produkt niedostępny
Autor:
Wydawca: Mag Wydawnictwo
Okładka: miękka
Data premiery: 2008-02-08

Letnia wyprzedaż w empik.com to okazje do 50% taniej! Wszystkie produkty z promocji znajdziesz TUTAJ.

Uwaga! Oferta ważna do 23:59 29 sierpnia 2014 roku lub do wyczerpania zapasów.
  • Opis
  • do góry

    Opis

    Do niedawna popularny w wąskim kręgu miłośników fantastyki, obecnie, dzięki filmowi "Nocznoj Dozor” (w Polsce znany jako Straż Nocna) - najsłynniejszy i najlepiej sprzedający się w Rosji autor Siergiej Łukjanienko prezentuje swoją nową powieść "Cziernowik” (Brudnopis).
    Tych, którzy spodziewali się, że pochłonięty pracą nad kolejnym filmem pisarz obniży loty i nowa, wydana po dłuższej przerwie książka okaże się - delikatnie mówiąc - nie tak dobra jak poprzednie, czekało przyjemne rozczarowanie - Brudnopis nie odbiega poziomem od innych utworów tego pisarza - mówiąc po prostu, jest równie świetny. Najwyraźniej skazany na sukces Łukjanienko nie umie pisać nudnych książek.
    Dwudziestokilkuletni Kirył Maksymow, manager w firmie komputerowej, właściciel skromnej kawalerki i psa wraca pewnego dnia do domu i zastaje tam… nieznajomą kobietę. Przekonany, że to złodziejka wzywa milicję, woła sąsiadów na świadków… ale cała sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana - okazuje się, że Natalia Iwanowa (tak nazywa nieznajoma aferzystka) jest nie tylko zameldowana w tym mieszkaniu - i to od 3 lat! ale ma również dokumenty potwierdzające prawo własności. Więcej! Mieszkanie Kiryła wygląda jak po remoncie - zmieniona glazura, terakota, meble, kolor ścian… Ba! Nawet pies nie poznaje swojego pana! Kiryłowi nie pozostaje nic innego jak wycofać się z pola boju i już w mieszkaniu rodziców (chwilowo przebywających na wakacjach) zastanowić nad możliwością odzyskania podstępnie odebranego lokum.
    Następnego dnia zdeterminowany bohater rozpoczyna biurokratyczną wycieczkę po urzędach - ma nadzieję, że znajdzie jakiś dokument potwierdzający jego prawo do mieszkania. Niestety, czeka go gorzkie rozczarowanie - wszędzie, i w administracji, i u notariusza jako właściciel mieszkania figuruje Natalia Iwanowa. Tknięty złym przeczuciem Kirył zaczyna sprawdzać swoje dokumenty w innych miejscach - u operatora telefonu komórkowego, w banku, w przychodni… Efekt przerasta jego najśmielsze oczekiwania - wszędzie widnieje nazwisko obywatelki Iwanowej! Wygląda na to, że nieznani sprawcy wzięli się za sprawę na poważnie i dla większej pewności "wykasowali” Kiryła Maksymowa z biurokratycznej rzeczywistości.
    Kompletnie zdezorientowany Kirył dzwoni do pracy, żeby usprawiedliwić nieobecność - i tutaj również czeka go przykra niespodzianka - bezpośredni zwierzchnicy nie poznają go po głosie, nie kojarzą jego nazwiska i w ogóle pierwszy raz słyszą o jego istnieniu!
    Sytuacja przedstawia się coraz gorzej i coraz bardziej surrealistycznie. Pozbawiony psa, domu, pracy, telefonu, wszelkich biurokratycznych dowodów swego istnienia, Kirył zaczyna tracić również przyjaciół i bliskich. Przelotni znajomi w ogóle go nie poznają, serdeczni przyjaciele z trudem przypominają sobie, kim jest, nawet przebywający na urlopie rodzice mają problemy z identyfikacją rozmówcy.
    Wygląda to tak, jakby z jakichś sobie tylko znanych powodów sama rzeczywistość zaczęła wypierać Kiryła Maksymowa i kasować jego dane…
    Im dalej, tym gorzej - wkrótce potem rodzice Kiryła zaczynają twierdzić, że nie mają syna o tym imieniu, przyjaciele cierpią na zanik pamięci, nawet ludzie, którzy rozmawiali z nim przed pięcioma minutami nie pamiętają go, jakby natychmiast usuwano im wspomnienia…
    Wkrótce potem klucz od mieszkania rodziców łamie się Kiryłowi w rękach, a dowód osobisty, jedyny dokument potwierdzający jego tożsamość rozpada w pył. Jednak te dramatyczne, dezorientujące wydarzenia są jedynie przygrywką do prawdziwie niesamowitych przygód…

