Czas dostawy: wysyłamy w 48 godzin
Jest początek V wieku naszej ery. Cesarstwo rzymskie stoi na krawędzi otchłani. Podzielone na dwie części imperium wydaje się łatwym łupem dla europejskich rywali. Potężne barbarzyńskie plemiona Wandalów i Wizygotów wyczuwają, że nadszedł ich czas…
Ale najwięksi europejscy gracze nie zdają sobie sprawy, że na wschodzie narodziła się nowa potęga. Od pięćdziesięciu lat granicę cesarstwa pustoszy dziwne plemię wojowników na koniach. Czy można ich okiełznać? Wprząc do walki z innymi barbarzyńcami? Rzym ma takie plany, wychowuje i kształci nowego wodza Hunów, chłopca o imieniu Attyla. W języku Hunów imię to oznacza „Bicz Boży”.
Tak rozpoczyna się saga o wojnie i potędze, która rzuciła chrześcijański świat na kolana. Historia dwóch wodzów – Huna Attyli i Rzymianina Aecjusza, którzy starli się w sądzie bożym na polach Galii. Pierwszy chciał zniszczyć świat, drugi ocalić to, co z niego zostało…
PROLOG
Klasztor św. Seweryna pod Neapolis,
ANNO DOMINI 488
Ojciec zawsze powtarzał mi, że aby zostać wielkim historykiem, potrzeba dwóch rzeczy:
– Po pierwsze, musisz umieć pisać – mówił. – A po drugie, musisz mieć o czym pisać.
Dziś jego słowa wydają mi się ironiczne. Tak, ojcze, umiem pisać i mam o czym pisać. Mam pisać o rzeczach, w które byś nie uwierzył!
Mam do opowiedzenia najwspanialsze i najstraszliwsze historie. A w tych mrocznych czasach, w których upadło rzemiosło historyka, jestem być może ostatnim człowiekiem na Ziemi, który potrafi o nich opowiedzieć.
Nazywam się Priskus i pochodzę z Panium. Mam już bez mała dziewięćdziesiąt lat. Przeżyłem najpotworniejsze czasy w historii Rzymu, która dobiegła końca, podobnie jak on sam. Tytus Liwiusz pisał o założycielach miasta, mnie przypadło w udziale zadanie spisania dziejów jego ostatnich obrońców. I tych, którzy je zniszczyli.
To historia, która nadaje się do czytania w mroźne, zimowe noce. Historia pełna grozy i okropieństw, ale też szlachetnych przykładów odwagi i wspaniałomyślności. Jest to pod wieloma względami zdumiewająca historia i z całą pewnością nie jest nudna. I choć jestem już bardzo stary, a moja tknięta porażeniem dłoń drży, unosząc pióro nad welinem, wierzę, że jest we mnie dość siły, aby doprowadzić tę opowieść do końca. Choć niektórym może wydać się to dziwne, wiem, że gdy postawię kropkę po ostatnim rozdziale tej historii, moje życie dobiegnie końca. Znam dzień swojej śmierci, zupełnie jak święty Seweryn.
Święty Seweryn? Kiedy piszę te słowa, jego doczesne szczątki chowane są właśnie w kaplicy klasztoru, w którym dożywam swych dni. Był misjonarzem, człowiekiem świętym i sługą najuboższych w prowincji Noricum za Alpami. Odegrał niezwykłą rolę w ostatnich dniach Rzymu. Zmarł przed sześcioma laty, ale dopiero teraz oddani współwyznawcy zdołali sprowadzić jego święte szczątki przez alpejskie przełęcze i całą Italię – gdzie na każdym kroku towarzyszyły mu cuda – do tego klasztoru. A kimże ja jestem, aby kwestionować wieści o cudach świętego Seweryna? Żyjemy w tajemniczych czasach.
