Century - Ognisty pierścień


Co sto lat ludzkość zostaje poddana próbie. Co sto lat czwórka nastolatków musi podjąć wielkie wyzwanie. Właśnie upływa kolejne sto lat i nadszedł czas, aby wybrać tych, którzy sprostają zadaniu. Historia zaczyna się w Rzymie, Mieście Ognia. 29 grudnia, Rzym. W ciemnościach biegnie mężczyzna, trzymając w dłoni walizkę. Szuka czworga dzieci. Właśnie w tym momencie Elektra, Sheng, Mistral i Harvey wymykają się z hotelu, aby zwiedzać pokryte śniegiem miasto. Kilka godzin wcześniej nawet się nie znali, lecz właśnie odkryli, że łączy ich data urodzin: 29 lutego. Mężczyzna, widząc dzieci, nie ma wątpliwości. To właśnie ich szuka. Powierza Elektrze cenną paczkę i ucieka.
W środku dzieci znajdują dziwną, drewnianą mapę…To początek wyzwania.

Pierdomenico Baccalario urodził się 6 marca 1974 roku. Zaczął pisać jeszcze w liceum. Kiedy nudził się na lekcjach, tworzył opowiadania, udając, że robi notatki. Podczas studiów na Wydziale Prawa otrzymał nagrodę Premio Battello a Vapore za powieść La strada del guerriero i był to najpiękniejszy dzień jego życia. Właśnie wtedy zaczął wydawać powieści. Dzięki serii Ulysses Moore jego książki trafiły do czytelników zagranicznych. Kocha podróże, zwiedzanie nowych miejsc i poznawanie innych zwyczajów, choć zawsze z przyjemnością wraca do domu.

Nieruchoma Elektra w ciemnościach wyczekuje odpowiedniej chwili. Jej ręce spoczywają na skrzyżowanych nogach. W palcach trzyma sznurek, który uruchomi pułapkę. Elektra pozostaje w bezruchu. Jest niczym jeden z nieruchomych sprzętów wypełniających czeluście mrocznej piwnicy.
Elektra oddycha miarowo i bezgłośnie. Nie zwraca uwagi na kurz, który z każdą mijającą minutą pokrywa ją od stóp do głowy.