  • Przeczytaj fragment
  • do góry

    Przeczytaj fragment

    Rozdział 1
    Są takie dni, gdy nic ci się nie układa. Wstajesz z łóżka i noga zamiast na kapeć trafia na grzbiet ukochanego psa, który ze strachu gryzie cię w łydkę; nalewasz kawę, ale zamiast do filiżanki lejesz prosto na świeżą koszulę; dochodzisz do metra i stwierdzasz, że zostawiłeś w domu wszystkie dokumenty i pieniądze, a po powrocie do domu odkrywasz, że wcale nie zostawiłeś, tylko zgubiłeś. Razem z kluczami. Ale czasami wszystko dzieje się na odwrót. Wstajesz wypoczęty, z przyjemnym wspomnieniem o miłym śnie. Wczorajszy katar minął bez śladu, jajka ugotowały się idealnie, twoja dziewczyna, z którą wczoraj się pokłóciłeś, sama do ciebie dzwoni i przeprasza, trolejbusy i autobusy podjeżdżają, gdy tylko zdążysz podejść na przystanek, przełożony wzywa cię do siebie i oznajmia, że postanowił dać ci podwyżkę i wypłacić premię.

    Takich dni boję się najbardziej. Starożytni mieli rację – nie należy kusić losu nadmiernym szczęściem. Król Polikrat nie na darmo rzucił pierścień do morza, a gdy morze odrzuciło jego ofiarę, król powinien był odciąć sobie palec, może by nie przyrósł… Jeśli nie jesteś w czepku urodzony, jeśli nie idziesz przez życie lekkim krokiem próżniaka, strzeż się szczęśliwych dni! Życie przypomina pasiasty strój więźnia – jeśli dzisiaj miałeś pecha, jutro nadejdzie sukces.
    Zwykle ta myśl mnie uspokaja. Ale nie dzisiaj. Stałem przed drzwiami swojego mieszkania. Drzwi jak drzwi, nic ciekawego. Stalowe, na skutek obecnych kryminalnych czasów, i tanie, z powodu braku bogatego wujka w Ameryce.
    Za to uchylone.
    Chyba nie muszę tłumaczyć, co to znaczy.
    Jak na razie nie mam jeszcze sklerozy, swoje klucze Anka ze wzgardą cisnęła na podłogę tydzień temu – zanim odeszła. Jest jeszcze zapasowy komplet u rodziców, oczywiście nie po to, żeby mogli robić inspekcje, lecz na wypadek, gdybym zgubił swoje. Problem w tym, że rodzice od tygodnia są na urlopie w Turcji i absolutnie nie mogli mnie odwiedzić.
    Stałem i myślałem o Keszju. O to, dlaczego mój skye terier nazywa się Keszju, należałoby zapytać panią hodowcę. Może ona lubi te orzeszki? A może nie wie, co to jest keszju? Ja w każdym razie krępowałem się zapytać.
    Co robi złodziej, gdy zobaczy w mieszkaniu małego, lecz dzielnego teriera? Dobrze będzie, jeśli tylko kopnie. Oczywiście miałem w domu pewne cenne rzeczy. Notebook. Wieża. Telewizor, całkiem niezły, odtwarzacz DVD, zupełnie nowy. No i każdy doświadczony złodziej znajdzie przyklejoną do „pleców” szafy skrytkę – tysiąc euro w kopercie. Ale ja myślałem tylko o Keszju. Być może stałbym na klatce jeszcze dłużej, nie mogąc się zdecydować, czy otworzyć drzwi, czy nie, gdybym nie usłyszał dobiegającego z mieszkania cichego metalicznego brzęku.
    Złodziej ciągle był w środku!
    Nie mam postury mołojca ani natury bohatera. Cała moja znajomość sztuk walk ogranicza się do sześciu miesięcy kursu karate (przed dziesięcioma laty), a bojowe doświadczenie do kilku bójek w mniej więcej tym okresie życia. Ale do mieszkania wpadłem z entuzjazmem Bruce’a Lee, któremu ktoś nadepnął na ulubione kimono.
    Czy mieliście kiedyś okazję czuć się jak kompletny kretyn? Stałem w ciasnym mrocznym przedpokoju swojej kawalerki, która wyglądała… obco. Zamiast przymocowanych do ściany haczyków, na których samotnie wisiała nie sprzątnięta od wiosny kurtka, ujrzałem rosochaty drewniany wieszak z beżowym płaszczykiem i parasolem. Na podłodze leżał kolorowy dywanik. W kuchni – z tego, co zdążyłem zobaczyć – też wszystko było nie tak. Na przykład, zniknęła lodówka. Zamiast niej stała z rondelkiem w ręku młoda nieładna dziewczyna w podomce. Na mój widok wrzasnęła i upuściła rondelek.