Klasztor, w którym obecnie mieszkam – położony na słonecznym wybrzeżu w okolicach Neapolis i prowadzony tak udatnie przez mnichów, których wiarę, przyznaję, podzielam w niewielkim stopniu – otóż klasztor ten, poświęcony obecnie świętemu Sewerynowi i religii Chrystusowej, ma osobliwą i pouczającą historię. Niegdyś, w pierwszym wieku przed Chrystusem, w czasach Cycerona, Cezara, Pompejusza i reszty (w których po Ziemi stąpali prawdziwi giganci), znajdowała się tu zbytkowna nadmorska willa Lukullusa – jednego z wielkich bohaterów republikańskiego Rzymu. Lukullus wsławił się nade wszystko błyskotliwym zwycięstwem nad Mitrydatesem, władcą Pontu, choć epikurejczycy zawsze żartowali, że jego największym osiągnięciem było sprowadzenie do Europy czereśni.
Po śmierci Lukullusa jego nadmorska willa przechodziła z rąk do rąk, by wreszcie – za sprawą jednego z przedziwnych paradoksów, tak uwielbianych przez muzę historii, Klio – stać się rezydencją (po wymuszonej abdykacji) ostatniego cesarza Rzymu: drobnego, złotowłosego, sześcioletniego Romulusa Augustulusa.
Obecnie mieszka tu ponad stu mnichów, którzy otaczają teraz trumnę zawierającą doczesne szczątki czczonego przez nich świętego Seweryna. Wśród dymów kadzidła i błysków świętych złotych naczyń ich głosy wznoszą się ku niebu w smutnym, melodyjnym chorale. To Seweryn powiedział Ostrogotowi Odoakerowi, że jego przyszłość leży w słonecznych krainach na południu. To Odoaker obalił ostatniego cesarza, Romulusa Augustulusa, rozwiązał Senat i ogłosił się pierwszym barbarzyńskim królem Italii.
O mnie nic więcej wiedzieć wam nie trzeba. Wiodę proste życie w mej cichej celi i zimnym skryptorium, pochylony z piórem w ręku nad welinem. Towarzyszy mi osiemdziesiąt lat wspomnień. Jestem tylko kronikarzem, prostym, niegodnym skrybą, opowiadaczem historii. Kiedy w mroźne zimowe wieczory ludzie zasiadają przy ogniu, by słuchać opowieści o dawnych czasach, chłoną jedynie słowa i mało ich obchodzi wygląd tego, który je wypowiada. Nie patrzą na niego, słuchając. Patrzą w ogień. Nie widzą go – widzą to, o czym mówi. On sam przestaje istnieć – istnieją tylko jego słowa.
Platon powiedział kiedyś, że w życiu, tak jak podczas igrzysk, można wyróżnić trzy ludzkie typy: bohaterów, którzy startują w igrzyskach i cieszą się chwałą zwycięstw, widzów, którzy stoją z boku i przyglądają się wszystkiemu, oraz kieszonkowców. Nie jestem bohaterem – to prawda. Ale kieszonkowcem też nie jestem.
Słońce chyli się ku zachodowi nad odległym Morzem Tyrreńskim, po którym pływały niegdyś wielkie statki ze zbożem, tnące słone bruzdy od Północnej Afryki do Ostii, by żywić miliony zgłodniałych gąb w Rzymie. Teraz morze opustoszało. Północna Afryka wpadła w ręce wrogich Wandalów, żyzne pola uprawne są stracone na zawsze, a Wandale splądrowali i zabrali ze sobą do Afryki to, co pozostało po Gotach – bezcenne skarby Świątyni Jerozolimskiej przed czterema wiekami sprowadzone triumfalnie do Rzymu przez Tytusa. Co się z nimi stało? Co się stało ze złotą Arką Przymierza, w której spoczywały – jak mówią – przykazania samego Boga? Przetopiono ją dawno temu na wandalskie monety. Tak jak posąg z kolumny Trajana, która stoi teraz pusta, pozbawiona rzeźby z brązu przedstawiającej wielkiego wodza i cesarza. Posąg przetopiono w kuźniach gdzieś przy bocznych uliczkach i wykuto z niego sprzączki do pasów, bransoletki i okucia na barbarzyńskie tarcze.