- Wychodź. No chodź do mnie - powtarza w myślach.
Spowita mrokiem wsłuchuje się w dźwięki docierające ze wszystkich kierunków. W oddali słychać tykanie liczników i szum pompy tłoczącej wodę do hotelowych pokojów. Każdy z nich tyka własnym, niepowtarzalnym rytmem. W przepełnionej kurzem piwnicy panuje grobowa cisza.
Hotel, miasto i świat pozostały w oddali.
Jest ciepło.
Nadszedł 29 grudnia.
Nastąpił początek, lecz Elektra jeszcze o tym nie wie.
Ledwo słyszalny szelest to znak, że mysz jest blisko. Tup, tup. W ciemnościach słychać dyskretne dźwięki kroków malutkiego zwierzątka.
Elektra ściska sznurek i uśmiecha się do siebie.
- Nieodparty urok sera pecorino romano! - z dumą powtarza w myślach.
Ciotka Linda od lat powtarza, że nikt nie oprze się odrobinie wybornego pecorino romano.
Tup, tup. I cisza. Tup, tup. I znów cisza.
Mysz szuka w powietrzu śladów aromatu sera i z wolna podąża ich śladem.
- Już prawie jesteś moja! - Elektra powtarza w myślach i kurczowo ściska sznurek.
Po chwili zadaje sobie pytanie: Jak długo masz zamiar drażnić się ze mną, głupi gryzoniu?!
Elektra zbudowała prostą pułapkę: pod pudełkiem po butach umieściła niewielki kawałek sera pecorino. Pudełko przymocowała do starej parasolki. Jeden ruch sznurkiem i pudełko spadnie na zaskoczoną mysz. Teraz należy się skupić i wyczekać na właściwą chwilę. Na ten ułamek sekundy, gdy pod osłoną ciemności mysz dotrze do aromatycznej przynęty.
Elektra wie, że musi polegać na własnej intuicji. Wewnętrzny głos mówi jej, że chwila zwycięstwa jest jeszcze odległa.
Elektra czeka.
Jeszcze kilka minut.
Tup, tup. Mysz jest coraz bliżej. I znów chwila ciszy.
Elektra nie lęka się wyzwań. Mijają ostatnie sekundy misternego planu, gdy wszystko wskazuje na zbliżający się sukces i ostateczne zwycięstwo.
Elektra wyobraża sobie bezmiar dumy na twarzy jej ojca, gdy ten wróci z lotniska. Ciotka Linda z pewnością będzie przerażona widokiem zdechłej myszy. Najlepiej, jeśli pokaże ciotce mysz, trzymając ją za ogon, tak aby zdobycz swobodnie dyndała w powietrzu.
Ciotka Irena zapewne powie: ”Nie powinnaś bawić się w piwnicy. Piwnica to prawdziwy labirynt ciemnych i niebezpiecznych korytarzy”. Po chwili namysłu doda ze złowrogim wyrazem twarzy: „Musisz pamiętać, że nikt nie wie, dokąd prowadzą podziemne korytarze”.
Elektra nie przyszła do piwnicy dla byle zabawy. Ukryła się w ciemnościach, aby wypełnić misję. Misję schwytania myszy.
Misja to nie to samo, co zwykła zabawa.
Tup, tup. Mysz jest coraz bliżej.
Lecz wtem...
Wtem sufit piwnicy zaczyna dygotać. Donośne kroki wprawiaj ą w ruch setki butelek ułożonych na bezkresnych regałach.
- Nie teraz! - powtarza w myślach Elektra. - Dlaczego akurat teraz?!
Hałas i rumor nabierają mocy. Kurz nagromadzony w piwnicznym powietrzu ponownie zaczyna wirować. Wyraźnie słychać coraz bliższe kroki i głos zdenerwowanej kobiety. Głos przypomina dźwięk policyjnej syreny.
- EEELLEEEEEEEEKTRAAAAAA! - rozbrzmiewa syrena, a drzwi do piwnicy stają otworem.
Strumień światła wdziera się na schody, sięga regałów i butelek wina spoczywających na półkach. Blada poświata osadza się na szafach i niezliczonych, kamiennych figurkach. Elektra patrzy w podłogę. Mała, szara myszka stoi na tylnich łapkach, centymetr od pułapki.
- Tym razem mi nie umkniesz! - powtarza Elektra, pociągając za sznurek.
Pudełko upada na ziemię, lecz mysz wciąż cieszy się wolnością.
- Nie! - krzyczy Elektra.

Ciotka Linda stoi na schodach i po omacku poszukuje włącznika światła. Chwilę później całe wnętrze wypełnia się jasnością. Dwanaście żarówek rozświetla piwnicę i odpędza mrok. Żarówki, uwięzione w kloszach ze starych butelek, smętnie zwisają z sufitu.
- Elektra! Siedziałaś tu po ciemku?
- A niech to! - odpowiada Elektra, stając na równe nogi.
- Znów mi uciekła!
- Kto uciekł? - pyta zmieszana ciotka.
Elektra szybko chwyta parasolkę i patrzy z wyrzutem na starszą kobietę.
- Czego chcesz tym razem?
Ciotka stoi na schodach i studiuje wnętrze piwnicy. Wydaje się zaskoczona - niczym osoba, która po raz pierwszy w życiu zeszła pod ziemię.
- Aż strach pomyśleć, jaki tu bałagan! Pewnego dnia namówię twego ojca, aby pofatygował się ze mną do piwnicy i w końcu zrobimy tu porządek. Przyznasz moja droga, że nie uchodzi, aby piwnica była w takim stanie!
Zamyślona kobieta na chwilę zapomina, dlaczego szukała Elektry.
Elektra patrzy na ciotkę jak na intruza i czuje, że kipi w niej złość. Starsza kobieta z gracją przeczesuje ręką swe siwe włosy. Nie wie, że pokrzyżowała misterny plan bratanicy. Na podłodze leży, teraz już bezużyteczne, pudełko po butach. W zakamarkach kamiennego wnętrza ukrywa się mysz. Oświetlony labirynt podziemnych pomieszczeń i korytarzy traci swój tajemniczy urok.
- O co chodzi, ciociu Lindo? - Elektra ponawia pytanie.
Ciotka wciąż milczy.
- CIOCIU LINDO! - Elektra powtarza po kilku chwilach podniesionym głosem.
Osłupiała ciotka wpatruje się w Elektrę.
- Elektro, kochanie - odpowiada spokojnym głosem. - Dzwonił twój ojciec z lotniska. Mówił, że jest jakiś problem z pokojami. Obawia się, że przytrafiło się coś bardzo poważnego.
- O co chodzi?
- Nie chciał mi powiedzieć.
- A gdzie jest teraz?
- Wciąż jest na lotnisku. - odpowiada uśmiechnięta ciotka.

****************

Fernando Melodia wyłączył telefon komórkowy. Bezduszny głos operatora poinformował go, że abonent nie posiada wolnych środków na koncie.
- No nie! - mruczy Fernando pod nosem. - No i co teraz?
Tuż obok niego stoją Millerowie - amerykańskie małżeństwo z wyraźnie niezadowolonym synem. Fernando i amerykańska rodzina stoją w hallu terminalu A. Obok nich piętrzy się stos olbrzymich walizek. Rodzice są znacznie niżsi od syna. Chłopak jest szczupły i wysoki, z czupryną niesfornych włosów. Jego twarz ma grobowy wyraz. Być może wstydzi się własnych rodziców ze względu na ich osobliwe odzienie. Ojciec ubrany jest w szary, kraciasty płaszcz, a jego szyję zdobi krzykliwa mucha w kropki. Kobieta ubrana jest w garsonkę koloru khaki.
Oto rodzina Millerów. Przyjechali do Rzymu. Rodzice są tym uszczęśliwieni.
Zarezerwowali ostatni wolny pokój, aby spędzić noc sylwestrową we Włoszech. Profesor przybył na ważną konferencję poświęconą problemom ocieplania się klimatu. Jego żona wygląda na kobietę, która nie oprze się wielogodzinnym i wyczerpującym zakupom. Ich syn jest nieszczęśliwy, jakby znalazł się z dala od domu wbrew swojej woli.
Fernando wzdycha.
Pod ramieniem ukrywa kartkę papieru, którą zabrał z hotelu, aby odnaleźć gości na zatłoczonym lotnisku. Na kartce jest napis:
HOTEL ”DOMUS QUINTILIA” WITAMY!
Kartka była pomysłem Elektry. Niewątpliwie, Elektra miała dobre intencje, lecz kilka minut wcześniej Fernando żałował, że przystał na pomysł córki. Trzymał kartkę w widocznym miejscu i po chwili, u jego boku stanęła uśmiechnięta rodzina Millerów.
Dwójka dorosłych gości.
Krótki uścisk dłoni.
- Jak miło, że wyjechał Pan po nas! - krzyczy pan Miller, oddalając się na minutę od wózków z bagażami, aby podziękować właścicielowi hotelu za jego uprzejmość.
Fernando uśmiecha się niepewnie. Od tamtej pory uśmiech nie opuści jego twarzy na ułamek sekundy.
Uśmiechnięty Fernando chce zapaść się pod ziemię i umrzeć ze wstydu.
Fernando czuje zakłopotanie, ponieważ przyjechał na lotnisko Fiumicino, aby odebrać dwójkę dorosłych gości. Dwójkę, a nie trójkę. Miał odebrać dwie damy z Francji nazwiskiem Blanchard. Nie spodziewał się amerykańskiej rodziny Millerów. Przyjechał na spotkanie matki i córki, które miały wylądować na terminalu B, lot osiem-zero-osiem, z paryskiego lotniska Charles’a de Gaulle'a. Miał powitać w Rzymie młodą projektantkę perfum Celice Blanchard wraz z jej pociechą imieniem Mistral. Miał nadzieję zabrać je z lotniska, zawieźć do hotelu i przekazać im klucze do pokoju numer cztery. Pokoju w kolorze niebieskim. Pokoju z łazienką, prysznicem i malowniczym tarasem nad jedną z bocznych uliczek.
Kobiety miały zająć jedyny wolny pokój.
W hotelu nie ma miejsca dla trzyosobowej rodziny z innego kontynentu. Na twarzach Amerykanów widać spokój. Turyści są zadowoleni. To znak, że są pewni, iż sytuacja jest pod kontrolą. Ich dobre samopoczucie to znak, że Fernando popełnił niewybaczalny błąd podczas przyjmowania rezerwacji.
Okoliczności są dramatyczne.
Fernando wkłada rękę do kieszeni spodni i upewnia się, że wciąż spoczywa w niej miniaturowy telefon. Ma nadzieję, że Elektra wkrótce zadzwoni i znajdzie wyjście z opresji.
- Czy coś się stało? - pyta profesor. Amerykanin po raz kolejny bezwiednie poprawia nakrapianą muchę.
