Fragement książki “IMIONA KWIATÓW I DZIEWCZĄT”
Mieszkałam w San Francisco już od trzech miesięcy,
a przespałam się tylko z jednym facetem, burakiem
z Tennessee. To akurat mogłam zrobić w domu i dzięki
temu zaoszczędzić kupę forsy za czynsz. San Francisco
było miastem pełnym wykształconych, przebojowych
mężczyzn, a tymczasem ja zasadziłam się akurat na tego
gościa, który jako jedyny tutaj nosił czapeczkę „Johna
Deere”, firmy produkującej traktory.
Zauważyłam go przy barze, bo wyglądał na wyjętego
z kontekstu pośród tych wszystkich biznesmenów, kiedy
tak tam sobie siedział w kraciastej koszuli i białych skarpetkach.
Pił piwo, a obok butelki zauważyłam puszkę z tytoniem
do żucia. Jeśli jest coś, czego nie cierpię, to właśnie
facetów, którzy żują tytoń. Usiadłam obok niego.
– Jak ci na imię? – spytałam.
– Nie tracisz czasu na długie wstępy – odparł.
– Cholernie długie to imię – zauważyłam. Zamówiłam
piwo i umościłam się wygodniej na barowym stołku.
Powiedział, że ma na imię Dean.
– Jestem Julie – przedstawiłam się. – Co robisz w San
Francisco, Dean?
– Wuj Sam ściągnął mnie tu do bazy.
Pomyślałam wtedy: przecież nie po to jechałam taki
kawał drogi do Kalifornii, żeby chodzić po barach i podrywać
poborowych. Nie po to jechałam taki kawał drogi do
Kalifornii, żeby się tu napalać na swojego krajana z tanim
zegarkiem i włosami na jeża, na kmiotka z mieściny pewnie
jeszcze mniejszej niż ta, z której sama pochodzę.
– No więc co dokładnie robisz w armii, Dean?
– Skaczę z samolotów.
Dziwnie jakoś wycedził tę odpowiedź, przez co zabrzmiała
wybitnie aluzyjnie. A teraz patrzył na mnie
taksującym wzrokiem; żadne z nas długo nic nie mówiło.
– No tak... – odezwałam się w końcu. – To pewnie
niezły ubaw.
Dean przez chwilę nie odrywał oczu od moich. Rozwinął
papierową serwetkę, podniósł ją w górę i puścił przed
moim nosem: maleńki spadochron z nadrukiem „Pierce
Street Bar” w rogu. Serwetka, trzepocząc, sfrunęła na
moje papierosy.
– Spadasz i spadasz – powiedział. – A potem lądujesz.
Pociągnęłam spory łyk i odstawiłam butelkę precyzyjnie
na pozostawione przez nią wcześniej mokre kółko.
Czułam już, od jakiejś chwili zresztą, to magnetyczne
przyciąganie od wewnętrznej strony kolan i delikatne
trzepotanie tuż pod żołądkiem.
– Masz kowbojki? – spytałam.
– Czemu pytasz?
– Bo to, co masz teraz na nogach, jakoś mnie nie rajcuje.
Wyglądasz jak głupek w tych białych skarpetkach
i półbutach. Spod tych jeansów powinny wystawać kowbojki,
wyglądałbyś w nich o niebo lepiej.
Dean parsknął śmiechem.
– Jasne, że mam kowbojki. Jedź dzisiaj ze mną do
Presidio, włożę je specjalnie dla ciebie.
– Zdaje się, że żal ci czasu na urabianie dziewczyn
konwersacją, co? – spytałam i oplotłam palcami swoją
butelkę z piwem.
Dean nakrył moją dłoń swoją dłonią.
– Masz ładne dłonie – zauważył.
– Właśnie chciałam się napić – odparłam, jak na mój
gust głosem jakby zbyt cichym i drżącym. Odkaszlnęłam.
Oboje przyglądaliśmy się jego dłoni na mojej dłoni
i mojej dłoni na butelce.
– Ty też masz ładne dłonie. Duże, ale ładne. – Czułam
stawami palców jego odciski.
– Wiesz, co się mówi
o mężczyznach z dużymi dłońmi? – spytałam i Dean
uśmiechnął się szeroko.
– No co się mówi?
– Że potrzebują dużych rękawiczek.