Rzym stał się cieniem Miasta, którym był, choć kiedyś głoszono jego nieśmiertelność. Okazał się tak samo śmiertelny, jak ci, którzy go tworzyli i przez wieki krzyczeli Ave Roma immortalis! podczas igrzysk i triumfalnych przemarszów. Nie, Rzym nie jest nieśmiertelnym bogiem, a zwykłym miastem, jak każde inne. Przypomina starą, znękaną kobietę – zgwałconą, sponiewieraną i rzuconą w kąt, opuszczoną przez kochanków i płaczącą do bólu nocami, jak niegdyś Jeruzalem i Troja, i wieczne Teby. Złupiony przez Gotów, splądrowany przez Wandali, zdobyty przez Ostrogotów… Ale największe szkody wyrządził mu lud nie tak sławny, jak pozostałe, ale stokroć od nich straszliwszy: Hunowie.
W pustej skorupie, jaką jest dziś Rzym, dzikie, wygłodzone koty ocierają się o ruiny Forum, a w szczelinach złotych niegdyś budowli rosną chwasty. Szpaki i kanie wiją gniazda pod okapami pałaców i willi, w których kiedyś mieszkali cesarze i wodzowie.
Słońce już zaszło, a w mojej celi robi się coraz chłodniej. Jestem bardzo stary. Na kolację jem kromkę białego chleba i popijam ją dwoma łykami cienkiego, rozwodnionego wina. Chrześcijańscy mnisi, u których mieszkam w położonym wysoko, samotnym klasztorze, nauczają, że ów chleb i wino w cudowny sposób zamieniają się w ciało i krew Boga. Na świecie wiele jest cudów, więc i taki może się zdarzyć. Lecz dla mnie to tylko chleb i wino, i nic więcej.
Jestem historykiem, który ma do opowiedzenia wspaniałą i straszliwą historię. Jestem nikim, choć wydaje mi się, że wiem wszystko. Przeczytałem każdy list, każdy zapisany skrawek papieru, jaki zachował się z czasów, w których żyłem. Znałem i rozmawiałem ze wszystkimi wielkimi aktorami historycznej sceny z burzliwych czasów, które wstrząsnęły naszym światem. Byłem skrybą na dworze w Rawennie i Konstantynopolu, służyłem wodzowi Aecjuszowi i cesarzowi Teodozjuszowi II. Zawsze należałem do ludzi, którym się ufa, gdyż umiałem zachować dyskrecję. Nie zatykałem uszu na zwierzenia i plotki, słuchałem ich niemal tak uważnie, jak najsolenniejszych i najobiektywnieszych relacji z wielkich wydarzeń i bitew, ufając temu, co powiedział niegdyś komediopisarz Terencjusz: Homo sum, humani nil a me alienum puto. To piękne słowa, które stały się moim mottem i powinny być mottem każdego piszącego o naturze ludzkiej: „Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie, nie jest mi obce”.
Poznałem Wieczne Miasto wzniesione na Siedmiu Wzgórzach, poznałem pachnący dwór Rawenny, poznałem złote, niebiańskie Miasto Konstantyna. Płynąłem potężnym Dunajem przez Żelazne Wrota wprost do serca królestwa Hunów. Ich straszliwy władca opowiedział mi osobiście o swych niezwykłych przeżyciach z czasów dzieciństwa i młodości. Przeżyłem, by przekazać tę opowieść. Stałem na rozległych szampańskich Polach Katalaunijskich i widziałem najkrwawsze starcie dwóch największych armii wszech czasów, słyszałem szczęk oręża zmagającego się tak zajadle, jak nigdy przedtem i nigdy potem. Spoglądałem na bitewne pole, na którym rozstrzygały się losy świata – losy tak dziwne, że nie mógł ich przewidzieć żaden z tych, którzy przelewali krew. Tylko mędrcy wiedzieli. Poeci i wróże, i Ostatni z Ukrytych Królów… Ci wiedzieli.
