje Julka Fiszgrunda, którego chce rozstrzelać żandarmeria AK. Znowu: akowcy, widząc Żyda z bronią w ręku, uznają, że złapali zdrajcę. Decydują, że bez sądu i na miejscu wykonają na nim wyrok śmierci. Zamykają go w piwnicy na Starym Mieście, a ten przez okienko wyrzuca kartkę z prośbą o pomoc. Niezwykły przypadek – kartkę akurat znajduje na ulicy Ratajzer. Interweniuje. Na czas. W ten sposób ratuje Fiszgrundowi życie.
Podobna historia na początku powstania przydarza się Edelmanowi, gdy stara się dostać na Leszno 18, od którego jest odcięty linią walk. Ma ważną przepustkę wydaną przez AK i dociera na Leszno 14. Dalej nie może przejść, bo stoją już tam straże oddziałów ukraińskich. Mało tego – zaczynają do niego strzelać. Próbuje zatem zawrócić, przemykając się z bramy do bramy. Wtedy wpada na patrol AK, który go oskarża, że podpalił kamienicę, z której właśnie wybiegł, czyli jest niemieckim szpiegiem. Decyzja – rozstrzelać na miejscu. Edelman wyrywa się i biegnie po schodach w stronę drzwi mieszkania, w którym kwaterują dowódcy tego oddziału. Przez kilka minut trwa szamotanina, akowcy ciągną go w dół, on kopie w drzwi – wreszcie ktoś otwiera i po długiej rozmowie daje się przekonać Edelmanowi, by go nie rozstrzeliwać od razu. W końcu go wypuszczają...

Dzięki przestrogom Kamińskiego żobowcy podczas powstania warszawskiego trafiają do trzeciego plutonu drugiej brygady Armii Ludowej, czyli do partyzantki komunistycznej. Jest to tym bardziej naturalne, że „Antek” ma cały czas bezpośredni kontakt z „Witoldem”, czyli Franciszkiem Jóźwiakiem, szefem sztabu AL.
Edelman: – Pytacie mnie – dlaczego właśnie AL? A dlatego. Nie będę bawił się z tymi, co chcą mnie zabijać. Jeszcze parę razy AK stawiało mnie pod murem, bo żandarmeria na Starym Mieście, gdzie walczyliśmy na początku, to była po prostu czysta, oenerowska Falanga.
To wszystko nie było takie proste, jak się teraz wydaje.
Komuniści bywali przyzwoici i bywali nieprzyzwoici. Trzeba wiedzieć, którzy jacy byli. Na przykład, ten sztab Armii Ludowej, który zginął pod koniec sierpnia na Freta 16 – to byli bardzo przyzwoici ludzie. Znałem ich. Kowalski, Nastek Matywiecki – zresztą Żyd... To on przyszedł do mnie podczas powstania warszawskiego i powiedział, że mam nie spać w tej piwnicy razem z oddziałem, bo nawet AL może mnie jako Żyda zabić. A potem mnie przykrywał swoją pałatką i spał przy mnie na tym trawniku przy Długiej i Świętojerskiej.
Potem ten cały mój oddział – nie pamiętam, jak się nazywał: drugi czy trzeci batalion, wszyscy stali się ubekami, stali w Warszawie pod Hotelem Polonia i skupywali dolary. Ale mojego dowódcę „Witka” w styczniu 1945 roku zaraz po wojnie Narodowe Siły Zbrojne wykończyły rękami Rosjan: kiedy w Częstochowie chciał się sam zgłosić do komendanta milicji, ludzie z NSZ pojmali go, doprowadzili do Rosjan i powiedzieli, że to faszysta. A ci go zastrzelili...
Oczywiście AL to była mała grupa. Tak samo jak PAL, tam gdzie był Jan Strzelecki. To nie oni decydowali. Ale nie mogę im nic zarzucić.
– Czy interesowały Pana ich wewnętrzne porachunki? Słyszał Pan wtedy o sprawie zabójstwa Nowotki i likwidacji braci Mołojców, których PPR oskarżyła o ten mord?
– Nie wiem, kto zabił Mołojców – jak nie zabijał Gomułka, to na pewno wiedział o tym i dawał przyzwolenie. I nie wiem, czy Bolesław Mołojec, który był przecież wtedy dowódcą GL, zginął dlatego, że był bardziej proradziecki, czy dlatego, że był za mało proradziecki. Wiedziała o tej sprawie ich sekretarz Marysia Rutkiewicz – ale pary nie puściła aż do śmierci. Przecież ona była w tym wszystkim przez lata. Kiedyś ją pytam: „Marysiu, a kto zabił Mołojca?”. Ona: „Skąd ja mogą wiedzieć? Byłam tylko radzistką...”.
– Dlaczego milczała?
– Bo się bała. To przecież klasyczny rosyjski razwiedczyk. Wzięli ją z Syberii, z łagru, przeszkolili i zrzucili jako radiotelegrafistkę do Polski. Była sekretarką Komitetu Centralnego PPR. Gdyby tylko ona puściła parę... Wszystko wie. Pytałem ją tu. A ona: „Marek, ja nic nie wiem”. Nie chciała puścić pary.
– Tyle lat po wojnie?
– A Karski chciał puścić? Kiedyś go zapytałem o „dwójkę”. A on: „A co to jest «dwójka»?”. A to byli przecież wszyscy dwójkarze. Nie mógł być zaufany człowiek, który nie przeszedł przeszkolenia w wywiadzie, czyli właśnie w „dwójce”. On był attaché wojskowym w Bukareszcie czy Budapeszcie. Attaché i nie był w „dwójce”?
Oni wiedzą, że jak cokolwiek powiedzą, to starzy koledzy ich zniszczą. Z tego interesu się nie wychodzi. Prawa w tej służbie się nie zmieniają. W sumie komuniści to byli różni ludzie. Ale o tych w powstaniu warszawskim nie mogę złego słowa powiedzieć. A o prawicowcach w AK mogę mówić tylko źle.

O autorach

Witold Bereś, producent filmowy i Krzysztof Burnetko, publicysta, autorzy wielu książek. Ostatnio opublikowali „Duchowny i niepokorny. Rozmowy z ks. Stanisławem Musiałem” i bestseller „Kapuściński. Nie ogarniam świata” (2007). Obecnie pracują nad pełnometrażowym biograficznym filmem o Marku Edelmanie „Życie. Po prostu”.

Fragment wywiadu z Markiem Edelmanem

Czy jakieś wypowiedziane bądź napisane przez pana słowa coś zmieniły?
Nie wiem, nie zastanawiałem się nad tym.
Jak pan sądzi, czy to, że w księgarniach pojawi się książka o Marku Edelmanie, nie pierwsza zresztą poświęcona pańskiej osobie, może mieć wpływ na cokolwiek?
Nie sądzę.
Po co zatem taka książka?
Nie wiem. Zrobili ją dziennikarze, nie ja.
Można ją odczytywać jako rodzaj pomnika, który został panu wystawiony za życia. Czy odbiera pan to w ten sposób?
czytaj więcej...