Nie mieliśmy kłopotu z odszukaniem wozu Deana. To
był zwykły pick-up z rejestracją z Tennessee, stał zaparkowany
przy Pierce Street, dokładnie naprzeciwko baru.
– Jechałeś nim całą drogę do Kalifornii?
– Tak. Jechałem tylko dwa dni.
Na przednim siedzeniu leżało puste pudełko po pączkach,
a szyba po stronie pasażera była uchylona do
połowy. Na podłodze walały się plastikowe obręcze po
sześciopakach, torebki po fast-foodzie i puste pudełka od
kaset magnetofonowych, a kiedy wsiadłam do środka, pod
moimi stopami coś zachrzęściło.
– Co to było? – spytał Dean, a ja odczytałam treść
nalepki na pudełku.
– Hank Williams Junior, Największe Przeboje, Część
Druga. Nabijasz się ze mnie.
– O co ci chodzi? Nigdy nie słyszałaś muzyki country?
– Żebym tak mogła.
Dean zapuścił silnik i wyjechał z Pierce Street.
– Powiedziałaś, że skąd jesteś, Julie?
– Z siamtąd – odparłam. – W USA.
– W twoim głosie słychać trochę Południa.
– Może.
– Klapnij tutaj – powiedział Dean i klepnął miejsce
obok siebie.
Przysunęłam się najbliżej, jak się dało.
– Chciałbym cię objąć – dodał – ale muszę zmieniać
biegi.
Zdjęłam jego dłoń z poszczerbionej, czarnej kulki
wieńczącej dźwignię biegów i oplotłam się jego ramieniem.
– Pojedziemy do bazy na dwójce? – spytał.
– Ja będę przerzucała biegi – powiedziałam i w taki
właśnie sposób jechaliśmy: ja zmieniałam biegi, trzymając
drugą rękę na jego lewym udzie, dzięki czemu wiedziałam,
że on naciska sprzęgło, z twarzą tak blisko jego piersi, że
czułam jego oddech i widziałam zatrzaski przy jego koszuli.
Dean prowadził jedną ręką, drugą trzymał najpierw
na moim ramieniu, potem na moich żebrach, a wreszcie
na mojej piersi.
Przez jakiś czas milczeliśmy, w końcu Dean się odezwał.
– Mów do mnie. Opowiedz mi coś.
Przyłożyłam usta do jego ucha i przesunęłam dłoń
w górę jego uda. Zamknął oczy.
– Patrz na drogę – szepnęłam, a on uśmiechnął się
i otworzył oczy. Widziałam pulsowanie tętna w jego
szyi. – Masz łóżko wąskie czy szerokie? – spytałam.
– Wąskie – odparł Dean.
– Chyba chciałabym cię zobaczyć w spłowiałych
jeansach i żeby wystawały spod nich kowbojki – powiedziałam.
– Chciałabym leżeć na twoim łóżku i przyglądać
ci się, jak tam stoisz nagi od pasa w górę, w tych jeansach
opadających nisko na biodra i kowbojkach. I tylko się na
mnie patrzysz. OK?
Dean, z oczyma utkwionymi w drogę, przełknął ślinę
i przytaknął. Pocałowałam go w ucho.
– Chyba wyglądałbyś super – stwierdziłam.
Obudziłam się następnego ranka i zobaczyłam faceta
w spodniach moro i z włosami utlenionymi na biało;
przestępował właśnie przez stertę utworzoną z mojej
bluzki splątanej z biustonoszem i spódniczką. Na lewym
policzku miał znamię, tej samej wielkości i barwy co
ziarenko śrutu.
Dean i ja zasnęliśmy sczepieni z sobą, jego pierś i brzuch
służyły za poduszkę dla mojego kręgosłupa, przez co twarz
i usta miał ukryte w moich włosach.
– Dean? – zawołał obcy facet, patrząc na mnie. – Wstajesz?
– Cześć, Hunt – powiedział Dean do mojego karku.
– Co to za dziewczyna?
– To Julie. Julie, to jest Hunt. Mieszka ze mną w tym
pokoju.
– Hej – powiedziałam.