Znałem niewolników i żołnierzy, dziwki i złodziei, świętych i czarowników, cesarzy i królów. Znałem kobietę, która panowała nad rzymskim światem – najpierw w pałacu brata niespełna rozumu, potem w pałacu syna idioty. Znałem przepiękną córkę cesarza, która oddała rękę barbarzyńskiemu władcy. Znałem ostatniego i najszlachetniejszego Rzymianina, który ocalił stracone już cesarstwo i w podzięce za swoje wysiłki stracił życie za sprawą cesarskiego sztyletu. I poznałem jego małego, gwałtownego przyjaciela, z którym spędził beztroskie dzieciństwo na szerokich, wietrznych równinach Scytii – przyjaciela z dzieciństwa, który w latach dorosłych stał się jego śmiertelnym wrogiem, który pędził na czele pół miliona jeźdźców pustoszących wszystko, co stało na ich drodze, niczym leśna pożoga, gaszących słońce tysiącami wystrzeliwanych z łuków strzał. Na końcu dwaj przyjaciele z dzieciństwa stanęli naprzeciw siebie. Byli już starymi, znużonymi ludźmi, a miedzy nimi rozciągały się Pola Katalaunijskie. Choć żaden z nich tego nie wiedział, obaj mieli przegrać bitwę. Nasz szlachetny Rzymianin utracił wszystko, co umiłował. Wszystko, co umiłował utracił też jego barbarzyński wróg: śniady brat Romulusa, cień Eneasza, którego ludzie nazywali Attylą, władcą Hunów, a struchlałe ofiary Biczem Bożym.
Z zajadłości, wściekłości, gniewu, pożogi i zniszczenia, z końca świata narodził się nowy świat. Wciąż rodzi się cudownie, choć pomału z prochów – niczym sama nadzieja. Gdyż, jak powiadał pewien stary mędrzec o zatroskanym uśmiechu: „Nadzieja bywa złudna, lecz nic tak nie zwodzi jak rozpacz”.
A wszystkie te rzeczy są Bogiem. Tak powiada najmędrszy z poetów, posępny Sofokles, opisując w niezgłębiony sposób zarówno to, co jasne, jak i to, co mroczne: szlachetność i odwagę, miłość i poświęcenie, okrucieństwo, tchórzostwo, bestialstwo i grozę, by na końcu powtórzyć spokojnie:
A wszystkie te rzeczy są Bogiem…
CZĘŚĆ PIERWSZA
Wilk w pałacu
1.
BURZA ZE WSCHODU
Toskania, początek sierpnia 408 roku
Nad spieczonymi przez słońce równinami nad rzeką Arno wstawał jasny świt, a wokół murów posępnego, pogranicznego miasta Florencji budziły się resztki barbarzyńskiej armii Radagasta, których tego ranka nie otaczały już szeregi nieprzejednanych rzymskich legionistów. Barbarzyńcy z wolna i niepewnie, z wszechogarniającym poczuciem klęski zaczęli zwijać obóz i jęli wycofywać się ku wzgórzom na północy.
Na wzgórzu od południa, z którego rozciągał się wspaniały widok na okolicę i wycofujące się wojska, siedzieli dwaj jeźdźcy w napierśnikach z brązu, ze szkarłatnymi grzebieniami przy hełmach, wpatrując się nie bez satysfakcji w rozgrywającą się przed ich oczyma scenę.
– Czy wydać rozkazy, panie? – zapytał młodszy z jeźdźców.
Wódz Stylichon nie oderwał wzroku od pierzchających barbarzyńców.
– Wielkie dzięki, trybunie, ale uczynię to sam, kiedy nadejdzie pora.