    – Mam cię, łachudro! – krzyknąłem.
    Dlaczego łachudro? Skąd mi się wzięło to słówko? Nie miałem pojęcia.
    – Na co pan sobie pozwala?! – zawołała dziewczyna. – Proszę stąd wyjść, bo wezwę milicję!
    Wziąwszy pod uwagę, że telefon wisiał przy drzwiach, jej obietnica była nie tylko bezczelna, ale w dodatku zbyt pochopna.
    Zajrzałem do pokoju – żadnych pomocników dziewczyny tam nie było. Był za to Keszju na kanapie – na nie mojej kanapie! Keszju głośno szczekał – chwała Bogu, cały i zdrowy! No nie, wynieśli wszystkie meble? Jak długo nie było mnie w domu, pięć, sześć godzin? A oni nie tylko zdążyli wynieść moje, ale i przynieść inne…
    – Milicję? – powtórzyłem. – O, milicję to ja wezwę!
    Podniosłem słuchawkę i wykręciłem zero-jeden. Dziewczyna przestała krzyczeć, teraz patrzyła na mnie w milczeniu. Keszju nie przestawał szczekać.
    – Straż pożarna, słucham – rozległo się w słuchawce.
    Nacisnąłem widełki i wykręciłem zero-dwa. No co, każdemu się może zdarzyć. Nie co dzień człowieka okradają, w dodatku tak wymyślnie.
    – Milicja? Zostałem okradziony – powiedziałem szybko. – Proszę przyjechać jak najszybciej. Studienyj projezd…
    – Co pan, chory? – zapytała dziewczyna. Chyba już się uspokoiła.
    – A może pijany? – Pijany, naćpany, upalony – potwierdziłem złośliwie, odkładając słuchawkę. – Jasna sprawa.
    – Kirył? – usłyszałem za plecami.
    Odwróciłem się i z radością spostrzegłem na schodach sąsiadkę. Kłótliwa kobieta o imieniu Galina kochała plotki i nienawidziła sąsiadów. Ale teraz w przedsmaku nowego tematu do rozmów jej twarz wyrażała autentyczną ciekawość i sympatię.
    – No, niech pani tylko popatrzy, Galino, co się wyprawia! – powiedziałem. – Przychodzę do domu, a tu złodziejka!
    Na twarzy sąsiadki pojawił się zachwyt połączony z lekkim niepokojem.
    – To może by milicję wezwać, Kiryłuszka, co?
    – Już wezwałem – uspokoiłem ją. – Będzie pani świadkiem?
    Sąsiadka skinęła głową i udała, że robi zamach w stronę dziewczyny.
    – Uch ty, łachudro jedna! W zeszłym roku mi taka portmonetkę z torby ukradła na targu!
    – Ludzie, czy wyście powariowali? – powiedziała spokojnie dziewczyna. Wyjęła paczkę papierosów, zapaliła. W pokoju nadal szczekał dzielny Keszju. – Keszju, cicho bądź! – zawołała dziewczyna i pies natychmiast zamilkł.
    Osłupiałem. Sąsiadka popatrzyła czujnie na dziewczynę. Nienawidziła mojego psa, podobnie jak każdej żywej istoty w tym domu, ale…
    – To twoja dziewczyna?
    – Co takiego? Ta? – Aż się zakrztusiłem urażony. Wiedziałem, że w oczach sąsiadki każdy młody mężczyzna to samiec, a już kawaler to mieszanka Casanovy z Kaligulą. Ale żeby podejrzewać mnie, że przyprowadziłem do domu tę bezbarwną istotę z rudymi włoskami i piegowatą gębą? – Pierwszy raz ją na oczy widzę!
    – To ja pana widzę po raz pierwszy – wtrąciła nie wiadomo po co dziewczyna. – Nie wiem, co chce pan osiągnąć, ale lepiej niech się pan wynosi z mojego mieszkania.
    – Kirył tu czwarty rok mieszka. – Sąsiadka od razu stanęła w mojej obronie. W tej chwili byłem gotów powiedzieć, że stara plotkarka jest godna najwyższego szacunku. – Rodziców ma bogatych, to i kupili synkowi mieszkanie, wyremontowali, urządzili. Inni przez całe życie cudze kąty wycierają, a tu taki młody i już ma mieszkanie.
    Nie, chyba jednak pośpieszyłem się z tym chwaleniem sąsiadki. Co ją to obchodzi, kto mi kupił mieszkanie? Sama dostała od państwa trzypokojowe, za nie wiadomo jakie zasługi na niwie robót.