- Nie, nie. Wszystko w porządku - odpowiada Fernando serdecznym tonem i w myślach poszukuje właściwego rozwiązania kłopotliwej sytuacji. Właściciel hotelu próbuje zapomnieć, że podczas Świąt i Nowego Roku Rzym jest pełen turystów. Po chwili dodaje, wskazując ręką na tablicę przylotów.
- Musimy jeszcze poczekać na dwoje gości. Wydaje mi się, że wkrótce do nas dołączą.
W otoczeniu tysięcy turystów i niezliczonych wózków bagażowych Fernando próbuje odzyskać spokój.
- Jakoś sobie poradzę - w myślach powtarza hotelarz.
Nie po raz pierwszy popełnił błąd podczas rezerwacji hotelowych pokoi. Odkąd umarła jego małżonka, pomyłki zdarzają się nader często. Jednak w przeszłości miał wolne pokoje. Fernando wie, że w żadnym z rzymskich hoteli nie znajdzie teraz wolnego miejsca.
Hotelarz rozmyśla o Internecie. Odkąd umożliwił gościom rezerwację pokoi przez sieć komputerową, cały proces znacznie się skomplikował. Przed upowszechnieniem Internetu rezerwacje prowadzono wyłącznie przez telefon. Teraz trzeba włączyć komputer, odczytać elektroniczną pocztę, wpisać rezerwacje do harmonogramu, zapamiętać nazwiska gości i właściwie przepisać kombinację szesnastu cyfr numeru karty kredytowej. Rezerwacje to bardzo skomplikowane przedsięwzięcie, stwierdził.
U wejścia na terminal przylotów międzynarodowych pojawia się kolejna grupa turystów. To znak, że wylądował samolot z Paryża. Fernando niechętnie podnosi kartkę z nazwą hotelu. A może szykowne paryżanki spóźniły się na samolot? Być może zmieniły zdanie i postanowiły zostać w domu. Być może francuskie turystki są wytworem przepracowanej wyobraźni hotelarza. Jednak taki scenariusz jest mało prawdopodobny, szczególnie gdy hotelik oferuje gościom jedynie cztery pokoje. Fernando spogląda na młodego Amerykanina. Chłopak wydaje się jedyną osobą w gorszym nastroju od hotelarza.
Telefon milczy jak zaklęty. Czy Elektra zdecyduje się oddzwonić do własnego ojca?
- Pan z hotelu „Domus Quintilia”? - męski głos przerywa rozmyślania hotelarza.
Fernando spogląda w dół i widzi dwóch niewysokich Chińczyków. Starszy mężczyzna ubrany jest w lśniący, jedwabny garnitur. Obok niego stoi uśmiechnięty chłopiec o niebieskich oczach i kruczoczarnych włosach, obciętych na pazia. Chłopiec podkreśla swe zadowolenie, wyszczerzając zęby w najszerszym z uśmiechów.
- Że co, proszę? - odpowiada mechanicznie Fernando.
Wypowiedziawszy te słowa, hotelarz czuje, że robi się mu gorąco.
Niski mężczyzna w jedwabnym garniturze wymachuje komputerowym wydrukiem.
- Nazywam się See-Young Wan Ho - odpowiada Chińczyk.
- A to mój syn, Sheng Young Wan Ho. To miło z pana strony, że przyjechał pan na lotnisko.
- Że... że co, proszę? - jąka się Fernando.
Po chwili, kątem oka, widzi Francuzkę zmierzającą w jego kierunku. Tuż za kobietą biegnie dziewczyna, która bez wątpienia jest jej córką.
Pan „See-Young Wan-coś tam” wciąż wymachuje potwierdzeniem rezerwacji. Jego syn bezustannie uśmiecha się i wyczekująco patrzy na hotelarza. - Zarezerwowałem pokój numer cztery w pańskim hotelu. To bardzo miło z pana strony, że postanowił pan nas odebrać z lotniska. Na twarzy Fernanda Melodii wciąż gości sztywny uśmiech.
Jedyną osobą, której Fernando oczekiwał na lotnisku, była francuska projektantka perfum. Kobieta podchodzi do hotelarza i mówi do córki:
- Spójrz Mistral. Oto pan z naszego hotelu.
Oniemiały Fernando nieruchomo wpatruje się w gości. Nadal nie wie, co zrobić.
Hotelarz obmyśla plan działań i nie widzi mężczyzny w czarnym płaszczu. Mężczyzna mija Fernanda i pozostawia za sobą mgiełkę fiołkowego zapachu.