Bezczelny szczeniak, pomyślał, z kupionym za pieniądze tytułem i bez jednego draśnięcia na ciele!
Poniżej wznosiła się chmura pyłu, przesłaniająca częściowo widok na ciężkie barbarzyńskie drewniane wozy, które z chrzęstem kół opuszczały obozowisko i kierowały się na północ. Dwaj Rzymianie na wzgórzu słyszeli trzaski batów i pokrzykiwania woźniców tej dzikiej, błędnej armii Wandalów, Suewów, gockich renegatów, Lombardów i Franków, rozpoczynającej długi odwrót za alpejskie przełęcze do plemiennych siedzib.
Rzym jeszcze długo będzie kusił tych barbarzyńców!
Wściekłą hordę germańskich wojowników Radagasta jednoczyło tylko pożądanie złota i dzika rozkosz, jaką sprawiało im sianie zniszczenia. Zostawili za sobą krwawy ślad, ciągnący się przez połowę Europy – od plemiennych siedzib nad chłodnymi brzegami Bałtyku, przez rozległe scytyjskie stepy, po winnice Prowansji i złociste wzgórza Toskanii. Zatrzymali się w końcu pod murami Florencji i oblegli tę mocno ufortyfikowaną rzymską kolonię położoną nad brzegiem Arno. Tu stawił im czoła wielki rzymski wódz Stylichon, nieporuszony jak zawsze, choć przyszło mu dowodzić wojskami mniejszymi o cztery piąte od armii Radagasta, lecz w przeciwieństwie do niej wyszkolonymi we wszystkich arkanach sztuki wojennej.
Często powiada się, że na jeden dzień wymachiwania mieczem przez rzymskiego legionistę przypada sto dni wymachiwania łopatą. Nikt nie potrafi sypać fortyfikacji i linii obronnych tak, jak Rzymianie. Oblegający Florencję barbarzyńcy sami znaleźli się w oblężeniu. Otaczające ich wojska, choć mniej liczne, miały dostęp do wszelkich zapasów i dóbr z okolicy, do żywności i wody, koni i nowego oręża. Oblegający Florencję, zamknięci w obozowisku pod upalnym sierpniowym słońcem Toskanii, nie mieli się lepiej od Florentyńczyków. Schwytanym w pułapkę barbarzyńcom z wolna kończyły się zapasy, a wraz z nimi i wola do walki.
Zrozpaczeni i zawiedzeni Germanowie rzucili się na otaczające ich fortyfikacje, ale bez skutku. Ich konie płoszyły się z kwikiem, trafiając kopytami na żelazne kotwy rozrzucone przez Rzymian na spieczonej ziemi, i zrzucały wściekłych jeźdźców wprost pod umocnienia i rowy, gdzie rozprawiali się z nimi ukryci łucznicy. Ci, którzy ośmielili się atakować pieszo, wpadali do głębokich na dwa metry dołów, z których nie dało się wyjść, gdyż zamykały je trzy rzędy zaostrzonych pali. Za palami kryli się rzymscy włócznicy z długimi, ostrymi oszczepami. Ta bariera była nie do pokonania. Ci, którzy zdołali dowlec się z powrotem do obozowiska, nie mieli już sił i ochoty do dalszej walki.
Gdy Stylichon obliczył, że Radagast stracił trzecią część swoich sił, wydał Rzymianom rozkaz, aby nocą wycofali się za pobliskie wzgórza. Teraz, gdy wstawał świt, zdumione i wyczerpane plemiona z północy miały otwartą drogę do domu.
