Zapraszamy na spotkanie z autorem
Człowiek dojrzały nie ma prawa być niesmętny.
Jerzy Pilch opowiada o swojej najnowszej książce „Marsz Polonia”
W trakcie czytania pańskiej najnowszej książki „Marsz Polonia” moje skojarzenia wędrowały od „Wesela” Wyspiańskiego do dantejskich kręgów piekielnych z „Boskiej Komedii”. Czy takie asocjacje są miłe dla autora, czy wręcz przeciwnie?
To zaszczytne konteksty, ale również zabójcze. To sposób na upupienie. Jak się postawi w kontekście wielkiej klasyki współczesnego pisarza, jakkolwiek by on był nieskończenie wybitny, wybitniejszy sto razy ode mnie, to jest on żywy...
czytaj wywiad >
W Imię Ojca i Syna i Ducha Opowieści, Amen. W przeddzień mych pięćdziesiątych drugich urodzin postanowiłem, iż nazajutrz poznam nową kobietę. Myśl ta kołatała się we mnie od dawna, ale tonacji definitywnej nabierała stopniowo.
Nie wszczynałem pustej zabawy, nie była to gra, ani zakład. Nie przesadzałem z lekkością - miałem ambitny i poważny zamiar w ciągu dwudziestu czterech godzin spotkać, poznać i uwieść inteligentną, szczupłą i mierzącą najmniej metr siedemdziesiąt dziewczynę lekko przed trzydziestką.
Chciałem sprawić sobie intensywny prezent i chciałem sprawdzić czy stać mnie na sprawienie sobie intensywnego prezentu. Na oko byłem w formie, ale czułem, że mieszkający we mnie potwór zaczyna zdychać. Wciąż cieszyłem się marną reputacją - w istocie jechałem na opinii. Wbrew pozorom cynizm nigdy nie był moją mocną stroną; ironia i instrumentalna perspektywa moich opowieści o kobietach miały osłaniać wyrządzone im krzywdy – teraz resztkami cynizmu, ostatkami ironii i pozorami instrumentalizmu maskowałem rozpacz i tęsknotę.
Co najmniej od roku trawiły mnie złe przeczucia, serce dygotało, transcendencja dawała coraz wyraźniejsze znaki. Szukałem ulgi w pisaniu wspomnień i słuchaniu muzyki. Wspomnienia koiły nerwy na krótko, ale bez konsekwencji; muzyka dawała wytchnienie długie i głębokie, ale z konsekwencjami koszmarnymi: pustka po „Czarodziejskim flecie” bywa nie do zniesienia, kace po przedawkowaniu arii Glucka są nie do przeżycia. Mimo to ciągnęło mnie do najwyższej spośród sztuk jak jasny gwint, ciągnęło mnie do słuchania jak kiedyś do picia. Pociąg ten odzwierciedlał się w moim życiu miłosnym: muzyczne w nim przeważały muzy.
Rozdarty byłem w tym czasie pomiędzy rozpoczynającą wielką karierę tancerką baletową, rozwijającą wielką karierę śpiewaczką operową i rezygnującą z wielkiej kariery skrzypaczką o bujnej przeszłości.
Poza tym - ma się rozumieć - wydzwaniałem do rozmaitych dziewczyn, uwodziłem modelki, kelnerki i licealistki; pod pretekstem nauki języków obcych prowadziłem nieustanny casting lektorek; byłem w ryzykownych poufałościach z apetycznie tłustawą studentką medycyny; przepadałem za rozmowami z filigranową i zupełnie nie w moim typie historyczką literatury anglosaskiej; nie byłem w stanie się oprzeć magnetycznemu urokowi poznanej zupełnym przypadkiem kruczowłosej wirtuozki interpunkcji, czekałem aż pewna młodziutka robotnica najemna wróci z Dublina (na telefony do niej wydawałem masę pieniędzy); sławna swego czasu sprinterka, z którą w roku 1999 miałem ostry romans mieszkała niedaleko i dalej stanowiła nie lada pokusę; nieraz wracałem myślami do Majki (wysoka, wiotka brunetka) i Magdy (masywna, przysadzista albinoska), które odwiedzały mnie zeszłego lata i były równie napalone na mnie jak na siebie; całkiem serio rozważałem małżeństwo z pewną estońską milionerką, nie stroniłem od ulicznych dziwek i wciąż miewałem wzmagające chaos porywy, że kluczowa znajomość przede mną.
Jednakże śpiewaczka, baletnica i skrzypaczka były trzema filarami mojego zamętu. Związek z śpiewaczką (zwaną przez krytyków muzycznych: Krtanią anioła) był najdłuższy, najintensywniejszy i najbardziej skomplikowany. Baletnica trwała krótko: poza orgazmem żadne z ludzkich uczuć nie miało do niej dostępu. Skrzypaczka pojawiła się dopiero co i urok roztaczała nieziemski. W domenie głębokich uczuć raczej się nie mieściła, ale widoczny w dekoltach cień pomiędzy jej piersiami miał siłę wielkich ruchów społecznych.