    – Powariowali – skomentowała dziewczyna. – Albo jedna szajka.
    Galina klasnęła w ręce w niemym oburzeniu i zaczęła dzwonić do sąsiednich drzwi. Ja i dziewczyna mierzyliśmy się złym i podejrzliwym wzrokiem. Ani ona, ani ja nie ruszaliśmy się z miejsca, dziewczyna paliła już drugiego papierosa, a ja obracałem na palcu kółko z kluczami.
    – Mamy nie ma – poinformowała Galinę córka sąsiadów zza uchylonych drzwi. – A tata śpi po pracy.
    – Obudź tatę, tu sąsiada okradają! – zadysponowała Galina.
    Dziewczyna wyjrzała, pisnęła „dzień dobry” i schowała się w mieszkaniu, nie zapominając zamknąć drzwi. Galina od razu skomentowała:
    – Już my znamy tę pracę… Uchlał się jak świnia, to teraz śpi. Drzwi znowu się otworzyły. Wyszedł sąsiad – w bokserkach, podkoszulce i boso. Ma pod czterdziestkę, ale wielki z niego chłop i chyba w tej chwili miał wielką ochotę komuś przy łożyć.
    – Dzień dobry, Piotrze Aleksiejewiczu! – wypaliła sąsiadka.
    – Widział pan, co tu się wyrabia?! Okradają naszego chłopca w biały dzień!
    – Już wieczór – burknął Piotr, odsuwając sąsiadkę. Podszedł, zajrzał mi przez ramię i zapytał: – Potrzebna pomoc?
    – Zaraz przyjedzie milicja.
    Sąsiad skinął głową i powiedział ze smutkiem:
    – Szkoda, że to kobita. Chłopu byśmy zaraz w mordę dali, na początek.
    Dziewczyna zbladła.
    – A może by jednak dać? – zastanawiał się Piotr.
    Ale wtedy zabuczała winda i sąsiad zamilkł. Kilka sekund później na piętrze pojawiło się trzech milicjantów. Dwóch miało automaty, ale widocznie doszli do wniosku, że na razie nie ma do kogo strzelać, i zastygli niczym warta honorowa. Trzeci, widocznie najstarszy stopniem, zwrócił się do mnie:
    – Kto wzywał milicję?
    – Ja.
    – To pańskie mieszkanie? – spytał, wskazując głową drzwi.
    – Tak.
    Dziewczyna w środku zaśmiała się histerycznie.
    – Jego, jego – potwierdziła Galina. – Jesteśmy sąsiadami. I świadkami!
    – Starszy sierżant Dawydow. Poproszę dokumenty – polecił, nie próbując na razie wejść do mieszkania. – Od wszystkich!
    Sąsiedzi pobiegli do swoich mieszkań. Nawet ospały Piotr Aleksiejewicz przyśpieszył kroku. Wyjąłem dowód i podałem milicjantowi, wyjaśniając urywanie:
    – Wracam z pracy, drzwi otwarte… Bałem się o psa, przecież takie bydlaki mogłyby go zabić…
    – Psa należy trzymać takiego, żeby przestępca moczył się w spodnie, kiedy usłyszy jego szczekanie – powiedział milicjant i zerknął na dziewczynę. – Albo pod spódnicę… Taak. Kirył Daniłowicz Maksimow. Zameldowany w Moskwie, Studienyj projezd, dom numer trzydzieści siedem, mieszkania osiemnaście.
    Tak. No cóż, wszystko jasne.
    Wyszli sąsiedzi z dowodami.
    – Będziecie państwo świadkami – powiadomił ich Dawydow.
    – Wchodzimy do mieszkania?
    – Wchodzimy – powiedziałem ze złośliwą radością. – Wyobraża pan sobie, wynieśli moje meble i przynieśli swoje.
    – Bezprawne zajęcie mieszkania – wtrącił milicjant z automatem.
    – Wnioski pozostaw sędziom – przerwał mu starszy sierżant.
    Weszliśmy do mieszkania. Keszju znów zaczął ujadać. Dawydow popatrzył na niego i pokręcił głową. A potem powiedział uprzejmym tonem:
    – Pani dokumenty.
    – Są w torebce, na wieszaku. – Dziewczyna skinęła głową.
    – Proszę wyjąć.
    Dziewczyna wyjęła dokumenty. Teraz patrzyła na mnie jakoś dziwnie.
    Starszy sierżant oglądał jej dowód dobrą minutę. Potem podszedł do okna i kolejną minutę oglądał go przy słabym świetle kończącego się dnia. W końcu gwizdnął przeciągle i popatrzył na mnie z zagadkowym uśmiechem.
    – Tak, trzecia ulica Budowniczych, obywatelu Maksimow.