Nadszedł czas, by na tych niemających pojęcia o wojnie i uporządkowanym odwrocie barbarzyńcach wypróbować siłę bojową nowych rzymskich posiłków. Stylichon – w przeciwieństwie do wielu innych wodzów, których mógłby wymienić – nie czerpał perwersyjnej przyjemności z rzezi wrogów na polu walki. Lecz ta wielka, niezdyscyplinowana, wycofująca się w bezładzie banda zgromadzona letni sezon wojenny przez przysparzającego nieustanne kłopoty watażkę Radagasta na, nadal stanowiła poważne zagrożenie dla północnych granic Rzymu, a jej obecna rejterada nie miała tu większego znaczenia. Niespodziewany atak przeprowadzony przez nowych, konnych sprzymierzeńców – co prawda lekko uzbrojonych – mógł zmienić tę sytuację, a w każdym razie nie mógł niczemu zaszkodzć.
Kiedy barbarzyńskie wojska rozciągnęły się bezładnie po równinie, a ich awangarda zbliżyła się do pierwszych wzgórz na północy, Stylichon kiwnął głową.
– Poślij ich – powiedział.
Trybun przekazał rozkaz dalej. Nie minęła minuta, gdy zaskoczony Stylichon ujrzał przed sobą jeźdźców w galopie.
Nie liczył na wiele, gdyż ci nowi wojownicy ze wschodu byli ludźmi niepokaźnymi i nie mieli ciężkiego oręża. Ponad każdą inną broń przedkładali krótkie łuki i strzały, a do bitwy ruszali zaopatrzeni w sznury, jak do pętania leniwego bydła! Czy ktoś wygrał kiedyś bitwę za pomocą sznurka? A wojownicy Radagasta, nawet w odwrocie, nie byli cielnymi krowami.
Jeźdźcy ze wschodu nie mieli żadnej zbroi, ba, dosiadali koni półnadzy, a ich jedynym pancerzem były pył i błoto przylepione do skóry o barwie miedzi. Nie wyrządzą krzywdy wojownikom Radagasta – to było jasne – ale tak czy inaczej warto przekonać się o ich sile bojowej. Żaden Rzymianin nie widział ich jeszcze w boju, choć tu i ówdzie słychać było czcze i nieprawdopodobne pogłoski o umiejętnościach tej jazdy. Mówiono, że na nędznych stepowych konikach pędzą jak błyskawica, więc, kto wie… może w przyszłości zatrudni się ich jako cesarskich posłańców… A jeśli im się poszczęści, może zdołają pojmać samego Radagasta do niewoli. To mało prawdopodobne, ale nie zaszkodzi spróbować.
No cóż, doniesienia mówiące o ich szybkości i zwrotności były prawdziwe – Stylichon mógł się teraz o tym przekonać.
Z grzmotem kopyt jeźdźcy wypadli z płytkiego wąwozu na wschodzie i ruszyli prosto na kolumnę niczego niepodejrzewających barbarzyńców. Obrali dobrą taktykę: mieli za sobą słońce, które świeciło prosto w oczy wrogów. Stylichon był zbyt daleko, by widzieć twarze wojowników Radagasta, ale dostrzegł, że kolumna zwolniła, zachwiała się, a powietrze wypełniły paniczne okrzyki. Po chwili wozy przyspieszyły, jakby chciały przedostać się na wzgórza, zanim spadnie na nie wściekła szarża jeźdźców ze wschodu. Więc choć nie widział germańskich oblicz, domyślił się, że barbarzyńcom nie było do śmiechu…
Gromka szarża jeźdźców wzniosła tumany kurzu nad spieczoną słońcem równiną, a Stylichon i trybun wysilili wzrok. A potem niebo pociemniało. Początkowo niczego nie pojmowali…
– Czy… czy oczy mnie nie mylą, panie?
Stylichon był równie zdumiony. Nie, oczy ich nie myliły… Niebo pociemniało od strzał! Nad równiną rozpętała się prawdziwa, choć niewyobrażalna łucznicza burza.