Była z całej trójki najstarsza, najpiękniejsza i najbardziej ześwirowana. Miała czterdziestkę z mocnym hakiem, karnację o sepiowym blasku, kruche rysy i figurę trenerki fittnessu. Czasem sprawiała wrażenie najmądrzejszej osoby na ziemi, czasem nie ulegało wątpliwości: nie kuma niczego.
Utrzymywała, że obdarzona jest darem Ducha Świętego i czyta ludzkie myśli; chodziła do psychoterapeuty, którego podczas męczeńskich seansów wykańczała nerwowo; przez pięć dni w tygodniu odżywiała się kiełkami pszenicznymi, we wtorki i czwartki ćwiczyła na siłowni; w weekendy nie wstawała z łóżka, piła gorzką żołądkową wprost z butelki i obżerała się jak zwierzę .
Przez telefon wygadywała niebywałe świństwa, pisała wstrząsająco pornograficzne esemesy i słała pełne wszelakiego zepsucia maile - całymi jednak tygodniami nie pozwalała się nawet pocałować.
Na domiar wszystkiego uwielbiała japońskie knajpy i tylko tam się umawiała. Najprostsze w świecie wspólne pójście do kina, teatru, na koncert, czy spacer - w jej wypadku odpadało. Zawsze wykręcała się brakiem czasu, choć w sumie nie wiadomo co ściśle robiła; co najmniej od roku nie grała , nie ćwiczyła, nie poszerzała repertuaru, nie miała prób, nie dawała lekcji. Była mężatką, ale od lat w separacji; nawet jak łączyły ją z odseparowanym małżonkiem jakieś interesy - nie były one czasochłonne. Tak wszakże, czy tak - pole działania miałem ograniczone: w grę wchodziły jedynie esemesy, maile i japońskie knajpy.
Korespondencję uprawiałem z zapałem; japońskich knajp nienawidziłem z całego serca. Nawet jakbym władał dalekowschodnimi pałeczkami, to i tak bym nie był w stanie nimi władać: ręce mi się trzęsą jak Janowi Pawłowi II pod koniec życia.
Jedną roztrzęsioną ręką dziobałem w talerzu – drugą macałem skrzypaczkę pod stołem. – To bardzo miłe, co robisz wicehrabio – mówiła – ale nie jestem jeszcze gotowa; zdaniem mego psychologa nie jestem jeszcze gotowa. Delikatnie wycierałem otłuszczone sushi palce w przód jej stringów i cofałem dłoń.
Rozstawaliśmy się z wystudiowanym, choć nie wymuszonym chłodem; przysięgałem sobie, że nigdy się z nią więcej nie spotkam, ani do niej nie odezwę. Po kilku dniach wyświetlał mi się na komórce ociekający wszelkimi możliwymi miłosnymi wydzielinami esemes – po godzinie odpisywałem, po tygodniu siedziałem w japońskiej knajpie, surowa ryba stała mi w gardle.
- Pawiem narodów dalekowschodnich jesteś i papugą - szeptałem bezgłośnie i ładowałem jej łapę pod spódnicę - Duch Święty widzi, co robisz – skrzypaczka uśmiechała się nie bez dodatkowo mnie mylącej przychylności – To bardzo miłe, co robisz książę, ale Duch Święty patrzy – delikatność z jaką wycierałem palce w przód jej stringów słabła, dłoń cofałem wyniośle; historia trwała, ale nie szła w dobrym kierunku. Widywaliśmy się coraz rzadziej, maile pisała coraz powściągliwsze, odpowiadałem z rosnącą zdawkowością.
Na ostatnim spotkaniu nie straszyła mnie ani psychologiem, ani Duchem Świętym; nie płoszyła moich palców - przeciwnie: pozwoliła im na wiele, a biorąc pod uwagę miejsce akcji (oryginalny, kurwa, „bezdymowy grill japoński” na Dobrej ) - pozwoliła im na wszystko. Potem przełknęła ślinę i powiedziała: - Nigdy nie będę twoja żołnierzu. Pa.
Jak pa, to pa. Ranią – poranieni. Upokarzają – upokorzeni. Zdradzają – zdradzeni. W ostatniej chwili - by zranić, sprowokować, wzbudzić zazdrość, a może by rozpaczliwie ratować historię, która gasła zanim się zaczęła – chciałem jej opowiedzieć o moich urodzinowych zamiarach. Wtedy wprawdzie zamiary te nie były jeszcze skrystalizowane, ich tonacja nie była wystarczająco molowa – w desperacji jednak byłem gotów mówić o nich pospiesznie, podniesionym głosem i z okrutną detalicznością. Nie zdążyłem – tym lepiej.






Strona główna









Regulamin