    ***

    Dziewczyna nazywała się Natalia Iwanowa. Lat dwadzieścia jeden, pięć lat młodsza ode mnie. Zameldowana w moim mieszkaniu.Teraz siedzieliśmy w kuchni przy stole – ja, Natalia i starszy sierżant.
    Przez chwilę Dawydow oglądał dowód, potem zapytał:
    – I naprawdę się nie znacie?
    Nawet nie odpowiedziałem. Dziewczyna też nie.
    – Kto tu mieszka? – zapytał sierżant sąsiadów.
    – On! – zawołała Galina. – On tu mieszka. Od trzech lat! Jednak jest w niej coś ludzkiego.
    – Kirył tu mieszka – potwierdził Piotr Aleksiejewicz. – Może pan nie wątpić. A tę… pierwszy raz widzę.
    Sierżant popatrzył na Natalię i zapytał z wyrzutem:
    – I po co wam to, obywatelko? Fałszerstwo dokumentów, kradzież…
    – Wnioski niech pan zostawi sędziom – odcięła się dziewczyna.
    – Ja tu mieszkam! Trzy lata temu kupiłam mieszkanie. A tych – nieokreślony ruch głowy może w moją stronę, a może w stronę sąsiadów – pierwszy raz na oczy widzę! To przecież jedna szajka! Jak może pan tego nie rozumieć?!
    Słuchałem jej i patrzyłem na kafelki. Zwykły pasek glazury nad kuchenką i zlewem. Moja glazura była ładna, bordowa, w zasadzie droga, ale kupiona za bezcen jako „końcówka”. No bo ile tam było tej glazury, dwa metry? Natalia miała inną glazurę. Banalną, błękitną. W ciągu jednego dnia można wynieść z mieszkania wszystkie meble i, skoro już się na to poszło, to nawet nakleić nowe tapety. Ale skuć starą glazurę i położyć nową? I to tak dokładnie? A może jednak można?
    Popatrzyłem na podłogę. Linoleum. Nie to, które było u mnie.
    Inne.
    – To pana mieszkanie? – zapytał mnie jeszcze raz Dawydow. – Mieszka pan tu?
    – Nie wiem…
    – Jak to pan nie wie? – Sierżant się stropił. – Przecież…
    – Mieszkam. To moi sąsiedzi. – Skinąłem na świadków. – Ale… tu się wszystko zmieniło. Meble są inne. Linoleum na podłodze… ja miałem jaśniejsze i takie miękkie, na podkładce.
    Natalia prychnęła.
    – I glazura na ścianach inna – dokończyłem, czując, że moje szanse na otrzymanie wsparcia milicji spadają.
    – Glazura? – zainteresował się sierżant. – Glazura jest inna? Podszedł do ściany. Poskrobał paznokciem fugę i zwrócił się do jednego z milicjantów:
    – Pracowałeś na budowie, prawda? Można w ciągu jednego dnia zmienić glazurę na ścianie?
    Milicjant się zawahał.
    – Teoretycznie wszystko można. Dobry klej, szybko schnąca fuga… ale w praktyce nie.
    – Chodźmy do łazienki – zdecydował Dawydow.
    W łazience suszyła się bielizna. Damska. Natalia pośpiesznie zdejmowała ze sznurków majteczki i staniki.
    – To pańska łazienka? – spytał Dawydow. – Pana glazura?
    Ale się czepił tej glazury. Chociaż z drugiej strony rozumiałem, do czego zmierza. Co innego zmienić dwa metry glazury w kuchni, a co innego zrobić całkowity remont w łazience.
    – Niby moja – odparłem smętnie. – Taka, jaka była, nie zmieniałem.
    – Jakieś cechy szczególne? Obita wanna, pęknięta płytka?
    Uczciwie próbowałem coś sobie przypomnieć. Tak bardzo chciałem znaleźć w tym mieszkaniu coś swojego.
    – Na kranie była rysa, kupiłem wybrakowany – przyznałem się. – Ale ten jest inny, stary.
    – Jak to stary?! – oburzyła się Natalia. – Nie zmieniałam kranu, jest taki, jaki był!
    Pisnął radiotelefon sierżanta. Milicjant burknął coś do mikrofonu i w zadumie pomacał kran.
    – Taak… Kto ma dokumenty na to mieszkanie?
    – Ja! – zawołała Natalia. – Zaraz…
    Pobiegła do pokoju.