Słyszał, że lud ten zgrabnie dosiadał koni. Słyszał też wiele dobrego o niepozornych łukach. Ale nie był w stanie wyobrazić sobie czegoś takiego, jak to…
Na oskrzydloną kolumnę Radagasta strzały padały niczym niekończąca się ulewa, niczym roje morderczych insektów. Kompletnie zaskoczeni Germanowie musieli się zatrzymać, gdyż drogę zagrodziły im trupy towarzyszy. Jeźdźcy ze wschodu – nie zwolnili szarży, choć ich konie pokonały już dobrą milę, po której rzymska jazda z pewnością opadłaby z sił – wbili się klinem w zdumioną i skamieniałą germańską kolumnę.
Stylichon i trybun oparli dłonie na łękach siodeł, pochylili się i zmrużyli oczy.
– Wielkie nieba… – mruknął wódz.
– Widzieliście, panie, coś takiego? – wydukał trybun.
Jeźdźcy w kilka sekund przecięli kolumnę, a potem z niezwykłą zwinnością zwrócili konie, by zrobić to po raz drugi w innym miejscu. Wojownicy Radagasta – mimo tygodni niedożywienia i chorób – usiłowali zewrzeć jakiś szyk, by odeprzeć atak. Wysocy, jasnowłosi włócznicy i mocarni, zręczni szermierze walczyli ze wściekłością skazanych na zagładę. Lecz zajadłość nacierających była nieporównanie większa. Nieco bliżej wzgórza, na którym znajdowali się dwaj Rzymianie, pojawili się jeźdźcy ze wschodu. Przedarli się już dwukrotnie przez germańską kolumnę, a teraz ponownie zawracali, by z czystą rozkoszą bez wysiłku zarzynać bezradnych, stłoczonych w ciżbę barbarzyńców z północy. Rzymianie przekonali się, do czego służyły niepokaźnym wojownikom sznury. Każdy z Germanów, który usiłował dosiąść konia, chwytany był w świszczącą pętlę zarzucaną ze straszliwą i niewymuszoną celnością, a następnie ściągany na ziemię. Tam, bezradnego, dorzynano wśród końskich kopyt i uprzęży.
Stylichon wpatrywał się ze zdumieniem w poczynania jeźdźców, którzy strzelali z łuków nawet z najmniejszej odległości; rzymska jazda w takiej sytuacji sięgałaby po miecze, by walczyć wręcz. Pojął wreszcie – mając przed sobą prawdziwe germańskie piekło – dlaczego umiejętności wojenne jeźdźców ze wschodu cieszyły się taką sławą. Widział jeźdźca o miedzianej skórze, który napinał lekko łuk, wypuszczał strzałę w plecy uciekającego barbarzyńcy i sięgał do kołczana po następną strzałę – odwróciwszy się bez trudu do tyłu na gołym końskim grzbiecie – wypuszczał ją w kierunku przeciwnym. Zauważywszy zagrożenie, jeździec ten z niewiarygodną zręcznością opuścił się wzdłuż końskiego boku, trzymając się grzbietu samymi udami, a zaraz potem podniósł się na koniu, by strzelić prosto w twarz nacierającemu z toporem wrogowi. Strzała przeszła wojownikowi przez głowę, rozpryskując wokół krew i kawałki mózgu. Zanim trup upadł na ziemię, jeździec napiął łuk po raz kolejny.
Galop! Całe starcie rozgrywało się przed oczyma zdumionego Stylichona w pełnym galopie! I nic nie wskazywało na to, by jeźdźcy ze wschodu mieli zwolnić.
– Wielkie nieba… – wydyszał wódz.
Po upływie kilku minut cała równina zasłana była barbarzyńcami – martwymi i umierającymi. Dopiero teraz jeźdźcy zwolnili, prowadząc konie stępa po spływającym posoką polu, dobijając niedobitków strzałami i oszczepami. Żaden ze zwycięzców nie zsiadł z konia. Powoli opadał pył. Słońce wciąż było nisko na wschodzie i oświetlało pobojowisko złocistą poświatą. Od świtu minęły minuty…
Wódz i trybun popatrzyli po sobie. Milczeli. Żadne słowa nie były w stanie oddać tego, co zobaczyli na florenckiej równinie. Spięli konie i zjechali na dół, by oddać cześć nowym sprzymierzeńcom.