Współlokator Deana nie odpowiedział, więc jeszcze
chwilę tak się sobie tylko przyglądaliśmy. Miał jeden długi
dołek w podbródku i drugi, miniaturowy w czubku nosa,
a do tego głęboką bruzdę między oczami. Tak to wyglądało,
jakby ktoś oznakował jego twarz, przygotowując się do
jej rozszczepienia, ale nigdy nie zrealizował zamiaru.
Dean wsunął dłoń między moje uda ukryte pod szorstkim,
zielonym wojskowym kocem. Trzymał ją tam, zimną
i nieruchomą, ale pełną możliwości.
– Gdzie spałeś, Hunt? – spytał.
– W świetlicy.
– Nie gadaj.
– Gadam.
– Nie musiałeś tego robić, człowieku. – Dean przesunął
dłoń wyżej.
Hunt uśmiechnął się szeroko, ale tylko jedną stroną
twarzy, niczym ofiara wylewu.
– Przyszedłem o trzeciej – powiedział – i usłyszałem,
że się ciupciacie, więc nie zapukałem.
Dean zarechotał. Obróciłam się na łóżku, starając się
nie odsłonić, i spojrzałam mu w twarz.
– Nie szaleję za twoim współmieszkańcem – szepnęłam
mu do ucha, a on wtedy zaczął się śmiać jeszcze
głośniej.
– Julie cię nie lubi, Hunt – powiedział.
– Ledwie co widziałem wideoclip z Madonną – oznajmił
Hunt, nieporuszony uwagą Deana. – No wiesz, ten,
na którym ona jest w męskim garniturze i chwyta się za
krocze tak jak Michael Jackson?
– Tak, znam to – odparł Dean.
– Gorący towar, co?
– Uhu.
Poszukałam wygodniejszego miejsca na piersi Deana,
nieco dalej od jego obojczyka, i powiodłam palcem po
cienkiej kresce jedwabistych włosów pod jego pępkiem.
– Jeszcze sobie pooglądam telewizor – poinformował
nas Hunt. – Może to znowu pokażą. Często to puszczają.
– Uhu – mruknął Dean.
– Mam zapukać, jak będę wracał?
– Jak chcesz, człowieku.
Gdy tylko Hunt wyszedł z pokoju, Dean ułożył się na
mnie i podciągnął moje uda na swoje biodra. Sczepiłam
palce za jego głową.
– Och, mała – powiedział Dean. – Jak ja się cieszę, że
już się obudziliśmy.
– A więc nie lubisz mojego współlokatora? – spytał
Dean.
Siedzieliśmy w jego pick-upie, przy dalekim krańcu
Baker’s Beach; popijaliśmy piwo i obserwowaliśmy dwoje
ludzi w morzu, którzy rzucali do siebie frisbee. Oprócz
nich i nas nikogo więcej tam nie było.
– Kiedy się utopią, będziemy mieli całą plażę dla siebie
– zauważyłam.
Wnętrze wozu Deana śmierdziało hamburgerami, które
właśnie zjedliśmy.
– Mogą sobie wziąć tę plażę – odparł Dean.
– I tak
jest za zimno, żeby pływać. Ja tam się cieszę, że mamy
ten parking. – Wsunął mały palec do butelki i powoli
zadyndał nią sobie przed twarzą, jakby próbował się zahipnotyzować.
– Kiedyś tak zrobiłem i nie mogłem potem
wyjąć palca.
– W takim razie mądrze robisz, że to robisz, co?
Wyciągnął palec z towarzyszeniem głuchego puknięcia
i podniósł go w górę. A ja się nachyliłam i ugryzłam ten
palec.
– Smakuje piwem? – spytał.
– Raczej nie.
Dean przyciągnął mnie i delikatnie przejechał językiem
po moich wargach.
– Lubię twój smak.
Pocałowałam go, a potem opadłam z powrotem na
swoje siedzenie.
– Nie, nie lubię twojego współlokatora – powiedziałam.
Ułożyłam nogi na desce rozdzielczej i patrzyłam
między nimi na tamtych w morzu. – A tak w ogóle to
skąd on jest? Z Alabamy?
– Z Wirginii Zachodniej.
– Naprawdę? Ale i tak go nie lubię. Przypomina mi
tych facetów z mojego miasta. Dobrze wiem, o co mu
chodzi w życiu.
– Serio?
– Uhu. – Zaczesałam czubkami palców włoski na nodze
Deana w odwrotną stronę i wygładziłam je.
Miał na
sobie szorty, od pasa w górę był nagi. I do tego kowbojki.
– Założę się, że Hunt ma wóz na sześciu kołach – powiedziałam.
– I że ma też pasek ze sprzączką z napisem:
„Południe jeszcze się podniesie”. Któregoś dnia wpadnie
z jakąś dziewczyną, być może swoją kuzynką, i potem
spłodzą mnóstwo dzieci, dokładnie takich jak on. Bandę
bachorów z tasiemcami od jedzenia „babek” z błota.
Dean zaczął się śmiać.
– No to jakich facetów lubisz?
Balansował butelką piwa postawioną na rozpostartej
dłoni.
– Studentów – odparłam. – Prawników. No wiesz.
Dean przytaknął z wyraźnym zainteresowaniem.
– Pozwól, że o coś spytam. Czy od wyjazdu z domu
puszczałaś się z wieloma facetami?
Spojrzałam na niego ze spokojem.
– Ja ci tylko powiedziałam, jacy faceci mnie pociągają.
Z
nowu przytaknął.
– Więc faceci tacy jak ja cię nie pociągają?
– Nie.
Dean odstawił butelkę na deskę rozdzielczą i delikatnie
mnie popchnął, przez co teraz leżałam płasko na
siedzeniu.
– W ogóle mi to nie przyszło do głowy – powiedział
i zaczął powoli ściągać ze mnie majtki, najpierw spod spódniczki,
potem z moich łydek, wreszcie do końca. A potem
zadarł mi spódniczkę do pasa, wsadził głowę między moje
nogi i zaczął całować wnętrza moich ud.
– Kurwa, jak ja tak lubię – powiedziałam po kilku
chwilach, a Dean spojrzał wtedy na mnie.
– Masz elegancki język jak na dziewczynę, która podobno
jest ze wsi.
– Sam masz elegancki język – odparowałam.
Była północ; siedzieliśmy w jednym z barów sieci International
House of Pancakes.
– Wszystkiego najlepszego z okazji naszej rocznicy –
powiedział Dean i wzniósł toast mlecznym shakiem. – Jesteśmy
z sobą już całą dobę.
– Te kelnerki nie są tu najlepsze – stwierdziłam
i podniosłam w górę swoją szklankę z wodą, nie po to,
by wznieść toast, tylko domagając się dolewki. – Już od
półgodziny wysysam ten lód.
– Od dziesięciu minut – poprawił mnie Dean.
– Nieważne. Kelnerka powinna pilnować takich rzeczy.
Dobra kelnerka.
– Kiedy się uśmiechasz, dolna część twoich oczu
wygląda tak. – Dean umoczył palec w swoim shake’u
i wyrysował na stole półksiężyc. – To mi się podoba.
Czułam, że piecze mnie skóra dookoła ust, podrapana
przez zarost Deana, i z trudem siedziałam po tym całym
seksie. Dean złożył głowę na oparciu krzesełka z turkusowego
winylu i zamknął oczy.
– Padasz już z nóg? – spytałam, a wtedy on się uśmiechnął
i pokręcił głową, nie otwierając oczu.
– Nie, sir. Jestem gotów na kolejną rundę, sir.
– Kłamczuch. Dopiero co widziałam, że szedłeś jak
kowboj.
– Chodzę tak przez te kowbojki.
Kelnerka dolała mi wody i przez jakiś czas nie rozmawialiśmy.
W końcu wypiłam wodę jednym haustem,
odchrząknęłam i powiedziałam:
– No cóż... cieszę się, że cię poznałam, Dean.
Dean oderwał głowę od oparcia i spojrzał na mnie
oczyma tej bursztynowej barwy, jaką ma whisky starzejąca
się na dnie beczki.
– Wybierasz się dokądś? – spytał.
– Raczej nie. A może tak. Może zostanę w San Francisco,
ale może też niedługo wyjadę. Nie lubię siedzieć zbyt
długo w jednym miejscu, wiesz?
Dean nie odpowiedział, czekał.
– Albo może przejadę się do Los Angeles – ciągnęłam,
przenosząc wzrok z twarzy Deana najpierw na ladę chłodniczą
z deserami, a potem na drzwi toalety. – Zastanawiam
się też, czy się nie kopnąć do Seattle albo do Portlandu.
– Postanowiłaś wyjechać już jutro czy jak?
Wyraźnie nic nie rozumiał. Przewróciłam oczami.
– Słuchaj, nie chcę się z tobą o to kłócić.
– Nikt się tu z nikim nie kłóci. Chciałem tylko wiedzieć,
co miało znaczyć to „Cieszę się, że cię poznałam”.
– Dean, jesteś miłym facetem i w ogóle... OK? Ale ja
nie chcę się z nikim wiązać. Nie chcę, żebyś się do mnie
przywiązał i tak dalej.
– Co?
– Nie po to tu jechałam taki kawał drogi.
– Nie?
– Nie.
Sięgnęłam po butelkę z syropem klonowym. Przewróciłam
ją do góry nogami i przyglądałam się jak brązowa
ciecz spływa w dół, ospale jak lawa.
– Ty i ja nie mamy z sobą nic wspólnego, Dean. Ty
pewnie odsłużysz swoje w armii, potem wrócisz do Tennessee,
prawdopodobnie. Nic w tym złego, tylko dla ciebie
dobrze. Ale to nie dla mnie. Nie mam zamiaru wychodzić
za mąż w Tennessee.
– Nie pamiętam, żebym ci się oświadczał.
– Przecież wiesz, co chcę powiedzieć.
– Nie wiem.
Ujęłam jego rękę przez stół i on mi na to pozwolił, tak
jak się pozwala kelnerce zabrać pusty talerz.
– Dean – powiedziałam – posłuchaj. Nie ma sensu
jechać dwa tysiące mil po coś, co możesz zdobyć za płotem.
Rozumiesz mnie?
Nie odpowiedział od razu. I nie usłyszałam w jego
głosie oskarżycielskiego tonu, kiedy się w końcu odezwał:
– Mnóstwo facetów w tamtym barze przy Pierce Street
miało to, czego ty szukasz, Julie. A skoro tak, to czemu
usiadłaś obok mnie?
Oderwałam dłoń od jego dłoni i położyłam ją sobie na
kolanie. Popatrzyłam na swój rękaw, brudny od podłogi
w pokoju Deana.
– Wiem, o co ci... – zaczęłam mówić, chcąc, by to
zabrzmiało równie zimno, ale ostatecznie coś mi odebrało
głos.
– Nie, nie wiesz, Julie. Nie znasz mnie nawet w połowie.
– Hm. Myślę, że jednak cię znam.
– Mylisz się, tak myśląc – powiedział. – Ani trochę
mnie nie znasz i mylisz się, myśląc, że jest inaczej.
Popatrzeliśmy na siebie ponad stołem. Twarz Deana
była chłodna i szczera. Nie po to jechałam aż do Kalifornii,
pomyślałam, ale nic nie powiedziałam.
Przyglądałam się, jak kelnerka za ladą z deserami odcina
kawałek wysokiego, białego tortu i potem ostrożnie
nakłada trójkąt na talerzyk. Obejrzała się za siebie, po czym
zlizała plamkę lukru ze swojego kciuka. Inna kelnerka
czyściła wnętrze wielkiego ekspresu do kawy czymś, co
wyglądało jak szczotka do czyszczenia toalet.
– Co robisz? – spytał Dean po jakimś czasie.
– Nic – odparłam. – Patrzę.
Uśmiechnął się nieznacznie.
– No co? – spytałam.
– Nic. – Dean uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Tylko
jakoś nie widzę, żebyś poderwała się z miejsca i zaczęła
uciekać.
– Uważasz, że tego nie zrobię?
Dean wzruszył ramionami.
– Tylko czekam, to wszystko.
– OK – powiedziałam. – OK.
Kelnerki chodziły po restauracji, usadzając gości,
podając jedzenie, wsuwając napiwki do kieszeni swoich
fartuchów. Ktoś wyszedł z kuchni z mopem, by wytrzeć
coś, co się rozlało. Kierownik rozwiązywał krzyżówkę
i popijał mleko z wysokiej szklanki. Obserwowałam ich
wszystkich, a Dean tymczasem siedział w milczeniu po
drugiej stronie stołu, czekając.
Jak długo ten facet będzie tu siedział? – zastanawiałam
się.
Ale Dean nie wstał, by wyjść, i ja też nie.