    – Ja też miałem – powiedziałem beznadziejnym tonem. – W biurku. Tylko że nie ma go w pokoju, już zaglądałem. To znaczy, biurka nie ma.
    – Takie dokumenty należy trzymać w sejfie w banku – powiedział poważnie sierżant.
    Wtedy nie wytrzymałem i wybuchnąłem:
    – Co ty pleciesz, stróżu porządku?! Jaki znowu sejf? Co ja jestem, nowy Rosjanin, żeby w banku sejf wynajmować? A ty gdzie trzymasz swoje dokumenty?
    Nawet się nie obraził, i to mnie chyba najbardziej przeraziło.
    – Pod materacem. Niech pan ochłonie, Kiryle Daniłowiczu, bo powie pan coś niepotrzebnie i będziemy musieli pana zatrzymać.
    Wróciła Natalia z dokumentami – zawiadomienia o czynszu, dowody zapłaty za elektryczność, umowa kupna mieszkania. Milczałem. Sierżant przejrzał dokumenty, oddał i powiedział:
    – No cóż, panie i panowie, nie widzę możliwości udzieleniawam pomocy. Pan, Kiryle Daniłowiczu, musi się zwrócić do sądu. Jeśli mieszkanie rzeczywiście jest pańskie.
    – Jak to „rzeczywiście”?! – zawołałem.
    Dawydow skrzywił się i dokończył:
    – Kopie dokumentów są u notariusza, w organach rejestracji aktów sprzedaży mieszkań, a wreszcie w spółdzielni. Podmienićte wszystkie dokumenty… – Zawahał się.
    – Zapewne można, ale to proces tak złożony i drogi, że gra nie byłaby warta świeczki. Nikt nie będzie robił czegoś takiego dla kawalerki w domu z wielkiej płyty!
    Natalia prychnęła tak triumfująco, że nie było wątpliwości – ona ma pewność, że odpowiednie dokumenty tam właśnie są – i w administracji, i u notariusza.
    – A pani, obywatelko Iwanowa, radziłbym nawiązać jako takie stosunki z sąsiadami. Czy ktoś może potwierdzić, że pani tu mieszka? Przyjaciółki, krewni?
    – Krewni mieszkają w Pskowie, nie odwiedzali mnie tu – odparła Natalia.
    – Z przyjaciółkami chodzę do parku i do kina, i nie piję w domu, jak mężczyźni. A z takimi sąsiadami, bez wstydu i sumienia – popatrzyła gniewnie na świadków – nie życzę sobie nawiązywać żadnych stosunków.
    – Spokojnie, spokojnie. – Dawydow ruchem ręki powstrzymał Piotra Aleksiejewicza, który już zrobił krok w stronę Natalii.
    – Sytuacja jest skomplikowana, ale prawda zawsze triumfuje. Wyjdźmy z mieszkania obywatelki.
    Zrozumiałem, że przegrałem. I nie mogłem nic zrobić ani powiedzieć. Chociaż…
    – Keszju ci nie zostawię, suko! – Złapałem kręcącego się u nóg
    Natalii skye teriera. – Ał!
    Keszju ugryzł mnie w palec, wywinął się, upadł na podłogę i zaczął szczekać. Na mnie.
    – No, tylko mi psa skrzywdź, bydlaku! – wrzasnęła Natalia. – Keszju, malutki…
    – Niech pokaże dokumenty na psa! – zawołałem. – To mój pies!
    Keszju siedział u Natalii na rękach i obszczekiwał mnie oburzony. Palec bolał, ale krew nie leciała; Keszju nie ugryzł bardzo mocno.
    – Chodźmy, Kirył. – Dawydow poklepał mnie po ramieniu. – Chodźmy. Pies najwyraźniej się z panem nie zgadza.
    – Zaraz pokażę dokumenty! – krzyczała za mną Natalia. – A to drań! To po to żeś wszystko wymyślił, tak? Żeby mi psa odebrać?
    Gdy wyszliśmy na klatkę – Dawydow trochę mnie popychał, a trochę wypychał – drzwi zatrzasnęły się za nami z hukiem. Szczęknęły zamki, brzęknął łańcuch
    .– A to ci chryja – powiedział wstrząśnięty sierżant.
    Popatrzyłem na sąsiadów. Galina, w końcu przypomniałem sobie jej imię odojcowskie, Romanowna, parzyła na mnie z autentycznym zachwytem. No pewnie! Taki temat do rozmów!
    – Będzie się pani uśmiechać, jak kiedyś wróci pani z piekarni i zastanie w swoim mieszkaniu obcego faceta – powiedziałem zgryźliwie.
    Oczy Galiny Romanowny się zaokrągliły.
    – Ach ty! – wrzasnęła, w panice cofając się do swojego mieszkania.
    – W ogóle cię nie znam! I nie mieszkałeś tu nigdy!
    Dawydow westchnął.
    – I po co to panu? Przed panem długa sprawa w sądzie, po co nastawiać świadków przeciwko sobie?
    – A pan mi wierzy? – zapytałem.
    Nigdy nie lubiłem milicji, zbyt często spotykały mnie kłopoty zamiast pomocy. Ale ten sierżant mi się spodobał. On… jakby to powiedzieć… wyglądał na prawidłowego milicjanta, takiego, jaki powinien być. Nawet mnie nie uraziło to, że spasował przed dokumentami Natalii.
    – Wierzę. Nie wygląda na to, żeby pan kłamał, zresztą, po co miałby pan to robić. I pańskim sąsiadom wierzę. – Dawydow wyjął paczkę „Jawy”, podsunął mi, ale odmówiłem. Sierżant zapalił i mówił dalej: – Gdyby to ode mnie zależało, to jedno słowo tej wściekniętej baby znaczyłoby więcej niż wszystkie papiery.
    – No, skoro już ona się wstawiła… – burknął Piotr Aleksiejewicz.
    – Nie poczęstowałby pan?
    Dawydow zerknął w paczkę.
    – Ostatniego nawet gliniarz nie zabiera… za to może poczęstować. Pal, mam w samochodzie.
    Chyba nie chcieli się rozchodzić – do tego stopnia zszokowało ich to wydarzenie.
    – Co ja mam zrobić? – zapytałem.
    – Żadnych dokumentów, oprócz dowodu, pan nie ma?
    Pokręciłem głową.
    – Niech pan idzie do administracji. Niech pan chodzi po wszystkich biurach, w których mogą być jakiekolwiek dokumenty potwierdzające pańskie prawo do mieszkania. Bez dokumentów człowiek jest…
    – Nikim – mruknąłem.
    – Właśnie. Nawet gdybyś przyprowadził stu świadków, którzy z tobą w mieszkaniu pili wódkę, kładli tapety, robili parapetówkę, to bez papierka jesteś nikim i nie pomoże ci żaden sąd. Jeśli masz znajomych pismaków, to się do nich zwróć. Może coś doradzą, albo napiszą artykuł.
    – To tylko kiedyś artykuły miały jakieś znaczenie – burknął Piotr Aleksiejewicz. – A teraz to tylko się podetrzeć.
    – Z psem dziwnie wyszło – zauważył Dawydow. – Wszystko dopuszczam – i że dokumenty podmienili i że tapety położyli i że glazurę skuli. Ale żeby pies swojego pana nie poznał? Dorosłego pan brał?
    – Dwumiesięcznego szczeniaka.
    – Nic nie rozumiem. – Dawydow pokręcił głową. – To znaczy, że to inny pies.
    – Mój! Co, ja swojego psa nie poznam? To tylko dla obcego one wszystkie są takie same.
    Radiotelefon Dawydowa znów zapiszczał.
    – Powodzenia – burknął sucho sierżant, jakby doszedł do wniosku, że za bardzo się spoufalił. Nacisnął guzik windy. – Prawda zawsze wyjdzie na jaw.
    – Do zobaczenia – powiedział bez sensu gliniarz, który kiedyś pracował na budowie.
    Weszli do windy, zaczepiając się lufami automatów i zupełnie tego nie zauważając. Tak właśnie dochodzi do nieszczęśliwych wypadków.
    – Kirył, może wejdziesz, wypijesz setkę? – zapytał Piotr Aleksiejewicz. – Wyglądasz jak trup.
    Pokręciłem głową.
    – Upić to ja się dzisiaj na pewno upiję, ale jeszcze nie teraz.
    – Masz gdzie przenocować?
    – Mam… chyba. Jeśli u rodziców nie są teraz zameldowani jacyś tadżyccy uchodźcy.
    Piotr nawet się nie uśmiechnął.
    Ja też pomyślałem, że w moich słowach nie ma nic śmiesznego. Uścisnąłem dłoń sąsiada i ściągnąłem windę.
    – Jakby co, to zawsze powiem, że tu mieszkałeś – powiedział jeszcze Piotr. – I córka potwierdzi, i żona…
    Zarejestrowałem to „mieszkałeś”, chociaż sąsiad pewnie nie przydał temu żadnego znaczenia.

    do góry

    Recenzje

    Napisz recenzję Przeczytaj wszystkie 6
  • Recenzje Napisz recenzję
  • Polecam
    Czy ta recenzja była przydatna?
    tak nie
    Mistake 31 marca 2011
    To kolejna przeczytana przeze mnie książka tego autora. Zdecydowanie mogę polecić każdemu kto lubi "magię" w książkach. Mamy tu momenty zaskoczenia ale co najlepsze to, że razem z bohaterem rozwiązujemy tą dziwną historię, to właśnie lubię w książkach Łukjanienki że można zaprzyjaźnić się z bohaterem. Szybko się ją czyta i szybko wciąga. Fajne jest też to że człowiek może sobie wyobrazić że to wszystko mogłoby spokojnie się wydarzyć w rzeczywistości ;D.
    Interesująca i zaskakująca
    • 5
    Czy ta recenzja była przydatna?
    tak nie
    nan1989 25 lipca 2010
    "Brudnopis" ma wszelkie cechy dobrej powieści - umiejętnie skonstruowaną intrygę, oryginalnych bohaterów, specyficzny humor... Nic więc dziwnego, że książka wciąga. Czyta się ją lekko, szybko i przyjemnie.
    Bardzo, bardzo polecam! I to nie tylko miłośnikom fantastyki.
    Ta recenzja przydała się 1 raz
    Niesamowita
    Czy ta recenzja była przydatna?
    tak nie
    Janghart 23 stycznia 2009
    Siergiej Łukjanienko jest nietypowym autorem. Jego seria "Patrolu", którą miałem przyjemność czytać w języku rosyjskim wywarła na mnie ogromne wrażenie. A książka "Brudnopis" tylko potwierdziła talent pisarza. Książkę czyta się szybko i przyjemnie. Sam nie byłem w stanie się od niej oderwać. Fabuła porywa już na samym początku i nie zwalnia kroku. Wprost genialne połączenie światów oraz rządzących nimi reguł. Mnie też osobiście spodobały się myśli filozoficzne autora przedstawione na początku każdego rozdziału. Książkę naprawdę mocno polecam zarówno wielbicielom fantastyk jak i pozostałym.
    Ta recenzja przydała się 2 razy
    Brudnopis
    Czy ta recenzja była przydatna?
    tak nie
    Kamil 05 stycznia 2009
    Autor wcześniej znany z patroli (cykl pięciu książek osadzonych w mrocznej rzeczywistości gdzie dobro i zło prowadzi makiaweliczną walkę o dusze śmiertelnych) chciał wyraźnie odbić od mrocznego, pełnego egzystencjalnych pytań świata. Chciał pokazać człowieka w sytuacji przed którym otwierają się takie opcje jak: nieśmiertelność, wszechmoc, możliwość eksploracji równoległych światów. Koszt wszystkiego co wymieniłem jest jednak duży. Autor zadaje pytanie czytelnikowi czy niezbyt duży...zapłacić bowiem trzeba swoim doczesnym życiem, utratą wolności i wreszcie człowieczeństwem. Cała ta ideologia ubrana jest w niezwykle humorystyczny, pełny dygresji dotyczących codziennego życia i prosty do odbioru styl.Wszystko Gorąco polecam. Inne książki tego autora także.
    Ta recenzja przydała się 1 raz
    Bardzo przyjemna lektura
    Czy ta recenzja była przydatna?
    tak nie
    Kathelaine 11 sierpnia 2008
    Książka fantastyczna! Jedynym jej mankamentem jest to, że w pewnym momencie akcja dosłownie "siada". Od połowy książki czyta się ja już tylko dlatego, że tak ciekawie się zaczęła. Zakończenie może troszkę niejasne jednak przyznaję wciąga.
    Ta recenzja przydała się 3 razy
    Siergiej Łukjanienko "Brudnopis"
    Czy ta recenzja była przydatna?
    tak nie
    Marek Grzegorek 10 lutego 2008
    Książkę zakupiłem w dniu premiery - i w tym samym dniu skończyłem. Miałem sobie przeczytać początek i prawdziwie zacząć czytać dopiero w sobotę, jednak wszystko wyszło mi nie tak jak sobie zaplanowałem - książka wciągnęła mnie od pierwszych stron i nie pozwoliła się oderwać. Najnowsze dzieło Łukjanienki jest jedną z najlepszych książek z gatunku fantastyki jakie dane mi było przeczytać - autor poziomem nie odstaje od poprzednich, jakże wspaniałych dzieł.
    Serdecznie zachęcam do zakupu powieści - nie ma takiej możliwości abyście się zawiedli!!
    Ta recenzja przydała się 11 razy
    zwiń
    Zamknij
    Dziękujemy za dodanie recenzji
    Podziel się na Facebooku
    Brudnopis - Łukjanienko Siergiej
    Właśnie zrecenzowałem: Brudnopis
    Do niedawna popularny w wąskim kręgu miłośników fantastyki, obecnie, dzięki filmowi "Nocznoj Dozor” (w Polsce znany jako Straż Nocna) - najsłynniejszy i najlepiej sprzedający się w Rosji autor Siergiej Łukjanienko prezentuje swoją nową powieść "Cziernowik” (Brudnopis).Tych, którzy spodziewali się, ...
    Zamknij
    Napisz recenzję i oceń produkt
    Oceń produkt:
    Tytuł: * pole wymagane
     
    Recenzja: ** minimum 50 znaków
     
    W przypadku naruszenia Regulaminu Twój wpis zostanie usunięty.
    * pole wymagane
    ** minimum 50 znaków
    Napisz recenzję i wygraj 100 zł na zakupy w empik.com! Szczegóły konkursu, regulamin oraz zwycięzców z poprzedniego miesiąca znajdziesz TUTAJ.
  • Dane szczegółowe
  • do góry

    Dane szczegółowe

    Tytuł: Brudnopis
    Tytuł oryginalny: Cziernowik
    Autor:
    Wydawca: Mag Wydawnictwo
    Numer wydania: I
    Data premiery: 2008-02-08
    Język wydania: polski
    Język oryginału: rosyjski
    Ilość stron: 362
    Tłumaczenie: Skórska Ewa
    Rok wydania: 2008
    Forma: książka
    Wymiary: 27 x 189 x 126
    Indeks: 61179332