Pod wzniesionym naprędce na obrzeżach bitewnego pola namiotem, potężny Stylichon przysiadł niezgrabnie na chwiejnym polowym stołku, przygotowując się do przybycia wodza jeźdźców ze wschodu. Wódz ów nazywał się Uldin i kazał się tytułować „królem Uldinem”.
Kiedy stanął przed Rzymianinem, wydał się tak niepokaźny i prymitywny jak łuki, z których strzelali jego jeźdźcy. Lecz w tym poruszającym się na krzywych nogach człowieku, kryła się – jak w napiętym łuku – niespożyta siła.
Stylichon nie podniósł się na powitanie, tylko skinął głową.
– Wykonaliście dzisiaj kawał dobrej roboty.
– Każdego dnia wykonujemy kawał dobrej roboty.
Stylichon uśmiechnął się.
– Ale nie pojmaliście Radagasta.
Teraz uśmiechnął się Uldin. Jego dziwne, skośne oczy zalśniły, ale nie było w nich radości. Strzelił palcami, a zza jego pleców wyłonił się jeden z jeźdźców.
– Oto on – powiedział Uldin. – Oto Radagast.
Poddany Uldina rzucił pod nogi wodza zakrwawiony worek.
Stylichon odchrząknął i mieczem rozchylił worek. Przez trzydzieści lat spędzonych na polach bitewnych widział dosyć obciętych głów i członków, a mimo to rozkawałkowane szczątki Radagasta – zakrwawione w nadgarstkach dłonie, pokryta posoką twarz z wyłupionymi oczyma – przejęły go dreszczem.
A więc tak teraz wyglądał wielki germański watażka, który chełpił się, że wyrżnie dwa miliony Rzymian, a każdego senatora powiesi w Senacie na haku i wyda na pastwę kruków, tak by ich gołe szkielety dzwoniły na wietrze jak kościste dzwony… Radagast był poetą…
Teraz wydawał się mniej wymowny.
Stylichon uniósł miecz i głowę.
– Rozkazałem pojmać go żywcem.
Uldin nie zmienił wyrazu twarzy.
– My tak nie postępujemy.
– Ale tak postępują Rzymianie.
– Wodzu, chcesz wydawać rozkazy królowi?
Stylichon zawahał się. Dyplomacja nie była jego mocną stroną. Żołnierze, nawet wodzowie, są od wykonywania poleceń. Dyplomaci mówią to, co chcą usłyszeć inni. Ale teraz powinien się zdobyć na… Poza tym zawsze należy postępować ostrożnie z człowiekiem, który mówi o sobie w trzeciej osobie.
Uldin wykorzystał przewagę.
– Pamiętajcie – odezwał się cicho, gładząc rzadką, siwą brodę ledwo zakrywającą podbródek – że Hunowie są waszymi sprzymierzeńcami, a nie niewolnikami. A przymierza, jak chleb, można łamać.
Stylichon kiwnął głową. Owszem, zapamięta to, podobnie jak do końca życia nie zapomni tego, co dzisiaj zobaczył. Niechaj niebiosa mają nas w swojej opiece, pomyślał, gdyby kiedykolwiek ci jeźdźcy…
– Kiedy wjedziemy triumfalnie do Rzymu – powiedział – ty, Uldinie, i twoi wojownicy będziecie towarzyszyć nam ramię w ramię.
Król odprężył się.
– Niechaj tak się stanie.
Odwrócił się na pięcie i wyszedł z namiotu.
|
Książki
Cena: 29,99 zł
|
Książki
Cena: 44,99 zł
|
Muzyka
Cena: 40,49 zł
|
Muzyka
Cena: 34,49 zł
|
Książki
Cena: 23,49 zł
|
Książki
Cena: 28,49 zł
|
Ostatnio oglądane produkty:
Ostatnio oglądane kategorie: